Psi Barnaba jedzie na tylnym siedzeniu

twojacena.pl 1 dzień temu

Pies Barnaba jedzie na tylnym siedzeniu

Zabraliśmy go ze schroniska w środę, po pracy. Za oknem samochodu przesuwały się bloki warszawskiego Ursynowa, potem wjechaliśmy na Południową Obwodnicę i deszcz zaczął siekać w szybę. Barnaba — tak mu dali w schronisku, bo trafił tam podobno w okolicy świętego Barnaby, ale nikt tej historii nie potrafił potwierdzić — siedział między mną a Tomkiem na tylnym siedzeniu, bo bał się sam z przodu. Wpatrywał się w wycieraczki, jakby widział je pierwszy raz w życiu.

Tomek prowadził. Ja trzymałam w jednej ręce smycz, w drugiej zwiniętą kurtkę, którą weterynarz kazał podłożyć psu, żeby się nie zsunął na zakrętach. Barnaba ważył dwadzieścia trzy kilo i wyglądał jak sklejony z trzech różnych psów: łeb za duży, łapy za krótkie, ogon dziwnie przygięty na końcu. W opisie na stronie schroniska napisali „mieszaniec w typie owczarka, lękliwy, wymaga cierpliwości”. Nie napisali, iż przez pierwsze dwadzieścia minut nie pozwoli się dotknąć. Nie napisali też, iż pachnie mokrą wełną i kurzem, jak stary koc wyciągnięty ze strychu.

— Może zgłodniał? — spytał Tomek, nie odrywając oczu od drogi.

— Dopiero co zjadł. Pół puszki. Sam widziałeś.

— To czemu się tak trzęsie?

Nie trząsł się. Po prostu oddychał szybko, językiem na wierzchu, i co chwilę obracał łeb w stronę bocznej szyby, jakby sprawdzał, czy świat za nią naprawdę jedzie razem z nami.

Mam trzydzieści siedem lat. Mieszkam z Tomkiem od siedmiu, a od trzech próbujemy różnych rzeczy, które mają sprawić, iż nasze życie stanie się pełniejsze. Najpierw zapisaliśmy się na kurs tańca użytkowego — odpadliśmy po pięciu zajęciach, bo Tomek mylił krok podstawowy z obrotem. Potem chcieliśmy przenieść się do Gdańska, ale ceny mieszkań nas wyleczyły. Później przyszło mi do głowy, iż może brakuje nam psa. Tomek długo kręcił nosem. Mówił, iż pies to obowiązek, iż nie można go zostawić na weekend, iż jak pojedziemy na Mazury, to z hotelem będzie problem. A ja odpowiadałam, iż na Mazurach i tak byliśmy raz w życiu.

W końcu pojechaliśmy do schroniska „na weekend, tylko popatrzeć”. Tomek wszedł z miną człowieka, który idzie do urzędu skarbowego. A potem zobaczył Barnabę. Ten siedział w kącie boksu, z pyskiem wetkniętym w miskę, i udawał, iż nas nie ma. Tomek przykucnął i powiedział: „No cześć, biedaku”. Pies nastawił jedno ucho.

Na parkingu pod domem zatrzymaliśmy się akurat w chwili, kiedy deszcz przestał padać. Tomek zgasił silnik i przez moment było słychać tylko tykanie stygnącego auta. Otworzyłam drzwi. Barnaba nie wyskoczył. Nie drgnął nawet. Siedział i czekał, aż ktoś mu powie, co dalej.

— Wysiadaj, przyjacielu — mruknął Tomek. — Jesteś w domu.

Schody pachniały kapustą z mieszkania pani Ireny z parteru. Szliśmy powoli, żeby Barnaba zdążył obwąchać każdy stopień. Na drugim piętrze usiadł. Próbowałam go pociągnąć za smycz. Nic. Tomek wyjął z kieszeni suchą przekąskę, którą wcisnęła nam wolontariuszka — żółte ciastko w kształcie kostki. Barnaba powąchał, pokręcił łbem i dalej siedział.

