**Mam na imię Bożena, mam pięćdziesiąt dwa lata. Jestem po rozwodzie od piętnastu lat. Mam dorosłą córkę, własne mieszkanie, pracę, przyjaciółki, urlop dwa razy w roku i zadziwiająco spokojne życie. Wieczorami mogę jeść lody prosto z kubka i oglądać seriale do drugiej w nocy. W weekendy mogę spać do obiadu. Mogę zostawić kubek na stole i nie słuchać wykładu o bałaganie. Mogę nie gotować barszczu, jeżeli nie mam ochoty gotować barszczu. A co najważniejsze – nikt nie stoi nad duszą z pytaniem: „A co my dzisiaj na kolację?”**
Problem w tym, iż mężczyźni jakoś odbierają moją samodzielność jako tymczasowe nieporozumienie, które trzeba natychmiast naprawić swoją obecnością. Najpierw zachwycają się. Mówią, jaka jestem niezależna, interesująca, samowystarczalna. A potem mija kilka tygodni i okazuje się, iż ich zachwyt miał ukryty cel. Szczerze liczyli, iż cała ta samodzielność kiedyś zacznie działać na ich korzyść.
Pierwszy dzwonek alarmowy zadzwonił z Włodzimierzem. Włodzimierz miał pięćdziesiąt osiem lat, wyglądał przyzwoicie, opowiadał mądre rzeczy o podróżach, a choćby umiał używać serwetek w restauracji – co po pięćdziesiątce można już uznać za poważny atut. Spotykaliśmy się około miesiąca. Wszystko było dobrze. Kino, spacery, kawiarnie, wyjazdy za miasto. Aż pewnego wieczoru padło zdanie, które kazało mi odstawić filiżankę kawy z powrotem na spodek.
– Słuchaj, a mogłabyś przyjeżdżać do mnie po pracy?
– Po co?
– No, ugotować coś.
Nawet zapytałam ponownie.
– Co ugotować?
– Kolację.
Jak się okazało, Włodzimierz zmęczył się życiem samotnym. Nie, nie moralnie. Fizycznie. Przygnębiała go lodówka, która nie napełniała się sama. Denerwowała go kuchenka, która nie gotowała barszczu bez pomocy z zewnątrz. Martwiła go pralka, która z jakiegoś powodu wymagała udziału człowieka. W pewnym momencie zrozumiałam, iż ten mężczyzna szczerze traktuje związek jako rodzaj outsourcingu usług domowych.
– Włodzimierzu, a czemu ty sam nie ugotujesz?
Spojrzał na mnie tak, jakbym zaproponowała mu samodzielne przeprowadzenie operacji na sercu.
– No, jesteś kobietą.
Niesamowity argument. Krótki. Zwięzły. Od razu zamyka wszystkie pytania. Zwłaszcza jeżeli się nie myśli.
Po Włodzimierzu był Sergiusz. Sergiusz miał pięćdziesiąt pięć lat. Uwielbiał narzekać na wyrachowane kobiety. To było jego ulubione hobby. Każdy temat rozmowy po siedmiu minutach sprowadzał się do opowieści, jak to próbowano go wykorzystać dla pieniędzy. Szczególnie zabawnie brzmiało to z ust człowieka, który jeździł samochodem starszym niż niektórzy studenci i przeliczał drobne przed kasą w supermarkecie.
Na szóstej randce Sergiusz postanowił zaprosić mnie do domu.
– Przyjdź w sobotę.
– Dobrze.
– Tylko po drodze kup jedzenie.
– Jakie?
– No, na kolację.
– Chcesz, żebym przywiozła jedzenie?
– Tak.
– A co ty zrobisz?
– Spotkam cię.
Do dziś uważam, iż ten facet był niedocenionym geniuszem. Bo wymyślenie randki, na której kobieta kupuje jedzenie, przywozi je, gotuje kolację, a potem jeszcze dziękuje za zaproszenie – potrafi nie byle kto.
– Sergiuszu, a pieniądze na jedzenie?
– A po co?
– Jak to?
– Przecież masz pracę.
Wtedy zrozumiałam, iż słowa „wyrachowanie” używa wyłącznie w odniesieniu do innych.
Po takich historiach zaczęłam dostrzegać prawidłowość. Mężczyznom podobało się moje mieszkanie. Podobał im się w nim porządek. Podobało im się, iż zawsze mam jedzenie, czyste ręczniki, świeżą pościel i sprawną hydraulikę. Podobało im się moje życie. Ale z jakiegoś powodu większość była przekonana, iż po rozpoczęciu związku powinnam rozszerzyć ten serwis i zacząć obsługiwać również ich.
Najzabawniejszy okazał się Wiktor. Wiktor bardzo gwałtownie zaczął mówić o wspólnym życiu. I to z entuzjazmem człowieka, który właśnie znalazł sposób na znaczną obniżkę kosztów.
– Wyobraź sobie, jak opłacalnie jest mieszkać razem.
Kiedy mężczyzna zaczyna rozmowę od słowa „opłacalnie”, kobiety w moim wieku mają ochotę sięgnąć po kalkulator.
