Co ci znowu przyszło do głowy? Jaki dom spokojnej starości? Nie ma mowy! Nie ruszam się z własnego domu! Ojciec Weroniki Dobrowolskiej cisnął w córkę kubkiem, celując w głowę. Kobieta zgrabnie uniknęła ciosu, jakby ta scena rozgrywała się w bezgłośnej pantomimie, a powietrze między nimi falowało dziwną lekkością.
Na pewno nie mogło tak to dalej trwać. Wcześniej czy później wymyśli coś, żeby jej zaszkodzić szepczące głosy z głębokich kątów pokoju powtarzały to jak mantrę. Załatwiając wszystkie papierki na oddanie ojca do domu opieki, Weronika czuła tylko gryzące sumienie, choć obiektywnie robiła dla niego o wiele więcej, niż kiedykolwiek należało.
Wpadający do auta ojciec darł się, kopał, wykrzykiwał przekleństwa wymieszane z oderwanymi frazami, których nie dało się zrozumieć.
Weronika stała przy oknie, patrząc za odjeżdżającym autem, które sunęło jak wielka, żółta ryba przez ulice Warszawy. Miała już kiedyś taki moment. Wtedy była inną Weroniką małą dziewczynką bez wyobrażenia, jak może wyglądać jej dalsze życie.
Weronika była jedynaczką. Matka nie odważyła się na drugie dziecko, bo jej mąż, Władysław Dobrowolski, był domowym oprawcą, który obracał codzienność w cyrk na wesoło i tragicznie role przydzielone, maski na twarzach.
Ojciec Weroniki, Władysław, był już w mocno średnim wieku, kiedy urodziła się córka. Żenił się wyłącznie dla kariery miłość czy chęć posiadania potomka nigdy nie były w jego scenariuszu. Największą miłością, jaką znał, była własna osoba odbita w lustrze. Był urzędnikiem z ambicjami, chciał być wzorem typowego obywatela PRL-owskich czasów. Na żonę wybrał młodziutką studentkę Halinę, córkę robotnika z Ursusa. Perfekcyjny element dekoracji. O jej zgodę nikt nie pytał. Ślub zorganizowano z pompą, bez rodziców panny młodej, bo w tej bajce nie było miejsca dla ludzi z dołu.
Po ślubie Halina przeprowadziła się do domu Władysława, który rozciągał się snująco przez korytarze, jak labirynt z miękkimi tapetami. Żeby szybciej stała się odpowiednią żoną, przydzielili jej instruktorkę dobrych manier kobieta uczyła Halinę, jak trzymać widelec, kiedy milczeć, a kiedy udawać, iż nie widzi się dziwnych rzeczy dziejących się nocą na drugim piętrze.
No i jak tam dzień? pytał Władysław, siadając w miękkim fotelu, który chybotał się jak fale na Wiśle.
Wszystko dobrze, Władku. Przyswajam zasady nakrywania do stołu, zaczęłam uczyć się angielskiego.
I co? To tyle? A dom w tym czasie sam się sprząta?
Posprzątałam z kucharką, zakupy zrobiłam sama, przygotowałyśmy jadłospis na tydzień.
Niech będzie Ale pamiętaj, rączki muszą być czyste, a ty sama zawsze schludna. Żadnego wieśniactwa! Będziesz grzeczna wynajmę ci kierowcę i sprzątaczkę. Ale na razie nie zasłużyłaś.
Chociaż Halina dwoiła się i troiła, takich spokojnych dni było niewiele. Mąż wracał późno, zmęczony i zły. Jedyną osobą, na której mógł się wyżyć, była żona reszta służby miała wyjście: zwolnić się. Halina nie. Ucieczka zza mgieł niezrealizowanych planów.
Pierwszy raz podniósł na nią rękę miesiąc po ślubie nie za coś konkretnego, ot, aby wiedziała, gdzie jej miejsce. Potem stało się to rytuałem. Bił tak, by nie było widać śladów, by nie zakłócić codziennych przedstawień. Zręcznie zakrywała siniaki długimi rękawami i promiennym uśmiechem.
Mijał pierwszy rok. Koledzy zaczęli pytać Władka o dziecko.
No, taki chłop jak ty i młoda żona A tu dalej nic? Może ona jakaś wadliwa, a może z tobą coś nie tak? Pokazałbyś ją lekarzowi.
Jeszcze nie planujemy. Kończy technikum burknął.
Technikum?! Kobietom szkoła niepotrzebna. Dzieci, dom, mąż, i już. Niech idzie do lekarza!
