Zapiski z osobistego dziennika świeżo upieczonej emerytki, byłej kierowniczki działu planowania.
**Plan**
7:00 — pobudka. Kontrastowy prysznic na dobry początek.
7:30–8:30 — gimnastyka na balkonie, dwadzieścia minut rozciągania.
9:00 — śniadanie: twarożek ze szczypiorkiem, dwie rzodkiewki, kromka chleba żytniego na zakwasie, kawa zbożowa z mlekiem migdałowym.
9:30–10:30 — godzina piękna: maseczka ogórkowa, makijaż dzienny, fryzura.
11:00–12:30 — spacer po Parku Skaryszewskim, po drodze zakupy w warzywniaku: koperek, młode ziemniaki, pstrąg, cytryny, sezonowe owoce.
13:00 — obiad: zupa koperkowa, ryba gotowana na parze, kompot z suszu.
14:30–15:30 — godzina produktywna: starłam kurze, posegregowałam szafę z pościelą, przeprasowałam obrusy.
16:00 — podwieczorek: herbata z cytryną i dwa sucharki. Ostatni posiłek dnia.
16:30 — czas kreatywny: kaligrafia japońska pędzlem, którą zawsze chciałam wypróbować.
18:00 — lektura książek rozwojowych. Mam na półce „Siłę nawyku" od trzech lat.
19:00 — wartościowy film dokumentalny.
21:00 — szykowanie do snu.
21:30 — sen.
**Co z tego wyszło**
11:20 — ledwo zwlokłam się z łóżka. Oczy jak u buldoga po wczorajszym maratonie serialowym. Twarz spuchnięta, bo przed snem zjadłam śledzia w oleju z cebulką. Leżałam jeszcze dziesięć minut, patrząc w sufit, i próbowałam sobie przypomnieć, na co dziś mam budzik. Nie miałam. Pierwszy raz od trzydziestu ośmiu lat nie miałam budzika, na który trzeba wstać. To uczucie usiadło mi w mostku jak kamień, więc gwałtownie wstałam, żeby go zgubić po drodze do kuchni.
Prysznic kontrastowy i gimnastyka odwołane. Nadrobię jutro.
Przez kwadrans odpisywałam na życzenia emerytalne. Potem otworzyłam folder ze zdjęciami z pożegnania w biurze. Anka z księgowości przypięła mi na bluzkę kokardę z napisem „Szefowo, dziękujemy". Marek trzymał tort z napisem, który sam wymyślił i sam się z niego śmiał. Wszyscy się śmiali. Zoom na własną twarz na jednym ze zdjęć — uśmiech szeroki, oczy trochę za bardzo błyszczące. Wtedy myślałam, iż to ze wzruszenia. Teraz, patrząc na ten sam uśmiech dwanaście godzin później w pustym mieszkaniu, pomyślałam, iż to mogła być panika, tylko dobrze ucharakteryzowana.
Odłożyłam telefon ekranem do dołu. W kuchni cykał tylko zegar nad lodówką — ten sam, który przez trzydzieści lat nigdy nie miał czasu, żebym go usłyszała.
13:00 — śniadanie. Usmażyłam całą górę naleśników, bo mleko skwaśniało, a nie znoszę marnować jedzenia. Do tego dokończyłam resztkę dżemu wiśniowego i śmietanę osiemnastkę, która stała otwarta od świąt. To się nazywa odpowiedzialne gospodarowanie zapasami.
14:00 — nie chciało mi się iść na spacer. Godzina piękna też odwołana. Usiadłam do sudoku, a potem wciągnęłam się w filmiki z kotami na telefonie. Dwie godziny zleciały nie wiadomo kiedy. W pewnym momencie złapałam się na tym, iż sprawdzam skrzynkę mailową firmy — z nawyku, bo hasło jeszcze pamiętałam. Dostęp już cofnięty. Ekran wyświetlił tylko: „Nie masz uprawnień". Zamknęłam aplikację i przez chwilę siedziałam z telefonem na kolanach, nie wiedząc, co teraz zrobić z rękami, które przez dwadzieścia lat trzymały w tym samym miejscu o tej samej porze kubek kawy i słuchawkę telefonu firmowego.
16:00 — obiad: pierogi mrożone z garmażerki. Muszę wyczyścić zamrażalnik z gotowców, zanim oficjalnie zacznę zdrowy tryb życia. To logiczne.
