Osiemnaście komentarzy pod nekrologiem żony Piotra Zawiei

twojacena.pl 1 tydzień temu

Sto siedemdziesiąt cztery komentarze pod postem żony Piotra Zawiei

Nazywam się Robert Sienkiewicz i prowadzę stronę poświęconą krytyce pseudomedycyny w Polsce od jedenastu lat. Piszę to, bo widziałem, jak Piotr Zawieja pochował żonę, i widziałem, co zrobił z jej śmiercią następnego dnia rano.

Ela Zawieja zmarła w szpitalu przy ulicy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy, na oddziale onkologicznym, w który sam Piotr nie wierzył. Miała pięćdziesiąt trzy lata. Rak piersi, wykryty za późno, bo — jak się później dowiedziałem od jednej z pielęgniarek, z którą rozmawiałem przy automacie z kawą na korytarzu — Piotr przez ponad rok namawiał ją, żeby zamiast chemii spróbowała diety alkalicznej i czegoś, co nazywał „terapią witaminy B17". To nie jest moja opinia. To był plan leczenia, który omawiali w gabinecie, a ona się na niego pierwotnie zgodziła.

Piotr prowadzi w sieci kanał o „wolności medycznej" — trzydzieści dwa tysiące obserwujących, cotygodniowe transmisje, w których mówi o „przemyśle farmaceutycznym" i „ukrywanych lekach na raka". Znam go od dawna, bo od lat zgłaszam jego filmy do moderacji, a on w odpowiedzi publikuje moje zdjęcie z podpisem „kolejny opłacony troll koncernów". To nie ma znaczenia dla tej historii — poza tym, iż dzięki temu wiedziałem, gdzie szukać, kiedy Ela umarła.

Dzień po pogrzebie, w piątek trzeciego lipca, Piotr opublikował post. Osiemset słów. Zacytował werset z Księgi Hioba, opisał, jak trzymał jej dłoń w ostatnich godzinach — i w połowie tekstu, bez żadnego przejścia, napisał, iż „system medyczny zabił moją żonę szybciej, niż zabiłaby ją choroba", iż chemioterapia to „trucizna sponsorowana przez koncerny" i iż gdyby posłuchała go wcześniej, żyłaby dziś zdrowa. Pod postem sto siedemdziesiąt cztery komentarze w ciągu ośmiu godzin. Kondolencje mieszały się z linkami do jego sklepu z suplementami.

Policzyłem je jeszcze tej nocy, bo nie mogłem zasnąć. Sto dwadzieścia sześć to kondolencje. Dwadzieścia dwa to linki do sklepu, wklejone przez samego Piotra w odpowiedziach. Osiemnaście — dokładnie osiemnaście, przeliczałem trzy razy — to komentarze ludzi, którzy pytali, czym adekwatnie jest „terapia witaminy B17" i gdzie można ją zamówić. Jeden z tych osiemnastu napisał: „przykro mi z powodu straty, ale proszę, podaj link do tej terapii, moja mama ma to samo co Ela".

Napisałem komentarz. Nie pod jego postem — bo on i tak by go usunął w dwadzieścia minut, jak zawsze robi — tylko pod artykułem, który portal Kujawy24 opublikował o całej sprawie następnego dnia. Dziennikarka, niejaka Aleksandra Wypych, zacytowała jednego z komentujących, niejakiego Grzegorza Mrozka, który napisał coś w stylu „szkoda, iż nikt mądrzejszy się nie odezwał". Otóż ja się odezwałem. Pod tym samym postem, godzinę przed komentarzem Mrozka, zamieściłem analizę — z linkami do badań klinicznych na temat B17, z danymi WHO o skuteczności chemioterapii w raku piersi w drugim stadium, z cytatem z mojego własnego CV, bo prowadzę fundację zajmującą się edukacją zdrowotną i mam do tego prawo. Mój komentarz zebrał osiemdziesiąt sześć reakcji i czterdzieści odpowiedzi. Artykuł go pominął całkowicie.

