Pijany kot i walerianowe kłamstwo

polregion.pl 1 dzień temu

To nie był mój kot. To znaczy formalnie był, bo od pięciu lat mieszkał w moim mieszkaniu na Grochowie i wpisywał się w każdy rachunek za prąd jako element dekoracyjny. Ale tak naprawdę należał do mojej teściowej, która wprowadziła się do nas w listopadzie po remoncie swojego M3 na Pradze i od razu przejęła dowodzenie.

Kot miał na imię Stefan. Rudy dachowiec z urwanym kawałkiem ucha, znaleziony przy śmietniku na Saskiej Kępie. Ważył sześć kilo i zachowywał się jak emerytowany bokser, który już nikomu nie musi niczego udowadniać. Teściowa kochała go bardziej niż własną córkę, czyli moją żonę, a żona udawała, iż tego nie widzi.

Tamtego piątku Stefan położył się na chodniku w przedpokoju i zaczął umierać. Tak to wyglądało z każdej strony: łapy złożone równo pod brodą, ogon rozciągnięty wzdłuż listwy przypodłogowej, półprzymknięte ślepia. Żadnego ruchu, żadnego miauknięcia. Tylko miarowy oddech, jakby kot przepraszał cały świat za swoje grzechy i czekał na namaszczenie.

Żona wpadła w histerię. Dzwoniła do wszystkich weterynarzy w promieniu dziesięciu kilometrów, a to był piątek po siedemnastej, więc odbierały głównie automaty. Trzynaście telefonów w godzinę — policzyłem, bo siedziałem w kuchni i mieszałem cukier w zimnej herbacie. Teściowa klęczała przy kocie i szeptała mu coś do ucha. Nie wiem, co dokładnie, bo nie chciałem wiedzieć.

Około dziewiętnastej sąsiadka z dołu przyniosła tabletki. Podobno na kocią grypę, bo sama miała trzy dachowce i aptekę weterynaryjną większą niż ja narzędziową. Tabletka wielkości złotówki, biała, o zapachu kredy. Wetknęliśmy ją Stefanowi w pysk. Wypluł. Wepchnęliśmy głębiej, przytrzymując szczęki jak w filmach o szpiegach. Stefan wydał z siebie dźwięk, którego nie słyszałem choćby podczas wybuchu petard na Wszystkich Świętych. Wyrwał się, odskoczył w kąt i wrócił na chodnik, żeby dalej umierać.

Wtedy teściowa sięgnęła do szafki w przedpokoju. Ta szafka to był jej sektor, strefa zdemilitaryzowana, w której trzymała krople nasercowe, pudełka na pieczywo, opakowania po lodach pełne guzików i — jak się okazało — buteleczkę waleriany. Taką apteczną, po dwadzieścia osiem gramów.

Zanurzyła tabletkę w walerianie, wyjęła ją dwoma palcami jak hostię i podsunęła Stefanowi pod nos. Kot otworzył ślepia. Wstał. Oblizał wąsy. A potem zjadł tabletkę z takim zapałem, jakby to był tuńczyk ze słoika.

Pierwsze oznaki były niemal natychmiastowe. Stefan przeciągnął się, zrobił kółko po pokoju, po czym usiadł na środku dywanu i zaczął mruczeć. Głośno i rytmicznie, jak zepsuta pralka Frania. Potem przewrócił się na grzbiet, wystawił brzuch i turlał się z boku na bok, zahaczając pazurami o frędzle dywanu. Wyglądał jak pijany wujek na weselu, który właśnie stracił kontakt z rzeczywistością, ale jeszcze próbuje tańczyć.

Teściowa klasnęła. Żona odłożyła telefon. Ja dolałem sobie zimnej herbaty, bo nagle zrobiło się ciepło, i powiedziałem coś, co w tamtym momencie wydawało się zabawne. Nie pamiętam, co dokładnie, ale zapamiętałem, iż nikt się nie roześmiał.

Stefan tymczasem zaczął spacerować po mieszkaniu. Krótkie przebieżki z kuchni do pokoju, z pokoju na balkonowe drzwi, z balkonowych drzwi do łazienki i z powrotem. Co chwilę przystawał, przechylał łeb i wpatrywał się w ścianę, jakby tam było coś wartego uwagi. Przez moment miauczał jakby sam do siebie. To nie było miauknięcie chorego kota, tylko jakieś nosowe zawodzenie, które uznałem za próbę śpiewania.

Uspokoiło się około dwudziestej pierwszej. Stefan zwinął się w kłębek na kaloryferze i wyglądał przez chwilę jak dawny Stefan. Teściowa powiedziała: „widzisz, a ty nie wierzyłeś”. Nie powiedziałem nic.

Godzinę później zaczęło się kacowe zejście. Kot zbudził się, zszedł z kaloryfera i położył się w tym samym miejscu w przedpokoju, przyjmując dokładnie tę samą pozę: łapy pod brodą, ogon wzdłuż listwy. Tylko tym razem zerkał na nas jednym uchem, sprawdzając, kto patrzy.

Teściowa zrozumiała ten sygnał natychmiast. Wstała z fotela, poszła po walerianę i ukucnęła przy kocie. Nie wołała go, nie głaskała. Po prostu odkręciła buteleczkę i pozwoliła, żeby zapach zrobił resztę. Stefan dotarł do niej w trzy sekundy. Nie wstał, tylko przepełznął na brzuchu, jak sołdat pod drutem, i przyłożył pysk do zakrętki.

