Mam męża i córkę Julkę, która ma teraz 13 lat. Jest bardzo towarzyską dziewczynką i ma mnóstwo znajomych — zarówno starszych, jak i młodszych. Ostatnio jednak zaczęliśmy mieć z tym poważny problem.
Julka coraz częściej zapraszała koleżanki i kolegów do naszego mieszkania w Łodzi. Zima była wyjątkowo mroźna, więc zamiast spacerów po osiedlu, wolały spędzać czas w ciepłym i przytulnym domu. Nie miałam nic przeciwko. Sama dobrze znałam jej najlepszą przyjaciółkę Martę i jej rodziców.
Z czasem jednak grupka znajomych zaczęła się rozrastać. Dzieciaki spędzały czas w pokoju Julki, oglądały filmy, słuchały muzyki. Julka chętnie częstowała ich herbatą i słodyczami, czuła się jak prawdziwa gospodyni. I bardzo dobrze — do czasu.
Sytuacja wymknęła się spod kontroli
Kilka dni temu wróciłam z pracy i zobaczyłam w naszym salonie dwoje zupełnie obcych mi dzieci — chłopca i dziewczynkę. Wyglądali na rówieśników Julki i właśnie… jedli obiad! Bez skrępowania zajadali się risottem, które ugotowałam wczoraj z myślą, iż starczy nam spokojnie na dwa dni.
Kiedy skończyli i wyszli, okazało się, iż w lodówce nie zostało już nic. Musiałam od razu gotować od nowa.
Wieczorem spokojnie porozmawiałam z córką. Powiedziałam, że:
-
nie powinna bez uprzedzenia zapraszać nieznajomych mi dzieci do domu;
-
może częstować gości herbatą i słodkościami, ale obiady są dla naszej rodziny.
Julka strasznie się obraziła, zamknęła w pokoju i przez cały wieczór nie chciała ze mną rozmawiać. Powiedziała tylko, iż jestem skąpa i nie chcę dzielić się jedzeniem z jej przyjaciółmi.
Kolejny dzień — sytuacja się powtórzyła
Następnego dnia wróciłam późnym popołudniem i zastałam męża Piotra przy kuchni. Zrezygnowany smażył ziemniaki.
— Wróciłem z pracy, a tu znowu pełno dzieci. Zjedli wszystko, co było w lodówce — powiedział zrezygnowany.
Julka znów zamknęła się w pokoju, obrażona na cały świat. Nie zjadła kolacji i choćby nie chciała z nami rozmawiać.
Co mam robić?
Nie jestem skąpa, ale nie zamierzam codziennie karmić grupy cudzych dzieci. Nasze pieniądze nie biorą się znikąd — oboje z mężem ciężko pracujemy. Moja mama pani Teresa mówi, iż trzeba by Julce „porządnie przemówić do rozsądku”, ale ja nie chcę tego załatwiać siłą.
Chciałabym się z nią po prostu dogadać. Tylko jak, skoro Julka uważa, iż ma rację i nie dopuszcza żadnej innej wersji niż jej własna?
Może to bunt nastolatki? Może trzeba to przetrwać?
Ale jak w tym wszystkim nie stracić kontaktu z własnym dzieckiem?