Siedemset czterdzieści osiem tysięcy czterysta złotych. Tyle dokładnie wpłynęło na konto Jadwigi po sprzedaży mieszkania na Woli, które zostawiła jej cioteczna babka Helena. Kwota dziwna, z groszami po przecinku — tyle wyszło po odliczeniu podatku i prowizji pośrednika. Jadwiga patrzyła na potwierdzenie przelewu w telefonie i nie mogła uwierzyć, iż to naprawdę się dzieje: koniec z wynajmowaną kawalerką w Białymstoku, koniec z liczeniem każdego grosza przed pierwszym, koniec ze słuchaniem, jak sąsiad z góry uczy się grać na saksofonie.
Jedyne, co musiała zrobić, to kupić porządne mieszkanie. Bez kredytu, bez dopłat, bez wizyty u doradcy finansowego. Gotówką, jednym przelewem.
Mariusz stał w przedpokoju, rozwiązywał sznurowadła i nie patrzył jej w oczy. Miał zwyczaj ściągania butów przy drzwiach zawsze w ten sam sposób, z lekkim syknięciem, bo lewa kostka dokuczała mu po starej kontuzji. Dopiero gdy skończył, podniósł wzrok.
— Serio? Całość?
— Całość. Możemy szukać.
— To weźmy coś normalnego. Nie żadną mikroskopijną garsonierę przy torach. Jak już, to z balkonem.
Jadwiga odwróciła telefon ekranem do niego. Przez ostatnie trzy wieczory przeglądała oferty na portalu nieruchomościowym: dwupokojowe na Batorego, trzypokojowe przy Lipowej, lofty na Antoniuku. Mariusz patrzył na zdjęcie salonu z oknami na zieleń i żuł wewnętrzną stronę policzka. Ten sam tik, co zawsze, gdy oglądał z nią pod koniec miesiąca wyciąg z konta.
— To twoje. Ty decydujesz — powiedział w końcu.
Tydzień później Jadwiga ściągnęła cienkie rękawiczki, białe od tynku. Stali z Mariuszem w pustym salonie kawalerki w starym budownictwie, zimno wiało z nieszczelnej stolarki. Pośrednik, pan Krzysztof, zjadał w kącie paczkę kruchych ciastek i udawał, iż sprawdza e-maile.
— Nie — powiedziała Jadwiga. — Ta nie.
— Cena spadła o piętnaście tysięcy w zeszłym tygodniu — zauważył Mariusz.
— Bo nikt nie chce mieszkać przy ruchliwej trasie i słuchać tramwajów o piątej rano.
— To może chociaż pomyślisz. Piętnaście tysięcy to nie…
— Mariusz. Mnie na tym zależy. Na ciszy.
Wyszli na klatkę. Na parapecie stała doniczka z uschniętą paprotką, a na ścianie ktoś nabazgrał sprayem „Kocham cię” obok przycisku windy. Jadwiga spojrzała na to i poczuła, jak coś jej się rozlewa w klatce piersiowej — nie gniew, tylko dziwna, spokojna pewność, iż tym razem wybierze sama.
Dwa dni później weszli do mieszkania przy ulicy Pod Krzyżową. Na trzecim piętrze, z balkonem na dziedziniec, do szkoły podstawowej siedem minut pieszo. Salon miał okna na park, a kuchnia była na tyle szeroka, by postawić stół dla czterech osób. Mariusz sprawdził zawiasy w szafie, a Jadwiga podeszła do okna i stanęła tak, by poczuć słońce na twarzy przez szybę. Już wtedy wiedziała — ta.
Wieczorem otworzyli butelkę wina w najętej kawalerce, a na stole piętrzyły się kserokopie notarialne i protokoły ze spotkań z pośrednikiem. Mariusz odsunął teczkę i wziął ją za rękę.
— Jedna prośba — powiedział. — Wpisz tylko mnie. Na własność.
Jadwiga odstawiła kieliszek. Powoli, bardzo powoli, bo od tego zależało wszystko, co powie w ciągu najbliższych minut.
— Chodzi o to — ciągnął Mariusz, nie czekając na jej reakcję — żeby było prościej. W razie czego. No wiesz, gdyby coś się stało z tobą. Z nami. Matka mówi, iż tak jest bezpieczniej.
Jadwiga policzyła w myślach do pięciu. Potem do dziesięciu. Nie żeby się uspokoić — żeby dać mu czas na wycofanie się.
