Telefon zadzwonił w piątek, kwadrans po siedemnastej, kiedy właśnie parkowałam pod blokiem i szukałam w torebce kluczy. Wolontariuszka z fundacji, zdyszana, mówiła szybko: potrzebują kogoś na weekend, tryb interwencyjny, suka w zaawansowanej ciąży, nie ma czasu w szukanie stałego domu. Powiedziałam tak, zanim w ogóle pomyślałam, gdzie ją położę.
Nazywam się Agata Wirth, mam trzydzieści osiem lat, pracuję jako księgowa w firmie transportowej i od trzech lat biorę psy na tymczasowe wychowanie, kiedy schronisko przy Fordońskiej pęka w szwach. Tamtego wieczoru przywieźli mi owczarkę niemiecką imieniem Reta. Osiem lat, nie cztery — właścicielka wprowadziła mnie w błąd co do wieku, bo bała się, iż nikt nie zechce starszej suki w ciąży. Rodzina straciła mieszkanie na Wyżynach, komornik zabrał telewizor i pralkę, a psa po prostu zostawili na klatce z miską i kartką "oddam w dobre ręce". Sąsiadka zadzwoniła do fundacji, zanim ktoś zdążył wezwać coś gorszego.
Reta weszła do mojej kuchni i od razu poszła pod stół. Brzuch miała tak duży, iż ledwo się mieściła między nogami krzeseł. Nie warczała, nie szczekała — po prostu patrzyła spode łba, jakby czekała, kiedy znowu ktoś ją wystawi za drzwi. Postawiłam koc, miskę wody, zgasiłam górne światło, zostawiłam tylko lampkę nad kuchenką. W telewizorze leciał akurat powtórkowy odcinek "Pytania na śniadanie", ale wyłączyłam dźwięk, bo suka drgała na każdy głos z głośnika.
Pomyślałam wtedy, iż nienawidzę tych ludzi, którzy tak potrafią porzucić zwierzę tuż przed porodem. W duchu układałam sobie zdania, które bym im powiedziała, gdybym miała okazję. Ale to była sobota rano.
W niedzielę, około czwartej nad ranem, obudziło mnie ciche skomlenie zza ściany. Reta rodziła. Usiadłam na podłodze w kuchni w piżamie, z kubkiem wystygłej herbaty obok, i patrzyłam, jak w ciągu czterech godzin na świat przychodzi siedem szczeniąt. Pięć chłopców, dwie dziewczynki. Za oknem właśnie zaczynało świtać, na klatce schodowej ktoś taszczył worki na śmieci do zsypu, a ja siedziałam bez ruchu, żeby jej nie przeszkadzać.
Nie sądziłam, iż się rozpłaczę nad miską po zupie, którą trzymałam w rękach zamiast czegokolwiek innego — po prostu było mi czym zająć dłonie. Ale się rozpłakałam. Reta liczyła je pyskiem, dotykała każdego po kolei, jakby robiła inwentaryzację. Kiedy jeden odczołgał się kilka centymetrów za daleko, brała go delikatnie zębami za kark i wracała z nim pod bok.
Szczeniaki są malutkie, śpiące, głośne i ciągle leżą jeden na drugim jak sterta skarpetek wyjęta z pralki. Przez chwilę wszystkie śpią w kompletnej ciszy, a za moment jeden z nich piszczy tak, jakby skończył się świat, bo znalazł się dziesięć centymetrów od matczynego brzucha.
Reta nie spuszcza z nich oczu ani na sekundę. Kiedy siadam obok niej na podłodze, patrzy na mnie w ten swój sposób — nie umiem tego inaczej nazwać, po prostu ma taki wzrok, jakby w końcu zrozumiała, iż nikt jej ich nie odbierze. Że może teraz normalnie zjeść całą miskę, bez pilnowania drzwi kątem oka.
Od dwóch dni siedzę na podłodze w kuchni, robię za dużo zdjęć telefonem i z każdym dniem bardziej się w tę małą rodzinę wpakowuję emocjonalnie. Każdy szczeniak ma już swój charakter. Jeden najgłośniej się domaga jedzenia. Drugi zasypia w połowie ssania i trzeba go budzić, żeby zjadł swoją porcję. Jedna z suczek już próbuje się wspinać po matce jak po górce, a Reta liże ją z cierpliwością, której ja bym pewnie nie miała po czterech godzinach porodu.
W poniedziałek zadzwoniła do mnie ta sama wolontariuszka, tym razem z inną wiadomością: właściciele — ci sami, którzy zostawili Retę na klatce — dowiedzieli się od sąsiadki, iż suka urodziła, i chcą "odebrać przynajmniej szczeniaki, bo to się da sprzedać". Zapytali o adres.
Nie dałam im adresu. Zamiast tego pojechałam do fundacji z papierami, które od trzech lat trzymam w segregatorze na taki właśnie wypadek: umowa tymczasowej opieki, którą podpisałam w piątek, oraz zgoda na przepisanie własności zwierzęcia, jeżeli poprzedni właściciel go porzucił i nie odbierze w ciągu czternastu dni. Prezes fundacji, pani Halina, poświadczyła datę porzucenia — sąsiadka z klatki napisała oświadczenie. Podpisałam formularz przeniesienia własności na fundację, a fundacja od razu przekazała mi Retę na stałe, z dopiskiem, iż szczeniaki trafią do adopcji dopiero po ósmym tygodniu, kiedy będą gotowe do szczepień, i iż matka zostaje ze mną.
Dwa tygodnie później na klatce schodowej pojawił się mężczyzna, którego rozpoznałam z opisu sąsiadki — łysawy, w dresie, z telefonem przy uchu. Zapukał, spytał, czy tu jest ta suka z Grabowej. Powiedziałam mu przez uchylone drzwi na łańcuchu, iż Reta ma teraz właściciela, iż dokumenty są w fundacji i iż jeżeli chce coś podważać, droga prawna wiedzie przez sąd, nie przez moją klatkę schodową. Stał jeszcze chwilę, popatrzył w głąb korytarza, jakby liczył, iż pies wybiegnie mu na spotkanie. Reta choćby nie podeszła do drzwi — leżała w kuchni, otoczona siódemką dzieci, i nie drgnęła.
Zamknęłam drzwi, przekręciłam zamek na dwa obroty i usiadłam z powrotem na podłodze przy miseczkach. Najgłośniejszy szczeniak akurat znowu się o coś awanturował, a Reta przyciągnęła go łapą bliżej siebie, nie odrywając ode mnie oczu.












