Podpisy na klatce
W śnie, który śnił się Bartoszowi, wszystko było jakby zamglone i ciche jak zimowy poranek na warszawskim Mokotowie, czwarte piętro w bloku z lat siedemdziesiątych, gdzie choćby koty poruszają się ostrożnie, by nie zaburzyć harmonii klatki schodowej wyłożonej pożółkłymi kafelkami. Bartosz zatrzymał się przy skrzynkach na listy, bo na tablicy ogłoszeń pojawił się nowy, krzywo przypięty spinaczami, list. Nad wszystkim, jak namalowane pędzlem, duże litery: Zbieranie podpisów. Potrzebne działania!. Poniżej nazwisko sąsiadki z piątego piętra i krótka lista zarzutów: nocne hałasy, stuki, krzyki, zakłócenie ciszy nocnej, zagrożenie bezpieczeństwa. Pod spodem już ciągnęły się podpisy drobniutkie jak podpis na świadectwie i szerokie, pewne siebie zawijasy.
Przeczytał dwa razy, choć treść była jasna już za pierwszym. Dłoń sama chciała sięgnąć po długopis, ukryty w głębi kurtki, ale zatrzymał się w pół gestu. Nie z przekory. Po prostu Bartosz nie lubił, kiedy podciągało się go do tłumu. Przez dwanaście zim i lat mieszkał w tym bloku i nauczył się omijać sąsiedzkie przepychanki jak przeciąg na korytarzu. Miewał wystarczająco własnych spraw na głowie: praca w serwisie, zmiany, matka z udarem na Bielanach, nastoletni syn, co milczał godzinami, by z nagła wybuchać złością o drobiazgi.
Na klatce panowało senne milczenie, tylko winda jęknęła gdzieś wyżej przy zamykaniu drzwi. Bartosz wspiął się na swój czwarty, wyciągnął klucze, ale zamiast otworzyć, odwrócił się i spojrzał na schody prowadzące jeszcze dalej w górę. Tam, na piątym, mieszkała Pani Danuta Majewska. Pięćdziesiąt parę lat, postura pewna, twarz surowa, fryzura krótka jak u lekarki, wzrok ciężki od niewyśpanych nocy. Rzadko pierwsza mówiła dzień dobry, a choćby odpowiedź przechodziła przez nią jak przez filtr. Bartosz widywał ją z reklamówkami z Biedronki, czasem ze ścierką i wiadrem, kiedy szorowała podłogę pod drzwiami. Bywało, iż nocą spod jej drzwi przeciekały dźwięki ni to łomot, krótki krzyk, ni coś przesuwanego po podłodze.
Mieszkańcy śnili na czacie osiedlowym głównie o śmietniku i parkowaniu, ale ostatnie tygodnie okupował ten wątek.
Znowu o drugiej wali! Moje dziecko aż się rozpłakało!
Ja muszę wstawać na szóstą do pracy, po tym jestem jak zombie. Jak długo jeszcze?
Przecież słyszałam, jak przewraca meble, a nie jakieś tam stukanie!
Trzeba wezwać straż miejską. Prawo jest jedno.
Bartosz czytał, nie odpisywał. Nie miał anielskiej cierpliwości. Gdy o trzeciej budziły go uderzenia, sam leżał zestresowany, z narastającą irytacją w klatce piersiowej. Chciał, by ktoś za niego załatwił sprawę a rankiem mógłby przeczytać: Sprawa załatwiona.
Jednak wieczorem napisał: Kto zbiera podpisy? Gdzie jest lista?
Odpowiedziała pani Helena Sokołowska z trzeciego mieszkania, samozwańcza przewodnicząca klatki: Na parterze na tablicy. Jutro o 19:00 spotkanie u mnie pod kuchnią. Trzeba coś z tym zrobić, póki czas.
Ciężar tej wiadomości był znajomy jak dreszcz na wywiadówce: już wszystko postanowione, ty tylko masz się podpisać.
Następnego dnia Bartosz spotkał Danutę Majewską na schodach. Szła powoli z dwoma ciężkimi torbami, ledwo łapiąc oddech, ale nie prosiła o pomoc. Bartosz wziął jedną torbę po prostu.