— Twoja matka — powtórzyła w końcu. — Matka mi nie dziedziczy, rozumiesz? Ciotka Helena mnie. To moja rodzina, nie twoja.
— No wiem. Ale jak będzie na mnie, to będzie po bożemu. Taki układ, jak u normalnych.
— Nie ma normalnych układów. Są tylko takie, które się sprawdzają przy podziale majątku.
Zapadło milczenie. Mariusz bawił się pustą szklanką, obracając ją w kółko, jakby szukał na dnie odpowiedzi.
Wtedy Jadwiga powiedziała to, na co zbierała się cały wieczór:
— Wpiszemy mnie. Bo tak będzie szybciej i bez dodatkowej wizyty u notariusza. A jeżeli kiedyś uznasz, iż coś jest nie tak, porozmawiamy jak dorośli ludzie, nie przez twoją matkę.
Uśmiechnęła się. Nie dlatego, iż było jej wesoło — po prostu poczuła, iż decyzja jest już podjęta i nie ma sensu jej dłużej ważyć.
Mariusz nie odpowiedział. Wziął telefon i wyszedł na balkon, a po chwili usłyszała, jak w słuchawce pogwizduje.
Matka Mariusza, pani Mirosława, prowadziła budkę z kwiatami na targu i znała pół miasta. Zanim zdążyli podpisać umowę przedwstępną, zdążyła zadzwonić do Jadwigi osiem razy w odstępie dwóch godzin. Za pierwszym razem pytała o cenę. Za drugim o metraż. Za trzecim o to, czy to na pewno nie zadłużone, bo sama kupowała kiedyś na licytacji i wyszły kruczki. Za czwartym już nie pytała, tylko mówiła.
— Bo jedenastoletni związek to nie przelewki, córeczko. Mieszkanie na Mariusza, bo on jest mężczyzną, a ty z czasem zobaczysz, ile to daje kobietom.
Jadwiga trzymała telefon dwadzieścia centymetrów od ucha i słuchała. Nie przerywała. Wiedziała, iż jeżeli przerwie, to usłyszy jeszcze dziesięć razy to samo, tylko głośniej.
Następnego dnia rano przyszła wiadomość od Mariusza: „Matka będzie na podpisaniu. Nie chcę, żebyś robiła cyrk”. Jadwiga odpowiedziała: „Ona nie ma nic do podpisania. Ja przyjdę, jeżeli ty przyjdziesz”.
Przyszedł. Matka też.
Siedzieli w kancelarii notarialnej w Rynku Kościuszki, na piętrze, gdzie w starym secesyjnym budynku pachniało mokrym tynkiem i środkiem do czyszczenia kaloryferów. Pani Mirosława zdjęła płaszcz, powiesiła go na oparciu krzesła i poprawiła torebkę na kolanach. Notariusz, młody mężczyzna w okularach z cienką oprawką, rozłożył akt i popatrzył na Mariusza, potem na Jadwigę.
— Mają państwo jedną rzecz do ustalenia — powiedział, pokazując długopisem pole w dokumencie. — Kto figuruje jako właściciel.
Mirosława pochyliła się nad stołem tak, iż jej torebka zsunęła się na podłogę.
— Mój syn — powiedziała wyraźnie.
Zapadła cisza. Mariusz nie patrzył na żonę. Wpatrywał się w ten długopis jak w różdżkę.
Jadwiga otworzyła teczkę, którą trzymała przy nodze, wyciągnęła złożoną kartkę z ksero umowy przedwstępnej. Rozłożyła ją powoli, sprawdziła datę i sumę. Siedemset czterdzieści osiem tysięcy czterysta złotych. Nie powiedziała, ile razy ją czytała w nocy.
— Mój mąż nie ma nic wspólnego z tą kwotą — powiedziała, nie odrywając wzroku od papieru. — Wpiszemy mnie.
Mirosława poderwała się z miejsca.
— To jest złodziejstwo! Przy świadkach! Przy notariuszu! Tak się kradnie coś, co należy się synowi z tytułu małżeństwa!
— Ja tu nie widzę małżeństwa — Jadwiga uniosła głowę. — Widzę dwoje ludzi, z których jedno domaga się połowy za to, iż nie zdjęło kapci.
Notariusz zerknął znad dokumentu, ale nie skomentował. Był młody i widać było, iż pierwszy raz widzi taką scenę przy własnym biurku.
