Nigdy nie lubiłam gier towarzyskich, w których trzeba coś ze sobą przynosić. Zwłaszcza takich z podtekstem. A to już w ogóle był szczyt — szefowa wrzuciła na firmową grupę wiadomość o pikniku integracyjnym nad Wartą i dopisała: każdy przynosi coś na pierwszą literę swojego imienia. Kropka. Bez wyjaśnienia, bez możliwości odmowy.
Mam na imię Klara.
Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to ketchup. Albo kiełbasa. Ale obie rzeczy kojarzyły mi się z czymś, na co nie miałam ochoty patrzeć. Potem pomyślałam o kartach do gry i prawie się roześmiałam na głos w pustej kuchni. W końcu stanęło na klasyce — kawa. Chociaż, jak się później okazało, powinnam była przynieść klucz. Od mieszkania, które odebrał mi dzień wcześniej własny brat.
Ale wszystko po kolei.
Pracuję w księgowości przy ulicy Garbary w Poznaniu. Mała firma, cztery biurka, osiem palet papieru i jedna szefowa, która ma hopla na punkcie team buildingu. Nazywa się Marzena. Krążyła wokół mojego biurka z butelką wody mineralnej, kiedy odczytywałam jej wiadomość.
— No i co? — zapytała, chociaż doskonale wiedziała, iż jeszcze nie zdążyłam przemyśleć sprawy.
— Nie wiem, może kawę — powiedziałam, choćby na nią nie podnosząc oczu znad ekranu, bo akurat poprawiałam w Excelu formułę, która od rana nie chciała się zgadzać.
— Kawę? — Marzena przechyliła głowę. — To takie… bezpieczne.
— A kartofle? — zapytałam. — Też na K.
— Kartofle byłyby fantastyczne. Zwłaszcza w sałatce. Ale to ty decydujesz.
Nie cierpiałam, kiedy mówiła „ale to ty decydujesz”, bo to oznaczało, iż zdążyła już ocenić każdą moją myśl i żadna nie dostała dobrej noty.
Wracając do brata. Nazywam go Tomek, chociaż w papierach ma Tomasz. Osiem lat starszy, zawsze ten lepszy, ten, który wyszedł na ludzi. Skończył politechnikę, pracował w korporacji, potem założył własną firmę transportową. Mieszkanie po rodzicach przepisali mu dziadkowie, bo przecież „Tomek ma rodzinę, a Klara jeszcze sobie poradzi”. I ja naprawdę wierzyłam, iż sobie poradzę. Aż do ubiegłego czwartku, kiedy Tomek stanął w drzwiach mojej wynajmowanej kawalerki i powiedział, iż potrzebuje gotówki na nowy samochód ciężarowy.
— Chodzi o to mieszkanie — powiedział. — Dziadkowie przepisali na mnie, więc…
— Wiem, na ciebie. Mieszkam tu od trzech lat i płacę czynsz za swój kąt.
— Klara, posłuchaj. Jest oferta z rynku. Czterysta osiemdziesiąt tysięcy. Gość kupuje z lokatorem, ale ty musisz się wyprowadzić do końca sierpnia.
Sierpień. To był lipiec. Zostało pięć tygodni.
Nie byłam w stanie wykrztusić nic poza „a gdzie ja mam iść?”. A on wzruszył ramionami, jakby chodziło o to, iż w sklepie skończył się chleb na kolację.
— Zawsze możesz wrócić do Poznania — powiedział. Tak, jakbym nie stała przed nim w tym właśnie Poznaniu, w swoim jedynym miejscu na ziemi. Ale jemu chodziło o tamto stare mieszkanie babci na Jeżycach, które od dziesięciu lat stoi puste, bo nikt nie chce w nim mieszkać po tych wszystkich awanturach między ciotkami.
Klucz do tego mieszkania zabrałam z domu rodziców jedenaście lat temu, kiedy wyprowadzałam się na studia. Wzięłam go po cichu, na wszelki wypadek, i schowałam w metalowym pudełku po herbatnikach, razem z paszportem i świadectwami. Nikt nigdy o niego nie zapytał. Ciotki pewnie myślały, iż zaginął przy którejś przeprowadzce.
Piknik miał być w sobotę. W piątek wieczorem stałam na balkonie, paliłam jednego papierosa za drugim i patrzyłam, jak nad Jeżycami przechodzi letnia burza. W kieszeni dzwonił telefon. Tomek. Nie odebrałam.