Druga tabletka zniknęła bez żadnych ceregieli.

Potem była trzecia. Czwarta o dwudziestej trzeciej. Za każdym razem sceneria ta sama: kot odstawiał konanie na chodniku, teściowa odstawiała cudowne uzdrowienie, a ja siedziałem w kuchni i zastanawiałem się, czy to jeszcze jest gospodarstwo domowe, czy już szpital psychiatryczny z elementami teatru.

Około północy Stefan przeszedł w fazę agresywną. Zaczął gonić własny ogon w tempie odkurzacza przemysłowego, a potem rzucił się na firankę w dużym pokoju i zawisł na niej całym ciężarem, po czym zjechał po materiale jak po linie strażackiej. Firanhda złapała karnisz tak nieszczęśliwie, iż ten spadł mu na głowę. Kot wrzasnął, odbił się od parkietu i pognał do przedpokoju, gdzie wpadł prosto na framugę. Tym razem nie krzyknął. Zatoczył się do tyłu, siadł, popatrzył na mnie, jakbym to ja ustawił mu tę framugę w życiu, po czym przekrzywił łeb w idiotycznym uśmiechu. Wyglądał jak karykatura kota z memów. I wtedy wyłączył się w pozycji siedzącej, opierając się plecami o szafkę z butami.

Teściowa stwierdziła, iż to był dobry znak, bo „po lekach trzeba się wyspać”. Żona poszła do sypialni, bo musiała wstawać o szóstej. Ja zostałem na kanapie, w kurtce, bo zrobiło się jakoś zimno.

Rano sytuacja się powtórzyła, ale z nowym tłem. Stefan, jeszcze nie do końca trzeźwy, położył się na balkonie. Tam rozłożył się na boku, wyciągnął łapy w stronę drzwi i przybrał wyraz pyska, jakby za chwilą miał zaśpiewać wielką arię pożegnalną. Nikt mu jednak nie podał waleriany, bo nikt go nie zauważył. Żona poszła do pracy, teściowa pojechała na działkę pod Otwockiem sprawdzić, czy nie zamarzły pomidory, a ja zamknąłem drzwi balkonowe, żeby nie ciągnęło chłodem.

I wyszliśmy. Wszyscy. Na całe pół dnia.

Wróciliśmy po piętnastej. Pierwsze, co zobaczyłem, to siatka z marchwią, którą teściowa kupiła w biedrze przy bazarze Różyckiego i postawiła na balkonie jako dojrzewalnię. Siatka była przedziurawiona w sześciu miejscach, a po betonowej posadzce walały się ogryzki. Nie resztki marchwi — konkretne, chrupane kawałki. Cały zestaw estradowy kota wyglądał teraz jak bieda-wersja klatki dla gryzoni.

Stefan siedział w kącie balkonu, obok plastikowego słoika po kiszonych ogórkach, który teściowa trzymała tam od wiosny. Siedział prosto, z łapami podkurczonymi pod siebie, z uszami postawionymi na sztorc. W pysku nie zostało mu już przeciągnięte, senne zadowolenie z poprzedniej nocy. Patrzył w drzwi balkonowe przez szybę i nie miauczał.

Był trzeźwy jak niemowlę. Trzeźwy i obrażony.

Bo — i to była najgorsza część — nic w tym dramacie nie zostało odegrane. Nikt nie patrzył, nikt nie klękał, nikt nie odkręcał buteleczki. Morze waleriany nie nadeszło. Zamiast tego przyszła twarda, bezlitosna rzeczywistość w postaci marchwi, którą musiał przetrawić w samotności.

Teściowa otworzyła balkon i wpuściła go do mieszkania. Stefan wszedł, minął ją, minął żonę, minął mnie i położył się na chodniku w przedpokoju. Na swoim miejscu. Z łapami pod brodą. I westchnął tak ciężko, jakby cały świat zawiódł go w jeden piątek.

Wtedy żona zrobiła coś, czego teściowa nie widziała. Wyjęła z szafki buteleczkę waleriany, tę samą, po dwadzieścia osiem gramów, i wylała jej zawartość do zlewu. Potem odkręciła kran z zimną wodą na pełny przepływ, wrzuciła buteleczkę do szuflady pod blatem i wyciągnęła stamtąd nową, nieotwieraną. Tę nową schowała za pudełkiem kakao. Patrzyłem na to i nie odezwałem się ani słowem, bo robiła to jak ktoś, kto wreszcie podjął jedyną słuszną decyzję w tym całym cyrku.

Stefan dostał wieczorem normalną karmę i poszedł spać. Nie umierał, nie śpiewał, nie wbijał się we framugi.

Buteleczka stoi teraz za kakao, w kuchni, a Stefan omija to miejsce szerokim łukiem. Czasem, gdy teściowa idzie do szafki po kawę, kot podnosi łeb i patrzy. Ale ona widzi już tylko zwykłego kota, który w piątek miał katar, a w sobotę przestał. Więc nic nie wylewa, chowa i nie rozumie, dlaczego Stefan na nią tak dziwnie spogląda. A my z żoną nie tłumaczymy. Szkoda psuć rodzinie teatru, który już się skończył.

Idź do oryginalnego materiału