Przez 25 lat odkładałam po 200 złotych miesięcznie na książeczkę. Kiedy poszłam do banku wypłacić, okazało się, iż mąż już to zrobił - trzy tygodnie wcześniej

planetapolska.com 2 godzin temu

Saldo wynosi zero. Pani w okienku powtórzyła to dwa razy, zanim dotarło. Dyspozycję wypłaty złożył pełnomocnik. Trzy tygodnie temu.

Dorota stała przy ladzie z dowodem osobistym w ręku i czuła, jak podłoga robi się miękka. Sześćdziesiąt trzy tysiące złotych. Dwadzieścia pięć lat po dwieście złotych miesięcznie, plus odsetki, plus te kilka razy, kiedy dorzuciła z trzynastki. Pieniądze na biodro, na leki, na życie bez strachu. I nagle - nic.

- Chce pani wydruk operacji? - zapytała kasjerka.

Dorota skinęła głową. Kartka wyjechała z drukarki ciepła, jakby świeżo upieczona. Data, kwota, podpis pełnomocnika: Marek Witkowski. Jej mąż.

Książeczkę założyła w dziewięćdziesiątym ósmym, kiedy Tomek poszedł do pierwszej klasy. Pracowała wtedy na oddziale wewnętrznym w szpitalu - trzecia zmiana, dyżury w święta, dwadzieścia minut na obiad. Marek robił w fabryce opakowań. Nie żyli bogato, ale jakoś się kręcili. Dwupokojowe mieszkanie na Gołębiowie, meblościanka z Meblarni, telewizor Elemis, wakacje u teściowej pod Przysuchą.

Książeczka była jej prywatną sprawą. Nie tajemnicą - Marek wiedział - ale jej sprawą. Jej pieniędzmi z nadgodzin, nocnych dyżurów, opieki nad starszymi pacjentami po godzinach. Dwieście złotych co miesiąc. Regularnie jak puls.

Marka dopisała jako pełnomocnika dziesięć lat temu. Miała wtedy operację woreczka żółciowego i pomyślała: a jeżeli coś pójdzie nie tak? Niech ma dostęp. Na wszelki wypadek.

Na wszelki wypadek.

Wróciła do domu i postawiła czajnik na gazie. Herbata z cytryną, jak zawsze. Usiadła przy stole w kuchni, na którym leżała cerata w słoneczniki - ta sama od pięciu lat, tylko bardziej wyblakła. Wydruk z banku położyła obok cukierniczki.

Marek wrócił o czwartej. Zdjął buty w przedpokoju, powiesił kurtkę, zajrzał do kuchni.

- Obiad jest? - zapytał.

- Siadaj - powiedziała.

Musiał coś usłyszeć w jej głosie, bo usiadł od razu. Bez swojego zwykłego rytuału - najpierw łazienka, potem telewizor, potem dopiero kuchnia. Usiadł i zobaczył kartkę.

Cisza trwała może dziesięć sekund, ale Dorota mogłaby przysiąc, iż słyszała, jak zegar w pokoju odmierza każdą z nich osobno.

- Mogę wytłumaczyć - powiedział.

- To wytłumacz.

Zbyszek. Oczywiście, iż Zbyszek. Młodszy brat Marka, ten, który zawsze miał pecha, zawsze potrzebował, zawsze obiecywał, iż odda. Zbyszek wziął kredyt na remont domu pod Szydłowcem. Zbyszek stracił robotę. Zbyszek nie płacił rat. Bank wszczął egzekucję. Zbyszek mógł stracić dom, a w tym domu mieszka też ich matka, osiemdziesięciotrzyletnia Stanisława, która ledwo chodzi i która o żadnym kredycie nie wie.

- Rozumiesz - powiedział Marek, patrząc na swoje ręce. - Matka by tego nie przeżyła. Przeprowadzka, obcy ludzie, dom na licytacji. To by ją zabiło.

Dorota słuchała. Miała ochotę krzyczeć, ale nie krzyczała. Lata pracy na oddziale nauczyły ją, iż krzyk niczego nie zmienia - zmienia cisza i pytania zadawane spokojnym głosem.

- Kiedy miałeś mi powiedzieć?

- Zbyszek odda. Ma obiecaną robotę w Niemczech, od kwietnia.

- Pytam, kiedy miałeś mi powiedzieć.

Marek nie odpowiedział.

Potem dowiedziała się reszty. Nie od razu - kawałek po kawałku, jak zdejmowanie tynku ze starej ściany. Że to nie pierwszy raz. Że trzy lata temu Marek pożyczył Zbyszkowi osiem tysięcy z ich wspólnego konta. Że pięć lat temu - pięć tysięcy ze swojej premii. Że Zbyszek nie oddał nic. Ani złotówki.

Dorota siedziała wieczorem na balkonie - trzecie piętro, widok na parking i plac zabaw, z którego już dawno zniknęły dzieci. Zapalała się latarnia, pomarańczowe światło kładło się na betonie. I liczyła. Nie pieniądze. Liczyła momenty, w których Marek mógł powiedzieć i nie powiedział.

Kiedy ona robiła dodatkowe dyżury w weekendy, żeby dorzucić do książeczki. Kiedy wracała z nocki z podkrążonymi oczami i mówiła sobie: jeszcze dwieście złotych bliżej spokojnej starości. On wiedział, iż te pieniądze mają dziurę. I milczał.

Zadzwoniła do Tomka. Syn przyjechał następnego dnia z Warszawy, wściekły tak, iż trzasnął drzwiami samochodu na całe osiedle. Chciał jechać do Zbyszka. Dorota go zatrzymała.

- To nie Zbyszek jest problemem - powiedziała cicho.

Tomek popatrzył na nią i chyba po raz pierwszy w życiu zobaczył ją nie jako matkę, ale jako kobietę, którą ktoś oszukał.

Marek spał trzy noce w pokoju Tomka, na wąskim tapczanie pod plakatem Legii, który wisiał tam od liceum syna. Chodził po mieszkaniu jak gość - cicho, bokiem, nie zapalając światła. Dorota słyszała, jak w nocy otwiera lodówkę i stoi przed nią, jakby szukał czegoś, czego tam nie ma. Może odwagi.

Czwartego dnia Dorota postawiła przed nim kartkę. Napisała na niej plan spłaty. Dwanaście miesięcy, po pięć tysięcy. Zbyszek, nie Marek - Zbyszek. Z odsetkami. Pismo wyraźne, równe, takie jak w raportach pielęgniarskich, które przez trzydzieści lat wypełniała bez jednej poprawki.

- jeżeli Zbyszek nie odda ani złotówki do końca roku, idziemy do prawnika - powiedziała. - A pełnomocnictwo do moich kont cofam dzisiaj.

Marek skinął głową.

- I jeszcze jedno - dodała. - Jak następnym razem twój brat będzie potrzebował pieniędzy, to idź do niego i powiedz, iż twoja żona pracowała trzydzieści lat na nocnych zmianach, żeby mieć na starość coś więcej niż strach. I iż te pieniądze nie są twoje.

Poszła do banku tego samego dnia. Cofnęła pełnomocnictwo. Założyła nową książeczkę - tylko na swoje nazwisko.

Kiedy kasjerka zapytała, jaką kwotę chce wpłacić na początek, Dorota się zawahała. Potem wyjęła z portfela dwieście złotych.

Od czegoś trzeba zacząć. Znowu. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];

Idź do oryginalnego materiału