W sobotę rano spakowałam termos z kawą, koc i poszłam na Polanę. Tak miejscowi nazywali skrawek zieleni nad rzeką, chociaż gwiazda spotkania miała być zupełnie inna. Marzena już czekała w wielkim kapeluszu, z telefonem w jednej ręce i siatką z bułkami w drugiej. Kiedy zobaczyła mój termos, uniosła brwi.
— Kawa — powiedziałam, zanim zdążyła skomentować.
— A ja myślałam, iż będziesz miała coś ciekawszego. Chociaż kawa… kawa jest dobra. Ktoś w ogóle wybiera kawę? Większość ludzi bierze ciasto.
Podeszła do stołu, na którym stały już talerze z ciastem, owoce, bagietki. Zosia z recepcji przyniosła żółty ser, Krzysiek z IT — krakersy, a pani Halina, starsza księgowa, kaczkę w galarecie. Nie myliła się z literą.
Rozłożyłam koc pod starą wierzbą i zalałam sobie kawę. Dopiero po godzinie zorientowałam się, iż wydarzyło się coś dziwnego. Marzena podeszła do mnie z komórką przy uchu i miną, jakiej nie widywałam choćby podczas kontroli skarbowej.
— Ktoś tu przyjechał — powiedziała, ledwo poruszając ustami. — Jakiś mężczyzna. Mówi, iż szuka Klary.
Zerwałam się na równe nogi.
— Czego chce?
— Nie powiedział. Stoi przy bramie, koło czarnego passata. Pytał tylko, czy jesteś na pikniku. Kto to może być? Klara, kto to jest?
Kto to jest. Już wiedziałam, zanim jeszcze tam podeszłam.
To nie był Tomek.
Przy bramie stał jego wspólnik, Szymon. Facet, którego widziałam może trzy razy w życiu i za każdym razem na rodzinnych spotkaniach, gdzie siedział z boku i pił colę, nie wtrącając się do rozmów. Teraz wydawał się wyższy, chociaż to była może kwestia ciemnej kurtki, chociaż słońce prażyło niemiłosiernie. W ręku trzymał teczkę.
— Pani Klara? — zapytał.
— Czego pan chce?
— Tomasz prosił, żeby to przekazać. — Wyciągnął teczkę. — I powiedzieć, iż umowa u notariusza jest we wtorek.
— Jaka umowa?
— Sprzedaży mieszkania.
Wzięłam teczkę i dopiero potem poczułam ciężar tego ruchu. Moja dłoń przyjęła ten ciężar gładko, jakby na to czekała. W środku był wydruk, odręczne dopiski, jakieś zdjęcia. Wszystko pachniało tuszem z drukarki i tamtym dniem, kiedy jeszcze myślałam, iż posprzątam, wywietrzę i zaproszę kogoś na kolację.
— Dlaczego on sam nie przyjechał? — zapytałam.
— Bo go pani nie odbiera.
Odepchnęłam teczkę ruchem, który zabolał mnie w ramieniu. Szymon nie drgnął.
— Proszę nic nie rozumieć źle — powiedział. — Ja tylko przywiozłem dokumenty. To nie moja sprawa, co państwo między sobą ustalą.
— Więc czemu pan nie przywiozł ich wczoraj? Albo w poniedziałek do biura?
— Bo dzisiaj przejeżdżał w pobliżu, a pani brat powiedział, iż będzie pani na pikniku. Nie chciałem czekać.
Kiedy wróciłam na koc, Marzena siedziała na moim miejscu i piła moją kawę z termosu.
— Kto to był? — powtórzyła.
— Kurier — odpowiedziałam, chowając teczkę do torby.
— Kurier? Z teczką? Klara, przecież widziałam, jak ci coś dawał.
Przeniosłam ciasto z talerza na serwetkę i zaczęłam je dzielić na bardzo małe kawałki. Deszcz przeszedł obok nas łukiem, powietrze zrobiło się gęste i lepkie. Jeden kawałek. Drugi. Trzeci. Marzena nie odpuszczała.
— jeżeli masz kłopoty, to jest ta gorąca linia dla pracowników. Pamiętasz, mieliśmy szkolenie? Psycholog, prawnik.
— Nie są mi potrzebne.
— Ależ, Klara…
— Pani Marzeno. — Podniosłam głowę. — Piknik jest integracyjny. Ja się integruję. Niech mi pani powie, czemu pani tak się interesuje akurat mną?
Tego zdania nauczyłam się nie od siebie, tylko od babci, która w ten właśnie sposób gasiła ciotki przy niedzielnym stole. Działało też na Marzenę. Wstała, otrzepała spódnicę i poszła w stronę stołu, zostawiając po sobie zapach perfum i pusty kubek.