Mariusz trzasnął dłonią w stół.
— Nie mów tak o nas. To rodzinne, a nie jakiś interes.
— Interes to był, kiedy twoja matka dzwoniła do mnie w środę o szóstej rano z instrukcjami, jak rozłożyć akty własności. A teraz podpisuj.
Podpisał.
Potem wyszli na ulicę, gdzie Mirosława odpaliła papierosa i paliła go szybko, głośno, jakby chciała wypalić dziurę w chodniku. Mariusz stał obok i nie wiedział, co zrobić z rękoma.
Jadwiga wsiadła do taksówki i przez okno widziała jeszcze, jak Mirosława gasi papierosa o balustradę, mimo iż popielniczka stała metr dalej.
Przeprowadziła się sama. W dniu odbioru kluczy, w piątek, lało tak, iż pękła rynna na balkonie i woda lała się do środka. Mariusz dzwonił trzy razy, zanim zdążyła rozłożyć karton z naczyniami; nie odebrała żadnego z tych połączeń.
Pierwszego dnia urządzała kuchnię. Ustawiła czajnik, a potem długo patrzyła na puste parapety. Na jednym z nich postawiła doniczkę z bazylią, kupioną za cztery złote na straganie obok. Jedyna rzecz w tym mieszkaniu, którą kupiła bez pytania kogokolwiek o zdanie.
Tydzień później Mariusz zapukał do drzwi.
— Ja tylko po rzeczy.
— Masz wszystkie w kartonie pod oknem. Wziąłeś? — Jadwiga trzymała w ręku śrubokręt, bo nasadzała stopkę od ekspresu.
— Nie wiem, po prostu musimy porozmawiać. Matka mówi, iż jesteś chora.
— Matka od dawna mówi, iż wszyscy wokół są chorzy. Co chcesz jeszcze?
— Ja chcę, żeby to było jak wcześniej. Wpisz mnie na drugiego właściciela. Wtedy matka przestanie do mnie wydzwaniać.
— To dzwoni dalej.
— Tylko na mnie nie licz, gdy się zorientujesz, iż sama nie dasz rady. Ona w końcu i tak postawi na swoim. Jest w tym dobra.
— Mariusz. Ja nie kupiłam mieszkania po to, żeby twoja matka miała na czym postawić.
Zamknęła drzwi. Usłyszała, jak stał po drugiej stronie przez dłuższą chwilę, a potem zjechał windą.
Cztery tygodnie później Jadwiga spakowała do torby paragon z umowy przeniesienia własności i poszła do banku. Zamknęła wspólne konto. Przy okienku wypisała dyspozycję, a miła pani w szarej marynarce zapytała, czy na pewno, bo na koncie zostało trzysta czterdzieści złotych.
— Na pewno — powiedziała Jadwiga. — Chcę, żeby wszystko, co było wspólne, przeszło na moje.
W drodze powrotnej kupiła też nowy zamek do drzwi balkonowych, bo stary się zacinał.
Kilka dni później przyszła wiadomość od Mariusza: „Co ty zrobiłaś z kontem?”.
Jadwiga nie odpisała.
Mirosława zadzwoniła do niej w sobotę po południu. Jadwiga siedziała wtedy na balkonie, piła herbatę z sokiem malinowym i oglądała, jak po chodniku idzie sąsiad z jamnikiem. Pies szedł ślamazarnie, a mężczyzna co chwilę stawał, żeby go pociągnąć. Trwało to dłuższą chwilę, zanim zniknęli za rogiem.
— Ja ci to wybaczę — powiedziała Mirosława zamiast powitania. — Ale musisz mnie wpuścić do nowego mieszkania w niedzielę. Przyjdę z kompotem.
— Nie chcę kompotu. Chcę, żebyś przestała decydować, co robię z majątkiem, który nie jest twój.
— To jest majątek mojego syna! Ja go urodziłam, mnie się należy szacunek.
— Szacunek nie jest przedmiotem. A synowi może być przykro, iż jego matka nie widzi różnicy.
W słuchawce przez chwilę milczało. A potem Mirosława powiedziała coś, przez co Jadwiga o mało nie wylała herbaty na spodnie.
— To ty będziesz sama. Zobaczysz. Sama jak palec, w tym psim sąsiedztwie.
— Dobrze — odparła Jadwiga spokojnie i odstawiła kubek na barierkę balkonu. — Poradzę sobie.
