W niedzielę rano pojechałem na bazar na Grochowie. Przyjeżdża tam rolnik spod Grójca, który zawsze ma warzywa o jakieś czterdzieści procent tańsze niż w marketach. Kartofle, marchew, kapusta — wszystko w cenach, jakich w Warszawie nikt nie rozumie. Wie o tym cała dzielnica, więc koło jego stoiska od siódmej rano kłębi się tłum babć z torbami, wózkami i saszetkami na kółkach.
Mieszkam sam i gotuję sobie na cały tydzień, więc ta wyprawa to dla mnie coś więcej niż zakupy. To rytuał. Ale rytuał, który wymaga przygotowania bojowego.
Tym razem zaparkowałem fiata pandę na rogu Kickiego, włożyłem do kieszeni trzy reklamówki z Biedronki i ruszyłem jak na ring. Powiedziałem sobie: Zdzisiek, masz sześćdziesiąt osiem lat, ale dzisiaj kupujesz kartofle po ludzku. Za wszelką cenę.
Stoisko było z trzech stron oblężone. Kobiety krzyczały jedna przez drugą, machały banknotami, pchały się łokciami, a sprzedawca — młody chłopak w gumowcach i szarej katanie — obracał głowę jak radar, próbując obsłużyć wszystkie naraz. W powietrzu pachniało koperkiem, mokrą ziemią i ludzkim potem. Z głośnika przy budce z miodem leciało disco polo, bo inaczej się nie da w niedzielę w tej części Warszawy.
Odczekałem pierwszy szturm, wypuściłem powietrze i wszedłem w lukę między dwoma wózkami. Od razu dostałem torebką w bok. choćby nie wiem, czy to było celowe, czy tak wyszło. Ruszyłem dalej — metr, drugi. Ktoś nadepnął mi na but. Nie szkodzi, to stare adidasy. Zebrałem siły i odepchnąłem się do przodu.
— Panie, gdzie się pan pcha?! — usłyszałem nad uchem.
Kobieta koło sześćdziesiątki, w kurtce w kratę, z siwymi kędziorkami nad czołem, popatrzyła na mnie z góry, choć była o głowę niższa. Poczułem, jakby miała mnie zamiar przegryźć. Ale nie dałem kroku.
Zaczęła mnie wyprzedzać ramieniem, potem biodrem, potem nagle jej torba znalazła się dokładnie tam, gdzie chciałem postawić nogę. Z boku dobiła druga baba, z wózkiem, i wepchnęła mi rączkę prosto w żebra.
— O kurczę — szepnąłem do siebie i zrozumiałem, iż jestem w kropce. Stałem pośrodku ludzkiej fali i nie mogłem się ruszyć ani do przodu, ani w tył. W jednej ręce trzymałem pustą reklamówkę, w drugiej kluczyki od auta, a dookoła szalał huragan bab, który w każdej chwili mógł mnie porwać z butami.
Wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Sprzedawca, ten sam młody chłopak, wychylił się zza wagi i machnął na mnie ręką.
— Niech go panie przepuszczą! — wrzasnął. — Dwie minuty temu zamawiał!
Kobiety zamilkły na sekundę. Może nie z szacunku, tylko ze zdumienia, iż facet w gumowcach ma czelność wydawać im polecenia. Ale poskutkowało. Rozstąpiły się, jakby ktoś przeciągnął przez tłum niewidzialny pasek. Zrobiłem krok, potem drugi — i stanąłem przy samym blacie.
Kupiłem trzy siatki. Kartofle, cebulę, marchewkę, buraki, choćby ogórki w promocji. Za wszystko wyszło coś koło czterdziestu dwóch złotych. W Biedronce zapłaciłbym z siedemdziesiąt. Patrzyłem na ten urobek i czułem, iż to chyba najlepszy zakup w moim życiu.
Chłopak zważył, wrzucił wszystko w moje torby, popatrzył na mnie i dorzucił jeszcze cały pęczek zielonej cebuli.
— Za odwagę — powiedział z uśmiechem. — Bo tak stać w tym tłoku i jeszcze się nie pokłócić, to rzadkość.
Nie udawałem nawet, iż nie jest mi miło. Podziękowałem i odszedłem w stronę parkingu z tym pękiem cebuli sterczącym z torby jak bukiet.
Dopiero w domu zrobiło mi się trochę głupio. Stałem przy kuchennym oknie, patrzyłem na podwórko i myślałem o tym, co chłopak powiedział. Odwaga. Zabawnie to zabrzmiało. Bo moja odwaga kończy się zwykle na przejściu dla pieszych i na rozmowie z lekarzem, który kazał mi uważać na cholesterol. Ale może to o to chodzi, iż odwaga ma różne rozmiary. Czasem to tylko przepchnięcie się przez tłum na bazarze.
Tego samego wieczora obrałem kartofle i wstawiłem je na gaz. Stara emaliowana patelnia z Bolesławca poradziła sobie z karkówką cieniej niż zwykle, bo była porządnie rozgrzana, a kartofle padały do garnka miękko, jeden za drugim, cicho, jakby wiedziały, iż dzisiaj coś świętuję. Pokroiłem ogórki, dodałem koperku i śmietany, a na wierzch, już na koniec, sięgnąłem po tę cebulę z pęczka. Była taka świeża, iż aż skrzypiała pod nożem.
Zjadłem całą porcję przy kuchennym stole, bez pośpiechu, bez telewizora, bez gazety. Za oknem już się ściemniło, a sąsiad z parteru wyciągał ze schowka rower i gwizdał coś pod nosem.
I wtedy, z pustym talerzem przed sobą, pomyślałem o jednym. Pojechałem na ten bazar po warzywa, a wróciłem z poczuciem, iż nie zmarnowałem dnia. Chociaż nikt mi krzywdy nie zrobił. Chociaż nikt nie zginął. Ot, zwykła niedziela z cebulą w prezencie.
Ale właśnie dlatego było w tym coś, czego nie umiem dobrze nazwać. Takie małe zwycięstwo, które śmieszy, ale w środku grzeje jak herbata z sokiem malinowym.
Kiedy skończyłem zmywać, wyjąłem z portfela paragon. Popatrzyłem na sumę. Czterdzieści dwa trzydzieści. Złożyłem go na pół i wsunąłem za szybkę w kuchennej szafce, tam, gdzie trzymałem różne drobiazgi, które nie miały już żadnego znaczenia. Tylko iż ten jeden, akurat ten, chciałem zachować. Nie wiem, po co.
Może po to, żeby czasem rano, zanim ruszy się z domu po kolejne zakupy, zobaczyć go i przypomnieć sobie, iż można się wybrać po kartofle i wrócić do domu z pęczkiem cebuli, którego nikt nie musiał mi dawać.
I tylko jedno mnie teraz zastanawia: co zrobić z tym pęczkiem, bo nie dam rady sam zeżreć go całego, a odpustem pachnie tak mocno, iż aż strach. Chyba częścią do rosołu, częścią podzielę się z sąsiadem, co gwizdał zbierając rower.
A może zaniosę mu jutro rano. Powiem: słuchaj, tę cebulę dali mi za odwagę, ale to nie takie pewne. Zostało parę piór. Weź sobie. Będzie akurat do obiadu.












