8 kwietnia 2022
Siedząc na ławce w parku szpitalnym Warszawskiego Centrum Rehabilitacji, poczułem, jak dławi mnie żal. Dzisiaj skończyłem siedemdziesiąt lat. Żadne z moich dzieci choćby nie pamiętało o moich urodzinach. Jedynie współlokator z pokoju, pan Marian, podał mi rękę i wręczył drobną, własnoręcznie zrobioną laurkę. Pielęgniarka Basia uśmiechnęła się do mnie serdecznie i podarowała mi jabłko „na zdrowie”. Ogólnie ten ośrodek jest w porządku, personel fachowy, ale wszyscy podchodzą do pacjentów bez emocji, jakbyśmy byli tylko kolejnymi nazwiskami na liście.
Widać każdy tutaj rozumie, iż dzieci oddają rodziców do takich miejsc, gdy stajemy się dla nich ciężarem nie do zniesienia. Mnie przywiózł mój syn, mówiąc, iż muszę odpocząć, „podreperować zdrowie”. W rzeczywistości przeszkadzałem synowej w ich trzypokojowym mieszkaniu na Ursynowie.
Wcześniej byłem właścicielem kawalerki na Ochocie. Syn przekonał mnie, żebym przepisał mieszkanie na niego. Obiecywał, iż nic się nie zmieni, będziemy razem mieszkać. Kiedy już podpisałem wszystkie dokumenty u notariusza, cała jego rodzina wprowadziła się do mnie i zaczęły się wieczne awantury. Synowa ciągle miała o coś pretensje a to zupa ogórkowa za mało kwaśna, a to w łazience woda na podłodze. Pierwszy raz syn jeszcze mnie bronił, potem już tylko krzyczał, iż tylko ich wszystkim uprzykrzam życie.
Stopniowo zaczęło być widać, iż z synową coś planują za moimi plecami. Coraz częściej słyszałem szeptane rozmowy, spojrzenia pełne napięcia. I w końcu pewnego dnia syn powiedział, iż powinniśmy pomyśleć o „moim zdrowiu”. Spojrzałem mu w oczy i bez ogródek zapytałem:
Emil, zamierzasz oddać mnie do domu opieki?
Zarumienił się, spuścił głowę i mruknął:
Tato, nie przesadzaj, to tylko sanatorium! Pojedziesz na miesiąc, odpoczniesz, wrócisz do domu jak nowonarodzony.
Oczywiście zostawił mnie tutaj, podpisał stos papierów, obiecał, iż wróci za kilka dni, i tyle go widziałem. Minęły już dwa lata. Próbowałem się do niego dodzwonić, telefon odebrał nieznajomy mężczyzna powiedział, iż Emil sprzedał mieszkanie i wyjechał. Nie mam pojęcia, gdzie teraz ich szukać.
Wiele wieczorów przepłakałem. W głowie ciągle dudniły słowa, których niegdyś użyłem wobec mojej córki, Zuzanny a wszystko to z miłości do syna…
Całe życie byłem zwyczajnym chłopem z podkrakowskiej wsi. Nasza rodzina trzymała się razem, mieliśmy dom, gospodarstwo, kawał pola. Kiedyś sąsiad przyszedł do ojca i podniecał się, jak to w mieście można dobrze zarobić i dostać mieszkanie. Ojciec długo się nie wahał sprzedał wszystko, przenieśliśmy się do Krakowa. Sąsiad miał rację, rzeczywiście dostaliśmy mieszkanie, potem jakoś dorobiliśmy się mebli, choćby używanego fiata 125p…
Ojciec miał wypadek tym fiatem, zmarł nazajutrz w szpitalu. Zostałem sam z Zuzanną i Emilem. Pracowałem jako portier, czasem sprzątałem klatki nocą, by jakoś związać koniec z końcem. Myślałem, iż jak dzieci dorosną, odwdzięczą mi się, ale niestety.
Emil najpierw wpakował się w kłopoty, pożyczyłem dla niego pieniądze długi od lichwiarzy spłacałem miesiącami. Zuzanna wyszła za mąż, urodziła wnuczka Filipka. Najpierw układało im się dobrze, ale później choroba synka przewróciła im świat do góry nogami. Córka rzuciła pracę, opiekowała się Filipkiem, biegała po lekarzach, a żaden nie potrafił postawić diagnozy.
W końcu okazało się, iż leczyć można go tylko w Gdańsku. Miejsc w szpitalu nie było, czekali miesiącami. Jej mąż wtedy zostawił ją samą. W szpitalu poznała wdowca jego córka cierpiała na to samo schorzenie. Zżyli się ze sobą, potem zamieszkali razem.
Cztery lata później jej nowy partner wymagał skomplikowanej operacji. Zuzanna przyszła do mnie po pożyczkę. Miałem wtedy na koncie 80 tysięcy złotych zbierałem na mieszkanie dla Emila. Odmówiłem, bo nie chciałem oddać wszystkich oszczędności komuś obcemu. Zuzanna poczuła się zdradzona i powiedziała, iż nie mam już córki. Od tej pory nie odezwała się do mnie ani słowem. Jedenaście lat.
Wracając dziś do pokoju, usłyszałem nagle głos za plecami.
Tato!
Zamarłem. Odwróciłem się i… stała tam Zuzanna. Nogi się pode mną ugięły, ledwo ją objąłem.
Szukałam Cię długo, Emil nie chciał podać mi żadnego adresu. Dopiero jak postraszyłam go sądem za bezprawną sprzedaż mieszkania, wyśpiewał wszystko. Tato, przepraszam, iż tak długo nie mogłam się odezwać. Na początku byłam na Ciebie okropnie zła, potem odwlekałam z rozmową, zwykły wstyd… Kilka tygodni temu śniło mi się, iż błąkasz się po lesie i płaczesz. Obudziłam się z ciężkim sercem i powiedziałam mężowi o śnie. Powiedział, żebym koniecznie do Ciebie pojechała.
Przyjechałam z Gdańska, zastałam w Twoim mieszkaniu obcych ludzi. Potem jeszcze długo szukałam Emila. Teraz mam dom nad morzem. Mąż powiedział, żebym Cię zabrała do nas.
Objąłem ją mocno. Po raz pierwszy od dawna płakałem tym razem ze szczęścia.
Dopiero dziś dotarło do mnie, iż największy ból to nie samotność, ale zatwardziałość serc najbliższych. Ale nigdy nie jest za późno na pojednanie. Życie wciąż potrafi zaskakiwać dobrem w najmniej spodziewanym momencie.