To zabolało mnie bardziej, niż powinno. Nie dlatego, iż potrzebuję poklasku — tylko dlatego, iż przez tydzień dostawałem wiadomości od ludzi, którzy pytali, czy naprawdę istnieje coś takiego jak terapia witaminowa na raka, bo przeczytali post Piotra i przestraszyli się, iż tracą czas na chemię. Jedna kobieta, w trzecim tygodniu leczenia, napisała mi o trzeciej w nocy, iż rozważa przerwanie terapii.

Zadzwoniłem do Aleksandry Wypych w poniedziałek. Nie po to, żeby robić aferę — chciałem tylko zapytać, dlaczego pominęła mój komentarz, skoro cytowała krótszy i mniej merytoryczny od Mrozka. Powiedziała, iż nie zauważyła, iż było ich za dużo, iż robiła artykuł na gwałtownie przed deadline'em. Uwierzyłem jej częściowo. Bo w tej samej rozmowie dodała też, iż „trzeba uważać, żeby nie robić z tego personalnej wojny z Zawieją" — co zabrzmiało tak, jakby ktoś jej to wcześniej zasugerował.

Piotr nie odezwał się do mnie bezpośrednio. Ale dwa dni później opublikował kolejny post, w którym napisał, iż „hieny internetowe żerują na jego żałobie, żeby promować własne kanały", bez podania nazwiska — ale ze zrzutem ekranu mojego komentarza, wyraźnie widocznym, z zamazanym tylko moim nazwiskiem, tak żeby każdy, kto śledzi tę historię, mógł się domyślić, o kogo chodzi.

To trwało trzy tygodnie. Komentarze pod moimi postami, wiadomości od jego widzów, jeden telefon do fundacji z pytaniem, czy „na pewno mamy licencję na działalność edukacyjną". Sprawdziłem — mamy, od 2019 roku, numer wpisu do rejestru wisi na stronie.

Nie napisałem nic więcej pod jego postami. Zamiast tego, w poniedziałek dwudziestego lipca, poszedłem do notariusza przy placu Wolności i sporządziłem oświadczenie — z pełną dokumentacją: zrzuty ekranu jego postów, datowane, z listą osiemnastu komentarzy pytających o B17, z linkami do badań, które cytował błędnie, i z transkrypcją rozmowy, którą nagrałem za zgodą pielęgniarki, gdy opowiadała mi o „terapii B17" w gabinecie Eli. Dokument ma czternaście stron. Kosztował mnie sto dziewięćdziesiąt złotych i dwie godziny.

Wysłałem ten dokument nie do Piotra — do redakcji Kujawy24, z prośbą o sprostowanie i uzupełnienie artykułu, oraz do Rzecznika Praw Pacjenta, z opisem sprawy dotyczącej nakłaniania pacjentki do zaniechania terapii onkologicznej na rzecz niezweryfikowanej metody. Załączyłem dane pielęgniarki — za jej zgodą, bo sama się zgłosiła, kiedy usłyszała, co się dzieje. To ona, tydzień później, przesłała skan dokumentu dalej — do zamkniętej grupy pielęgniarek onkologicznych na Facebooku, bo, jak mi później napisała, „ktoś musiał to zobaczyć, zanim znowu komuś powie o witaminach zamiast o chemii". Stamtąd dokument rozszedł się po kolejnych grupach medycznych w ciągu kilku dni.

Trzy tygodnie później Kujawy24 opublikowało sprostowanie — trzy akapity, bez przeprosin wprost, ale z pełnym cytatem mojej analizy i linkiem do rejestru fundacji. Piotr stracił w ciągu tygodnia sponsora swojego kanału — firmę produkującą te same suplementy, które reklamował, bo ich prawnik zobaczył dokument krążący już wtedy po grupach medycznych i wolał się wycofać, zanim sprawa trafi do mediów ogólnopolskich.

Nie zadzwonił do mnie. Nie napisał. Ale w sierpniu, kiedy przechodziłem obok kawiarni na Starym Rynku, zobaczyłem go przez okno — siedział sam, z laptopem zamkniętym, i patrzył na filiżankę, która już dawno wystygła. Nie podszedłem. To nie moja rola.

Dokument wciąż leży w segregatorze w mojej szafie, razem z innymi sprawami fundacji. Czternaście stron, spięte, z pieczęcią notarialną na ostatniej stronie i z osiemnastoma podkreślonymi na czerwono liniami tekstu.

Idź do oryginalnego materiału