Nie trzeba powiedziała ostro.
Zaniosę odparł i szedł z nią.
Milczeli aż do drzwi, gdzie wyrwała z jego rąk reklamówkę.
Dziękuję rzuciła adekwatnie bez wdzięczności, jakby odhaczała obecność w dzienniku.
Już odchodził, gdy dobiegł zza drzwi dziwny odgłos ciężki, ni to sapanie, ni jęk. Danuta zastygła z kluczem w zamku.
U Pani wszystko w porządku? wymsknęło mu się, sam nie wiedząc dlaczego.
W porządku urwała i gwałtownie się zamknęła.
Zszedł do siebie, ale dźwięk wgryzł mu się w głowę; nie łomot, nie muzyka, tylko to ludzkie, gęste jak mgła.
Kilka dni później na drzwiach Danuty Majewskiej pojawiła się kartka przyklejona szarą taśmą: PRZESTAŃCIE HAŁASOWAĆ W NOCY! NIE MUSIMY TEGO ZNOSIĆ!. Litery markowane, ciemne, jakby ktoś chciał przeciąć powietrze.
Bartosz patrzył chwilę na papier. Taśma błyszczała jak świeża rana. Przypomniało mu się, jak w dzieciństwie na jego drzwiach też zawieszano karteczki, gdy ojciec wrzeszczał po wódce. Bartosz wtedy nie nienawidził ojca bardziej sąsiadów, którzy długo milczeli, ale potem szeptali między sobą.
Wszedł na piąte piętro i przystanął. Za drzwiami cisza. Nie zadzwonił. Delikatnie zerwał kartkę, złożył ją pospiesznie i zaniósł na zewnątrz, do śmietnika stojącego pod blokiem. Wolał, by nikt jej nie zobaczył.
Czat tymczasem zamienił się w licytację:
Specjalnie tak robi. Ma ludzi za nic.
Takich trzeba eksmitować. Niech mieszka w domku!
Straż powiedziała, zgłoszenie musi być zbiorowe.
Bartosz widział, jak gwałtownie hałas i zakłócenie przeradzają się na tych ludzi. Już nie chodziło o jedną noc chodziło o osobę jako problem.
W sobotę wrócił z pracy późno. Winda pachniała odświeżaczem i tytoniem. Wysiadł na czwartym, gdy nad nim zadudniło raz, drugi, trzeci. Nie brzmiało to jak remont, bardziej jak upadek. Potem zduszony głos kobiety:
Wytrzymaj jeszcze chwilkę
Bartosz pobiegł na piąte. Światło spod drzwi Danuty Majewskiej biło ostro, wizjer świecił jak oko cyklopa. Zapukał.
Kto tam? napięcie drżało w głosie.
Bartosz, z czwartego Czy u Pani wszystko
Drzwi uchyliły się na łańcuszku, Danuta w szlafroku z purpurową plamą na policzku, jakby dopiero co przetarła twarz mokrą dłonią.
Nic takiego. Proszę iść powiedziała.
Z wnętrza dobył się głęboki, zachrypnięty jęk.
Potrzebuje Pani pomocy?
Spiorunowała go wzrokiem.
Nie trzeba. Mam wszystko pod kontrolą.
Tam ktoś
To mój brat. Leżący. Przerwała, jakby ścinała niepotrzebne słowa. Proszę iść.
Drzwi zatrzasnęły się łagodnie. Bartosz na klatce poczuł szarpanie dwóch sił jednej, by odejść, bo go o to proszono, drugiej, by zostać, bo już usłyszał zbyt wiele na udawanie niewiedzy.
Zszedł na dół, ale tej nocy nie zasnął. Słowo leżący obijało mu się w głowie. Widział tych, co spadają z łóżka, ciągane nocą, wstawane do lażnika, dźwigane, przenoszone po śniedzi parę kroków. I sąsiadów pod spodem, rozdrażnionych bólem w mięśniach i cichymi trzaskami.