– W jakim sensie?
– Jedna lodówka. Jeden internet. Jeden czynsz.
– Dla kogo opłacalnie?
– Dla nas.
Uśmiechnęłam się.
– Wiktor, a ty gdzie teraz mieszkasz?
– W wynajmowanym mieszkaniu.
– A ja?
– W swoim.
W tym momencie arytmetyka nagle zrobiła się bardzo interesująca.
– Czyli przestaniesz płacić czynsz, wprowadzisz się do mnie, obniżysz koszty i będziesz szczęśliwy?
– No tak.
– A gdzie moja korzyść?
Po tym pytaniu mężczyzna zamilkł. Na jakieś dwie minuty. Widać było, jak w środku zachodzi skomplikowany proces myślowy. Na tyle skomplikowany, iż odpowiedzi się nie doczekałam.
Najśmieszniejsze wydarzyło się z Genadiuszem. Miał sześćdziesiąt jeden lat. Bardzo przyzwoity człowiek. Bardzo dobrze wychowany. Bardzo zmęczony samotnością.
– Ciężko mi samemu.
Skinęłam głową ze zrozumieniem.
– A mnie lekko.
Aż się zmieszał.
Bo mężczyźni zwykle oczekują innej reakcji. Oczekują współczucia. Solidarności. Wspólnej tęsknoty za brakiem partnera. A kiedy kobieta spokojnie informuje, iż jej samej jest dobrze, system się zawiesza.
I tu dochodzimy do głównego pytania, które tak irytuje wielu mężczyzn.
Rzeczywiście potrzebuję mężczyzny.
Ale nie do prania jego koszul.
Nie do prasowania spodni.
Nie do gotowania zup w niedziele.
Nie do szukania jego skarpetek pod kanapą.
Nie do słuchania opowieści, dlaczego sam nie może zapisać się do lekarza.
Potrzebuję mężczyzny do rozmów. Do wyjazdów. Do spacerów. Do teatru. Do podróży. Do miłego wieczoru. Do bliskości. Do emocji. Do radości. Ale nie do meldunku w mojej kuchni.
Mężczyźni bardzo się obrażają na takie stanowisko. Nazywano mnie egoistką. Zepsutą. Zbyt niezależną. Mówili, iż nie umiem budować relacji. Ale z jakiegoś powodu nikt nigdy nie potrafił wyjaśnić, dlaczego związek musi oznaczać dodatkową pracę dla kobiety. Dlaczego mężczyzna dostaje towarzyszkę, rozmówczynię, kochankę, gospodynię i kucharkę w jednym, a kobieta ma za nagrodę uważać sam fakt jego obecności.
Czasami wydaje mi się, iż wielu mężczyzn po prostu nie zdążyło zauważyć, jak zmienił się świat. przez cały czas żyją według reguł, które działały trzydzieści lat temu. Wtedy kobiecie rzeczywiście łatwiej było zgodzić się na niewygodne małżeństwo niż żyć samej. Teraz jest inaczej. Wiele kobiet w moim wieku ma pracę, mieszkanie, przyjaciół, dorosłe dzieci, spłacone kredyty, ustabilizowane życie. I kiedy pojawia się mężczyzna, rodzi się bardzo proste pytanie: czy moje życie się poprawi?
Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to po co mi to?
Dlatego tak, mówię szczerze. Potrzebuję mężczyzny na weekendy. Do życia jestem już zbyt dobrze urządzona. I wiecie, co jest najbardziej zadziwiające? Za każdym razem po tym zdaniu mężczyźni jakoś się obrażają. Choć, jeżeli się zastanowić, to najszczerszy komplement, jaki można dać relacji. Bo chcę widzieć kogoś obok nie dlatego, iż bez niego sobie nie poradzę, ale dlatego, iż jest mi z nim dobrze.
A mieszkać razem po to, żeby ktoś dostał darmową kucharkę, sprzątaczkę i administratorkę własnego życia? Przepraszam. Tę ofertę zamknęłam piętnaście lat temu i nie zamierzam jej otwierać.
**Analiza psychologa**
Po pięćdziesiątce wiele kobiet po raz pierwszy znajduje się w sytuacji, gdy związek przestaje być koniecznością, a staje się wyborem. Mają już mieszkanie, dochód, znajomości i doświadczenie z poprzednich małżeństw. Dlatego główne pytanie zmienia się z „jak nie zostać samą?” na „czy moje życie będzie lepsze obok tego człowieka?”. Konflikt powstaje, bo część mężczyzn wciąż postrzega wspólne życie jako naturalną wymianę: mężczyzna daje swoją obecność, kobieta – opiekę i dom. Jednak współczesne kobiety coraz częściej oceniają realne zyski i koszty. jeżeli związek wymaga więcej zasobów, niż przynosi radości, motywacja do wspólnego mieszkania gwałtownie spada. Główny wniosek jest prosty: dojrzałe relacje dziś buduje się nie na wzajemnej potrzebie, ale na wzajemnym komforcie. A jeżeli jedna osoba zyskuje wygodę, a druga dodatkowy ciężar, taki związek rzadko bywa trwały.