Wieczorem w domu — nie, to już nie był dom, tylko mieszkanie z terminem ważności jak jogurt w lodówce — otworzyłam teczkę. Na wierzchu leżała kartka z napisem: „We wtorek, godzina 11. Kancelaria Notarialna, ulica Świętego Marcina”.
Odłożyłam telefon, na który znów próbował dodzwonić się Tomek, i wyjęłam z szafki metalowe pudełko po herbatnikach. Otworzyłam je i wyjęłam klucz. Zwykły, stary klucz z mosiężną główką, trochę pociemniały od lat leżenia obok paszportu. Przez chwilę trzymałam go w dłoni, jakbym ważyła, ile jeszcze zostało w nim znaczenia.
Właśnie. Zawsze mogłam wrócić.
We wtorek o 10.45 weszłam do kancelarii. Tomek już tam był, w towarzystwie notariusza i kobiety o twarzy zmęczonej makijażem, która okazała się kupującą. Usiadłam po drugiej stronie stołu, a przed siebie położyłam klucz.
— Co to? — zapytał Tomek.
— Klucz od mieszkania babci. Mówiłeś, iż mogę tam wrócić. Otóż wróciłam. Byłam tam wczoraj. Umyłam okna.
— To nie jest miejsce do życia. Tam od dziesięciu lat nikt nie mieszka!
— To się nie różni od tego, co właśnie ze mną robisz. Tylko skala inna.
Tomek spojrzał na notariusza, potem na kobietę, potem znów na mnie, jakby liczył, ile osób w tym pokoju czeka na moją decyzję.
— Klara, ja nie mam czasu w symbole. Podpisujesz czy nie?
Notariusz odchrząknął i przysunął w moją stronę dokument. Mogłam wstać i wyjść — miałam już klucz, miałam mieszkanie babci, miałam plan. Ale wiedziałam też, iż bez mojego podpisu sprawa utknie na miesiące w sądzie, iż Tomek i tak w końcu wygra, tylko droższym kosztem dla nas obojga, i iż kobieta z tą zmęczoną twarzą czeka na mieszkanie dla swojej matki — mówiła mi o tym Marzena, bo skądś to wiedziała, plotka z biura nieruchomości przy tej samej ulicy.
Podpisałam pełnomocnictwo. Ale zanim odłożyłam długopis, powiedziałam głośno, tak żeby notariusz to zanotował w swoich papierach jako oświadczenie:
— Podpisuję pod warunkiem, iż połowa kwoty z tego mieszkania trafia na moje konto w ciągu tygodnia od transakcji. Nie proszę, tylko informuję. Reszty tego dokumentu, który mi przywiózł pański wspólnik, nie podpiszę, dopóki tego nie będzie na piśmie.
Tomek otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale notariusz już sięgał po nowy formularz.
Klucz zostawiłam na stole. Nie zabrałam go z powrotem. Wyszłam z kancelarii, zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć „do widzenia”.
Po drodze na przystanek kupiłam sobie pączka w piekarni na Świętym Marcinie. Zjadłam go na ławce, patrząc na tramwaje. Potem pojechałam na Jeżyce, do mieszkania babci, tym razem swoim własnym kluczem — tym z metalowego pudełka, drugim egzemplarzem, który zawsze tam czekał.
W środku pachniało kurzem i starymi gazetami. Otworzyłam okno, zdjęłam firankę i włożyłam ją do torby, żeby wyprać. Zalałam wodę do kubka i zaparzyłam kawę — resztkę tej samej, którą brałam na piknik.
Tomek dzwonił trzy razy. Nie odebrałam.
Za to wieczorem dostałam wiadomość od Marzeny: „Jak tam? Lecisz na czwartkowy spacer firmowy?”. Odpisałam jej, iż nie, iż w czwartek pracuję zdalnie, bo mam do zrobienia przegląd dokumentów. Nie były to dokumenty firmowe, ale nie musiała tego wiedzieć.
Wyciągnęłam z torby wydruk z kancelarii i położyłam go na stole w kuchni babci, po drugiej stronie, naprzeciwko pustego talerzyka po pączku. Usiadłam i patrzyłam, jak za oknem gaśnie światło nad podwórkiem. Telefon zadzwonił jeszcze raz. Odłożyłam go ekranem do dołu, wstałam i zaczęłam wieszać z powrotem uprane firanki, mokre jeszcze, ciężkie od wody, jedna po drugiej, aż w oknie zrobiło się znowu jak za czasów babci — biało i prosto.