Na zebranie u Heleny Sokołowskiej poszedł nie z ciekawości, a bo wiedział będzie mu potem głupio nie być. Już o siódmej na wycieraczce czekali sąsiedzi; ktoś w kapciach, ktoś w kurtce, jakby tylko na chwilę. Szeptano, choć powietrze gęstniało od napięcia.
Helena usadziła wszystkich w kuchni. Na stole lista podpisów, obok wydruk o ciszy nocnej i numer dzielnicowego.
Sytuacja jest taka zaczęła ostrożnie. Wiemy, iż nie da się już wytrzymać. Mamy dzieci, mamy obowiązki. Ja już mierzę codziennie ciśnienie, bo nocami nie śpię. To nie chodzi o człowieka, tylko zasady.
Bartosz zauważył, jak zręcznie wypowiedziała: nie chodzi o człowieka, wielu to rozluźniło.
O drugiej w nocy znowu się obudziłam powiedziała młoda matka z szóstego. Niemowlę dopiero co zasnęło i potem trzask, jakby szafa spadała. Bujałam do świtu.
A mój tata po operacji! dodał mężczyzna w dresie. Słyszy hałas, od razu myśli, iż pożar.
Trzeba dzwonić po policję, rejestrować każde zdarzenie rzucił ktoś.
Bartosz wiedział: nie przesadzają. Prawdziwie zmęczeni. Był w tym ciężar ich racji.
Kto z nią rozmawiał? spytał Bartosz.
Ja, odparła Helena. Była nieuprzejma. Powiedziała: Nie pasuje, niech się pani wyprowadzi. Zamknęła drzwi.
Ona zawsze taka wsparła matka z szóstego jakby była królową.
Bartosz chciał wspomnieć o bracie, ale zawahał się. Może nie wypada wydawać cudzego życia.
Może tam zaczął.
Każdy ma coś! ucięła Sokołowska. A nie wszyscy robią cyrki w nocy.
W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Helena poszła otworzyć. Do kuchni weszła Danuta Majewska, w ciemnej kurtce, włosy zdyscyplinowane, w dłoniach teczka i telefon. Twarz wyżłobiona zmęczeniem, ale pewna siebie.
Rozumiem, iż to o mnie powiedziała.
W kuchni, ciasnej jak kabina windy, zrobiło się jeszcze bardziej duszno.
Omawiamy sytuację tłumaczyła Helena Przeszkadza Pani ludziom
Przeszkadzam powtórzyła Danuta i kiwnęła głową, jakby zgadzała się z czymś własnym. Dobrze. To posłuchajcie.
Wyjęła z teczki dokumenty, wyniki, zaświadczenie. Położyła telefon.
To mój brat. I grupa inwalidzka. Po udarze. Nie chodzi, nie siedzi sam. W nocy ma ataki. Dusi się, spada z łóżka, jeżeli nie zdążę. Przekręcam go co dwie godziny. jeżeli nie, rozwiną się odleżyny. To nie przesuwanie szafy, tylko podnoszę dorosłego faceta, który waży więcej niż ja.
Mówiła równo, głos jej dźwięczał metalem wyczerpania. Bartosz widział siniaki na jej dłoniach, jakby codziennie walczyła z ciężarem, który nie chce zejść.
Trzy razy w tym miesiącu była karetka. Pokazała na telefon tu zapisy. Tu skierowanie lekarskie. Nie muszę się Wam tłumaczyć, ale skoro robicie listę, jakbym prowadziła w nocy dyskotekę
Ktoś kaszlnął. Matka z szóstego opuściła wzrok.
Nie wiedzieliśmy szepnęła.
Bo nie pytaliście ucięła Danuta. Kartki na drzwiach, obelgi na czacie, działania Jakie? Mam go wystawić na klatkę, żeby było ciszej?
Tego nikt nie powiedział! wybuchła Sokołowska. Ale prawo jest jedno. Po 23 nie wolno hałasować!
Prawo Danuta uśmiechnęła się chłodno Chcecie prawa? Dobrze. Wzywam karetkę i policję razem. Wy podpiszecie, iż słyszeliście? Będziecie świadkami?
To mamy znosić? spytał facet w dresie, już bez sił. Mój tata chory, no nie mogę tego słuchać każdej nocy.