Wzięłam go na ręce. Dwadzieścia trzy kilogramy mokrej sierści. Tomek otwierał drzwi i patrzył na mnie z czymś, co chyba było wdzięcznością, a może zdziwieniem, iż w ogóle dałam radę. W przedpokoju postawiłam psa na podłodze. Stał przez chwilę jak spłoszony, potem obszedł mieszkanie wzdłuż ścian, węsząc przy listwach przypodłogowych. W kuchni trącił nosem miskę z wodą, nie tknął. W salonie położył się pod kaloryferem i wtulił pysk w łapy.

Wieczorem zjedliśmy kanapki. Tomek powiedział, iż czuje się, jakby przywieźli do domu skrzywdzonego kredytobiorcę, który jeszcze nie wie, iż komornik już odjechał. Zaśmiałam się za głośno. Barnaba choćby nie drgnął.

O dwudziestej drugiej położyliśmy się spać. Drzwi sypialni zostawiliśmy uchylone. Barnaba wybrał przedpokój, dywanik przy wycieraczce. Słyszałam, jak co jakiś czas przebiera łapami przez sen, jakby wciąż biegł.

W nocy obudziło mnie ciche skomlenie. Wstałam. W przedpokoju nikogo nie było. Sprawdziłam kuchnię. Pusto. Serce mi podskoczyło. Salon — pusto. Zajrzałam do łazienki. Siedział w brodziku, wciśnięty pod umywalkę, z oczami błyszczącymi w ciemności. Na kafelkach rozmazany mokry ślad, jakby przed chwilą przeszedł przez całe mieszkanie i nie wiedział, gdzie się schować.

Nie wołałam Tomka. Zdjęłam ręcznik z wieszaka, rozłożyłam go na podłodze, usiadłam obok wanny. Nie ciągnęłam psa. Siedziałam tak może godzinę, w świetle małej nocnej lampki, słuchając, jak w rurach szumi woda u sąsiadów. Wtedy Barnaba pierwszy raz położył pysk na moim udzie. Ciężki, ciepły, pachniał strachem i wilgocią. Odetchnął głęboko przez nos.

Rano Tomek znalazł nas oboje na podłodze w łazience, przykrytych jednym kocem. Nie skomentował. Tylko wstawił wodę na kawę i postawił obok mnie kubek z napisem „najlepszy przyjaciel człowieka”. Stał chwilę, patrzył na nas, potem cicho zamknął drzwi, żeby nas nie obudzić.

Minęło pięć dni. Barnaba przez cały czas jada wyłącznie z ręki, ale już nie chowa się do wanny. Wczoraj pierwszy raz poruszył ogonem, gdy Tomek wyciągnął smycz. To był taki ruch, jakby ogon dopiero sobie przypominał, do czego służy. Wyszliśmy na spacer nad pobliskie glinianki. Barnaba stanął na skraju ścieżki, popatrzył na kaczki, a potem zawrócił w moją stronę. Nie wiem, czy to znaczyło „boję się”, czy „nie zostawiaj mnie”. W obu językach brzmi tak samo.

Dziś rano weszłam do kuchni i zobaczyłam, jak Barnaba siedzi przed Tomkiem, który jadł jajecznicę. Siedział i patrzył. Nie skomlał, nie piszczał. Po prostu czekał. Tomek odłamał kawałek chleba, podał mu na płaskiej dłoni i powiedział: „Masz, biedaku. Tylko nie mów jej, iż karmię cię ze stołu”.

Barnaba wziął chleb odrobinę za szybko, jakby się bał, iż cofniemy rękę. Potem oblizał pysk i usiadł bliżej, przysuwając się aż do nogi Tomka, tak iż jego bok dotykał teraz krzesła. Za oknem sąsiedzi wyprowadzali rower, jakaś kobieta śmiała się z czyjegoś żartu, a w kuchni pachniało masłem i wilgotną sierścią. Tomek zerknął na mnie i wzruszył ramionami.

— No i co — powiedział. — Chyba już z nami zostaje.

Nie odpowiedziałam. Wzięłam z parapetu obrożę, którą kupiliśmy w schronisku, i zapięłam Barnabie luźniej, żeby go nigdzie nie uwierała. Pies przekręcił łeb, polizał mnie po dłoni raz, krótko, a potem oparł się całym ciężarem o moją nogę i tak już został, ciepły, ciężki, pachnący masłem i mokrą sierścią.

Idź do oryginalnego materiału