Rozłączyła się.
Siedziała tak do zmierzchu. Z balkonu widziała park, a w parku młodych ludzi na rowerach, którzy śmigali między ławkami, nie patrząc przed siebie.
Jadwiga weszła do kuchni, wyciągnęła z szuflady zestaw do wieszania obrazów i rozwiesiła w salonie jedną rzecz. Była to kserokopia aktu notarialnego, powiększona i oprawiona w tanią ramkę ze sklepu z wyposażeniem za dziesięć złotych.
Nie patrzyła na nią z dumą. Patrzyła jak na list od kogoś, kogo kiedyś znała.
Tamtego wieczoru Jadwiga włączyła laptop, znalazła w sieci wzór pozwu o rozwód i wypełniła go do końca, zanim zegar wybił północ. W rubryce dotyczącej przyczyn rozkładu pożycia napisała: „wieloletnia ingerencja teściowej i brak stanowiska męża”. Nie zmieniła tego zdania na łagodniejsze. Zapisała plik i wydrukowała go na drukarce sąsiadki z parteru, bo swojej jeszcze nie miała.
Załączyła skan przelewu za mieszkanie i dokument zamknięcia konta.
Kiedy tydzień później Mariusz przyszedł po odbiór rzeczy z kartonu, na stole w kuchni leżał już wydrukowany pozew. Jadwiga nie wręczyła mu go. Po prostu zostawiła na blacie, obok czajnika, żeby sam na niego trafił.
Przyszedł po niego w piątek. Wszedł i od progu patrzył to na nią, to na krzesło, to na puste palniki kuchenki.
— Co to?
— Wniosek o rozwód. Podpisz i zanieś do sądu albo zaczekaj, aż ja to zrobię. To samo, co chciałeś wtedy zrobić z mieszkaniem, tylko tym razem uczciwie.
Mariusz oparł się o futrynę. Z kieszeni kurtki wystawała mu słuchawka telefonu, a z balkonu znowu wiało. Kręcił głową powoli, jakby sam sobie wymierzał karę.
— Ty nie masz serca.
— Mam serce. Ono po prostu wyniosło się z tej rozmowy.
— No to co ja mam powiedzieć matce?
— Powiedz, iż znalazła to, czego szukała od jedenastu lat. Mnie pod drzwiami nie było.
Wziął papier. Nie podpisał przy niej. Złożył go na cztery części i schował do wewnętrznej kieszeni, a potem wyszedł, nie gasząc światła w przedpokoju.
Jadwiga zgasiła je sama.
Zamknęła drzwi na nowy zamek, potem balkonowe, a potem usiadła na podłodze w salonie, oparła się plecami o ścianę pod kaloryferem i patrzyła na listwę przypodłogową. Ktoś podczas odbioru technicznego zostawił tam kawałek niebieskiej taśmy — pewnie z miarki. Leżała tam przez tydzień, zanim Jadwiga wstała i wyrzuciła ją do kosza.
Następnego dnia rano zadzwonił domofon.
— Pani Jadwigo! Pani Jadwigo! Otwieraj, bo się uduszę na tej klatce!
Poznała głos Mirosławy.
Nie otworzyła. Podeszła w samych skarpetach do panelu, patrzyła na przycisk, a potem wyłączyła słuchawkę instalacji.
Dwie minuty później na wycieraczce leżała koperta. Przez wizjer nie było widać, kto ją wsunął.
Jadwiga odczekała, aż na korytarzu ucichnie, potem uchyliła drzwi i wzięła ją do środka. W środku był list — odręcznie, nierówno, jakby pisany w drgającym autobusie.
„Zabiorę ci to mieszkanie. Syn do mnie wróci.”
Jadwiga przeczytała go trzy razy. Potem złożyła kartkę tak, jak leżała pierwotnie, i włożyła ją z powrotem do koperty. Wstawiła czajnik, wyjęła z szafki kubek z odpryśniętym brzegiem — jedyny, którego Mariusz nigdy nie lubił — i zaparzyła sobie herbatę z imbirem. Kopertę wrzuciła do szuflady w przedpokoju, tam gdzie leżały klucze z poprzedniego wynajmu, i zamknęła szufladę na tyle mocno, iż zadźwięczały w niej sztućce.
Usiadła przy stole z kubkiem w obu dłoniach i czekała, aż para przestanie unosić się znad herbaty.