A ja mogę? Danuta spojrzała wprost. Myślicie, iż lubię? Myślicie, iż nie chciałabym spać?
Zapadła długa, śliska cisza. Bartosz poczuł nieodpartą ochotę coś powiedzieć, prosto, ale proste słowa nie istnieją.
Helena odetchnęła już ciszej:
Pani Danuto, ludzie się męczą. Gdyby Pani uprzedziła
Uprzedziła o czym? Że brat w nocy może umrzeć? Zamknęła teczkę. Nie umiem prosić. I nie ma kogo.
Bartosz zrozumiał, iż mówi prawdę. Siedzą tu jako bliźni sąsiedzi, ale każdy oddzielny jak drzwi.
Bez awantur odezwał się w końcu chropawym głosem. Albo się pozabijamy, albo spróbujemy to załatać.
Spojrzeli na niego. Bartosz nie lubił być w centrum, ale za późno było się kryć.
Nie podpisałem listy i nie podpiszę. Tylko co to zmieni? Problem zostanie tylko zamienimy człowieka w wroga. Ale nie da się też udawać, iż problemu nie ma. Ludzie naprawdę są zmęczeni.
Helena zacisnęła usta.
Co Pan proponuje? zapytała.
Bartosz przypomniał sobie jęk z nocy.
Po pierwsze jeżeli w nocy będzie hałas, Pani Danuto, może Pani napisać w czacie tylko: Pogotowie albo Atak. Bez tłumaczenia, żeby inni rozumieli, iż to nie impreza.
Nie muszę odburknęła, ale zaraz spojrzała mu w oczy. Zrobię, jeżeli dam radę.
Po drugie, jeżeli ktoś usłyszy potężny huk, zamiast od razu wyzywać straż miejską, może najpierw zapukać czy zadzwonić. Nie z pretensją, tylko zapytać, czy pomoc potrzebna. jeżeli nie otworzy wtedy podejmować decyzję.
A jak znowu będzie niegrzeczna? ktoś zapytał.
Zrobicie przynajmniej po ludzku. To ważne. Dla was.
Helena wzruszyła ramionami, nie kłóciła się.
I jeszcze Bartosz spojrzał na Danutę Może warto podłożyć gumowe maty pod łóżko, pod nogi, by stukanie nie niosło się po wszystkich piętrach? Mogę pomóc przesunąć łóżko, jeżeli trzeba.
Danuta zawahała się.
Łóżko nie przesuwa się. Zrobiłam podnośnik, jest przykręcony do ramy. Ale maty można spróbować. I jeszcze słowa ugrzęzły w gardle Gdyby ktoś mógł czasem zająć się nim w dzień, żebym mogła wyskoczyć do apteki. Godzina czasem
Nie skończyła. W kuchni ktoś przesuwał nogą.
Ja mogę w środę nagle odezwała się matka z szóstego, zarumieniona, jakby zawstydzona własnymi ustępstwami Mama mi przypilnuje małego, zajrzę na godzinę.
Ja też, w dzień mruknął facet w dresie Nocą nie dam rady, ale pomóc podnieść, mogę.
Bartosz poczuł, jak napięcie opada, choć nie znika. Przeradza się tylko w inny ciężar.
Helena złapała listę podpisów.
Co z tym zrobić? spytała głucho.
Bartosz spojrzał na rzędy nazwisk znajomych ludzi, co czasem uśmiechają się w windzie.
Uważam, iż trzeba zabrać ze ściany. jeżeli ktoś rzeczywiście chce zgłaszać, niech pisze sam, konkretnie, z datą, a nie zbiorczo, łapankowo.
To znaczy jest Pan przeciw porządkowi? Helena przeciągała pytanie.
Jestem za porządkiem odpowiedział. Ale porządek nie powinien być pałką.
Danuta spojrzała na nią.
Proszę zabrać to. Nie chcę schodzić i oglądać, jak mnie podpisują.
Helena powoli schowała listę do teczki. Bartosz nie był pewien, czy z szacunku, czy dlatego, iż większość już nie była taka pewna.
