*Świadek: Renata, sprzedawczyni w warzywniaku obok kamienicy*
Prowadzę warzywniak przy Śniadeckich od jedenastu lat, więc znam tam wszystkich lokatorów co do jednego – kto ile ziemniaków kupuje, kto zawsze zostawia resztę na cukierki dla wnuka. Marka z trzeciego piętra przychodziła codziennie o siedemnastej, po pracy w przychodni, i zawsze brała jedno jabłko dla swojego kota. Nie dla siebie – dla kota. Rudy, stary, ślepy na jedno oko, chodził przy jej nogach, kiedy wychodziła go wyprowadzić na smyczy jak psa, bo bał się zostawać sam.
Tamtej niedzieli akurat zwijałam stragan, kiedy usłyszałam krzyk z klatki schodowej. Otworzyłam drzwi warzywniaka, bo ciekawość silniejsza od zmęczenia po dziesięciu godzinach na nogach.
Teściowa Marka, pani Halina, przyjechała z siostrą prosto z niedzielnej mszy w kościele Świętych Polskich Braci Męczenników – w tym swoim beżowym płaszczu, którego nigdy nie zdejmowała choćby w środku mieszkania. Zawsze wchodziła bez pukania, tak mi Marta kiedyś powiedziała przy kasie, kiedy kupowała koperek na rosół.
Widziałam przez uchylone drzwi klatki, jak Marta niosła kota do sypialni – to jej rutyna przed każdą wizytą teściowej. I wtedy Halina, widząc zwierzaka kuśtykającego do miski, powiedziała coś głośno o "tej parszywej bestii" i kopnęła go. Nie mocno, ale kot poleciał w bok i zapiszczał tak, iż aż mi się serce ścisnęło, a ja przecież stałam piętro niżej, przy skrzynkach z pomidorami.
Potem było już tylko przez otwarte okno. Głosy niosły się na całą klatkę, sąsiedzi z parteru pewnie słyszeli każde słowo.
— Rafał, ty to widziałeś? — krzyknęła Marta.
Mąż, Rafał, siedział w fotelu z telefonem, tak przynajmniej opowiadała mi później sąsiadka z drugiego piętra, pani Grażyna, która akurat wychodziła z windy w tym momencie. Kazał żonie przeprosić matkę. Uklęknąć i przeprosić.
Ja tego nie widziałam na własne oczy, ale widziałam, jak dwadzieścia minut później Marta zbiegała po schodach z kotem owiniętym w koc, blada jak ta ściana za mną, i wsiadała do taksówki, która akurat czekała na kogoś innego przy sklepie spożywczym obok. Kierowca, pan Zdzisław, woził mnie czasem do hurtowni na Fordońskiej, więc go znałam – powiedział, iż kazała jechać na Kujawską, do lecznicy weterynaryjnej całodobowej.
Halina stała przed bramą jeszcze z dziesięć minut, poprawiając ten swój płaszcz, jakby nic się nie stało. Zapytałam ją tylko, czy wszystko w porządku, bo w sumie trudno było nie zapytać, skoro stała pół metra od moich skrzynek z cebulą. Powiedziała, iż synowa jest "niewdzięczna i histeryczna" i iż "porównała ją do bandziora z powodu jakiegoś kota".
Nie widziałam Marty przez trzy dni. Wróciła w środę po siedemnastej, sama, bez kota na smyczy. Kupiła jabłko jak zawsze, ale tym razem zjadła je sama, siedząc na ławce przed sklepem.
— Muśka zostaje na obserwacji jeszcze tydzień — powiedziała, kiedy zapytałam. — Ma pęknięte żebro.
Nie płakała. Trzymała w drugiej ręce teczkę z dokumentami, którą, jak się później okazało, nosiła ze sobą od poniedziałku – do notariusza przy placu Wolności, potem do banku na Gdańskiej. Powiedziała mi to bez emocji, jakby czytała listę zakupów: iż mieszkanie, w którym mieszkali z Rafałem, było zapisane na nią jeszcze przed ślubem, po babci, i iż w poniedziałek złożyła w sądzie rodzinnym wniosek o separację, a we wtorek zmieniła zamki – ślusarz z Gdańskiej wziął sto dwadzieścia złotych i zrobił to w niecałą godzinę.
— A Rafał wie? — zapytałam, bo nie mogłam się powstrzymać.
— Dzwonił dwadzieścia razy. Napisałam mu, żeby odebrał swoje rzeczy w sobotę, kiedy będę w pracy. Zostawiłam klucz u administratora na parterze.
Widziałam go w sobotę – przyjechał czerwonym oplem, stał przed domofonem chyba z pięć minut, zanim administrator go wpuścił. Wyszedł czterdzieści minut później z dwiema torbami i pudełkiem, w którym, jak mi się wydawało, była ta sama kanapa, na której siedział tamtej niedzieli z telefonem w ręku.
Marta pracuje w tej samej przychodni co dawniej, kota odebrała z lecznicy w sobotę wieczorem, kiedy ja już zamykałam stragan. Muśka utyka trochę na tylną łapę, ale je z apetytem – widziałam, jak Marta kupowała jej teraz nie jedno jabłko, tylko puszkę pasztetu z kurczaka, bo weterynarz powiedział, iż stara kotka potrzebuje więcej białka.
Halinę widziałam może dwa razy od tamtej pory, zawsze z daleka, jak przechodziła chodnikiem po drugiej stronie ulicy, nie zaglądając już w stronę bramy. Nie wiem, co dokładnie powiedziała jej wtedy sądowa korespondencja ani co powiedział jej syn, kiedy wrócił do niej z dwiema torbami i kanapą do złożenia w jej salonie. Wiem tylko, iż kiedy mijała mój warzywniak, przyspieszała kroku, jakby cebula na wystawie mogła jej coś zarzucić.