17:00 — koleżanka z działu kadr podesłała mi tuzin przepisów na sałatki i link do ćwiczeń dla seniorek. Przejrzałam wszystko, potem się zdrzemnęłam. Emerytura jest wyczerpująca. Nikt mnie nie uprzedził.
18:00 — podwieczorek. Dokończyłam bombonierkę z orzechami, którą dostałam na pożegnanie. Od jutra koniec ze słodyczami.
19:00 — w końcu wyszłam z domu. Dotarłam do osiedlowej Biedronki. Kupiłam parówki i sernik wiedeński z promocji — trzydzieści procent taniej, nie mogłam przepuścić takiej okazji. Kasjerka, młoda dziewczyna z tipsami w kolorze mięty, spytała rutynowo: „Paragon do bloczka?". Powiedziałam, iż nie trzeba, iż już nie pracuję. Powiedziałam to na głos po raz pierwszy tego dnia i poczułam, jak zdanie ląduje gdzieś między nami ciężej, niż powinno.
20:00 — zadzwoniła Grażyna. Telefon zawibrował na stole tak nagle, iż aż podskoczyłam — od rana nie zadzwonił nikt.
— No i jak tam, emerytko? — spytała wesoło.
— Wspaniale — powiedziałam i sama usłyszałam, iż mówię za szybko. — Plan mam rozpisany co do minuty. Gimnastyka, spacer, kaligrafia.
— A zrobiłaś coś z tego?
Milczałam chwilę dłużej, niż wypadało. Za oknem zapadał już zmierzch, w kuchni paliła się tylko lampka nad kuchenką, a ja stałam z telefonem przy uchu i patrzyłam na własne odbicie w ciemnej szybie okna — kobieta w za dużym swetrze, z talerzem po naleśnikach za sobą na blacie.
— Nie zrobiłam nic z listy, Grażyna — powiedziałam w końcu. — Ale za to obejrzałam wszystkie zdjęcia z pożegnania. Trzy razy.
— I co?
— I się popłakałam. Trochę.
Grażyna nie żartowała już dalej.
— To normalne — powiedziała ciszej. — Ja przez pierwszy miesiąc na emeryturze codziennie ubierałam się jak do pracy. Nie miałam gdzie iść, ale się ubierałam. Chodziłam po mieszkaniu w żakiecie.
Coś we mnie odpuściło, kiedy to usłyszałam. Nie byłam jedyna, która nie wiedziała, co zrobić z rękami po trzydziestu ośmiu latach chodzenia na ósmą.
Rozmawiałyśmy potem prawie godzinę o zwyczajnych rzeczach — o serialach, o cenach na targu, o tym, iż sąsiadka znowu suszy pranie na wspólnej klatce. Poleciła mi turecki serial. Odcinek trwa dwie godziny. Powiedziałam, iż obejrzę „tylko jeden".
21:00–1:30 — serial wciągnął mnie całkowicie. W trakcie pierwszego odcinka zjadłam parówki. W trakcie drugiego — połowę sernika. W trakcie trzeciego wyciągnęłam z lodówki resztkę śledzia i zjadłam prosto ze słoika, stojąc przy otwartej lodówce w kuchni, w której paliło się już tylko światełko wewnątrz niej. Nie zapaliłam górnej lampy. Nie chciało mi się widzieć całej kuchni naraz.
1:45 — siedzę przy stole z niedojedzonym kawałkiem sernika na talerzu i piszę plan na jutro, bo nie napisać go byłoby gorzej niż go nie zrealizować. Budzik ustawiłam na 7:00 — nie dlatego, iż wstanę, tylko dlatego, iż przez tyle lat budzik na 7:00 znaczył, iż jestem komuś potrzebna o ósmej. Telefon leżał ekranem w dół obok talerza. Podniosłam go, żeby sprawdzić godzinę, i zobaczyłam w czarnym, wygaszonym ekranie własną twarz — zmęczoną, ale bez tamtego szerokiego, wystraszonego uśmiechu ze zdjęć. Po prostu twarz. Moja.
Odłożyłam telefon i dojadłam sernik, powoli, siedząc w pustej kuchni, w której nikt nie czekał na raport, na telefon, na spotkanie o dziewiątej. Jutro spróbuję znowu. Może nie od gimnastyki. Może zacznę od tego, żeby po prostu wyjść na balkon i postać chwilę na własnym powietrzu, bez planu na to, co dalej.
Dobranoc.