Po zebraniu sąsiedzi rozchodzili się bez słowa. Na schodach ktoś nieudolnie żartował, żart spadł jak niedopite piwo. Bartosz wyszedł na korytarz, a Danuta Majewska zeszła razem z nim.
Niepotrzebnie Pan się wtrącił mruknęła.
Może tak powiedział. Ale nie chciałem, żeby wszystko poleciało do sądu i gazet.
I tak pójdzie odpowiedziała z rezygnacją Kiedy będzie gorzej.
Bartosz chciał zapytać o imię brata, nie śmiał. Zamiast tego tylko rzucił:
Jak będzie gorzej w nocy niech Pani puka. Jestem obok.
Pokiwała głową, bez patrzenia.
Nazajutrz na tablicy nie było już listy. Za to w czacie pojawiło się nowe ogłoszenie od Heleny Sokołowskiej: Umowa: przy nagłych przypadkach Pani Danuta sygnalizuje. Proszę nie prowadzić nocnych dyskusji. W miarę możliwości pomagamy kto może? Piszę grafik.
Bartosza zadziwiło słowo grafik. Brzmiało jak z korpo, nie z bloku. Ale po godzinie już wpisywali się sąsiedzi poniedziałek, piątek, środa. Ktoś milczał.
Pierwszej nocy po zebraniu i tak było łomotanie. Obudził się jak potrącony. Zegar: 02:17. Za kilka minut krótkie: Atak. Karetka jedzie. Bez emotikonów. Bartosz leżał słuchając, jak nad nim trzaskają drzwi, ktoś biegnie po schodach. Wyobraził sobie Danutę trzymającą brata, walczącą, by nie zachłysnął się powietrzem. I już nie był tylko wściekły; uczucie ciężkie i milczące siadło mu na karku.
Rano w windzie spotkał Helenę Sokołowską cała pognieciona.
No i co? wymamrotała Znowu łomot.
Karetka była rzucił.
Widziałam nie wiedziałam, iż tak u niej ale i tak Bartosz, ja nie śpię, mam chore serce.
Pokiwał głową. Tego się nie cofnie.
Może zatyczki? tak mu się wymsknęło, sam słysząc, jak żałośnie to brzmi.
Zatyczki uśmiechnęła się cierpko Do czego to doszło.
Po tygodniu Bartosz przyszedł do Danuty Majewskiej za dnia, jak obiecał. Przyniósł gumowe podkładki pod meble i solidny dywanik z Castoramy. Drzwi otworzyły się natychmiast, jakby czekała. W środku pachniało lekami, kwaśnym mlekiem jak w szpitalu. W pokoju leżał mężczyzna, wychudzony, oczy wyblakłe. Nad łóżkiem dyndała samoróbka z rur i taśm. Bartosz zrozumiał: łóżka się nie przesuwa.
O, tu pod łóżko, żeby mniej dudniło. Pod stołek też można wyjaśnił.
Stołek hałasuje, gdy miska obija się o podłogę powiedziała cicho. Staram się, ale ręce
Patrzyła na swoje dłonie popękane, zaczerwienione.
Pomógł ułożyć matę ostrożnie, żeby nie zahaczyć o sprzęt. Ręce miał osłabione od wysiłku.
Dziękuję rzuciła. Tym razem powiedziała to naprawdę.
Już szedł do wyjścia, gdy zadzwonił telefon. Danuta podniosła, pobladła.
Nie mogę teraz tak, wiem, nie.
Odłożyła i spojrzała na niego.
Z opieki. Dawali opiekunkę na dwie godziny tygodniowo. Ja potrzebuję codziennie.
Bartosz nie zdołał nic powiedzieć. Wiedział, iż osiedlowy grafik to tylko plastra.
Wieczorem ktoś na czacie napisał: A czemu to nasza sprawa? Niech załatwia wszystko oficjalnie. Odpowiedzi było sporo, nie wszystkie złośliwe. Niektórzy tłumaczyli kolejki, inni kłócili się, niektórzy kropka w kropkę.
Bartosz nie zabierał głosu. Uczucie znużenia narastało nie przez Danutę, ale przez fakt, iż każda empatia staje się walką o sprawiedliwość.
Za dwa dni na parterze wisiała nowa lista nie działania, ale ładna tabelka: dni tygodnia, godziny, nazwiska. Na dole numer do Danuty i wzmianka: Nocą informuję w czacie. jeżeli można pomóc w dzień lub przy karetkach proszę o sygnał. Kartka wisiała równo.
Bartosz poczuł się nieswojo widząc ją, tak samo jak widząc podpisy wcześniej. Ale to nieswojo było już inne. Podjazd uznał: za drzwiami jest kłopot, ale kłopot też ma godzinę w tabeli.
W jedną z nocy jednak naprawdę poszedł na piąte. Hałas był gwałtowny, krzyk rozdzierał ciszę; usłyszał, jak Danuta szepcze przez zaciśnięte zęby nie do ludzi, a do ciała. Zapukał. Otworzyła bez łańcucha.
Pomóż rzuciła.
Wszedł, zdjął buty, ustawił je by nie przeszkadzały. W środku brat leżał na ziemi, dyszał ciężko. Razem podnieśli, wolno, każdy ruch jak sen. Ręce Bartosza trzęsły się. Danuta nie płakała, nie dziękowała. Tylko poprawiła poduszkę, sprawdziła oddech.
Kiedy wychodził, gdzieś niżej skrzypnęły drzwi ktoś zerkał przez szparę. Cisza gęsta jak śnieg. Nikt nie pomógł, nikt nie zagadał. Podjazd, jakby wstrzymał oddech.
Rano spotkał sąsiada, Piotra z naprzeciwka ten od uśmiechów w windzie który odwrócił wzrok.
Wiesz podpisałem wtedy. Bo miałem dość. Ale nie wiedziałem. Gdybym wiedział, to bym
Już nieważne urwał Bartosz. Teraz liczy się, co dalej.
Piotr kiwnął głową, twarz nieruchoma jak zamknięta brama.
Kompromis działał. Nieidealnie, czasem na słowo honoru. W nocy bywało krótkie: Atak. Złość w wiadomościach malała, częściej narzekano o świcie. Czasem ktoś z grafiku przychodził, czasem nie. Helena pilnowała listy, czasem pojawiały się w niej pustki.
Bartosz zauważył, iż na klatce rozmawia się rzadziej. Powitania były ostrożniejsze, słowa ważone, jakby każda rozmowa mogła wszystko otworzyć. Groźby zniknęły zniknęła też lekkość.
Wieczorem, wracając do domu, Bartosz spotkał Danutę przy windzie. Miała siatkę z lekami i mały termos. Twarz siwa od zmęczenia.
Jak brat? zapytał.
Żyje. Cicho dziś.
Wjechali razem. Na czwartym wysiadł, stanął przy drzwiach.
jeżeli coś rzucił Proszę pukać.
Skinęła głową i dodała niespodziewanie:
Tam, na zebraniu nie chciałam was wszystkich szukała słów, nie znalazła, machnęła ręką.
Wiem odpowiedział.
Drzwi windy się zamknęły, Bartosz został na swoim piętrze sam. Otworzył swoje mieszkanie, odwiesił marynarkę na haczyk. Siedział w ciszy, syn za ścianą w słuchawkach, matka przez telefon pytała, kiedy przyjedzie.
Spojrzał na wyświetlacz, na drzwi prowadzące do klatki. Myślał o kartkach jednej z podpisami przeciw, drugiej z nazwiskami tych, którzy dali godzinę pomocy. Pomiędzy nimi odległość mniejsza niż między sąsiadami żyjącymi za ścianą.
W czacie tego wieczoru padło: Dziękujemy tym, którzy dziś pomogli. Prośba: nie poruszać prywatnych spraw na forum, pytania na priv. Wiadomość zaraz zatonęła w morzu śmieci, wind, kabli i codzienności.
Bartosz schował telefon i postawił wodę na herbatę. Wiedział, iż w nocy znów mogą obudzić go stuki. Wiedział, iż teraz myśli nie tylko o swoim śnie. Nie czyniło go to lepszym człowiekiem. Po prostu czyniło go uczestnikiem.