Tamten okres rozpoczął serię badań i wizyt lekarskich. Władysław przestał choćby bić żonę, by nikt nie zauważył śladów. Wyniki były jednoznaczne: Halina zdrowa, gotowa na dziecko problem tkwił w Władysławie. Lekarze sugerowali, by i on się przebadał, ale w powietrzu krążyły złośliwe czarne ptaki, które krzyczały, iż przecież mężczyznę to nie dotyczy.
W końcu, z opóźnieniem, pojawiła się ciąża. Urodziła się Weronika lustrzane odbicie ojca. Ojciec nie czuł żadnej więzi; wychowaniem zajęła się matka i niania.
Im starsza Weronika, tym bardziej drażniła ojca. Po raz pierwszy uderzył ją, gdy miała pięć lat była to kara za, zdaniem ojca, nieposłuszeństwo. Dziewczynka poleciała przez połowę pokoju, uderzając w ścianę, a potem zniknęła w cieniu, cichutka jak mysza za szafą. Odtąd choćby nie próbowała go zdenerwować. Ale dla Władysława to już było za mało. Zaczął ją regularnie poniżać, wyzywać, bić czasem przy gościach, którzy śmiali się nerwowo, nie wiedząc, czy to żart, czy horror.
Podobno twoja Weronika pięknie gra na skrzypcach!
Skrzypaczka? Ona to może na miotle grać! Możecie poprosić, ale raczej oszczędźcie sobie uszu. Werka! Słyszysz? Przynieś swoje skrzypki i zagraj!
Weronika stawała się bordowa ze wstydu, ale szła zawsze szła. Ze strachu przed ojcem nigdy nie zdobyła się na publiczny występ po skończeniu szkoły muzycznej. Skrzypce, jej dziecięcy świat, zniknęły z dźwięków jej dorosłości.
Patrząc na ilustracje szczęśliwych rodzin w książkach dla dzieci, Weronika pytała w snach samej siebie: Czemu nie ja? Dlaczego ja urodziłam się z innego ogródka, gdzie zamiast kwiatów rosną ciernie? Jej matka również nigdy nie została dla niej wzorem nie potrafiła kochać dziecka zrodzonego ze strachu. Gdy Weronika miała trzynaście lat, matka zginęła w wypadku samochodowym. Oficjalnie przypadek na oblodzonej drodze. Ale Weronice śniła się matka uciekająca przed czymś, czego nie miała odwagi nazwać. Po tej tragedii Weronika stała się zupełnie cicha.
Po maturze poszła na studia wybrane przez ojca. To było jedno z jego ostatnich narzuconych decyzji. On już wtedy wszystko tracił; zamienił dawne znajomości na ciszę i nietrafione inwestycje, majątek przepadł na niekończące się łapówki i unikanie więzienia za to, co robił, będąc ważnym panem. Wreszcie wycofał się, zamieszkał na działce pod Warszawą, zamienionej w surrealistyczny ogród pełen chaszczy i zakamarków, w których gubiły się resztki godności. Weronika nie przyjeżdżała nie było już po co. Słuchać jego wyrzutów czy wrzasków? Przecież one nie były już dla niej.
Samotność spowodowała, iż Władek coraz częściej rozmawiał z duchami przeszłości sąsiedzi dzwonili do Weroniki, iż stan ojca się pogarsza. W końcu zdecydowała zabrała ojca do siebie. Odtąd mogła każdego dnia patrzeć na jego napady furii, rozbite talerze i wyzwiska. Przeniosła go do oddzielnego pokoju z zamkiem, ale ojciec i stamtąd wymykał się do jej snów. Gdy zaczęły się do tego wyraźne objawy demencji, podjęła ostateczną decyzję przekazała go do domu spokojnej starości.
Swojej rodziny nigdy nie założyła. Rozchwiana wewnętrznie, zamknięta, nie ufała ludziom, pracowała samotnie, omijając kolegów szerokim łukiem. Gdy przyszło podjąć decyzję o domu opieki, czuła wstyd i winę uczucia chropowate jak bruk starych uliczek Krakowa.
Trzymać ojca u siebie było już niebezpiecznie lekarz orzekł początek otępienia. Ojciec już jej nie poznawał, ale do końca czuła jego nienawiść, zupełnie jakby rzucał w nią niewidzialnymi kamieniami. Szukała miejsca w przytłumionych snach odwiedzała kolejne domy opieki, każdy był trochę jak zamknięte muzeum snów. Najbardziej odpowiedni wymagał wysokiej opłaty, 4200 złotych miesięcznie. Weronika oddawała prawie całą swoją pensję, dorabiała, żeby starczyło jeszcze na rachunki i chleb.
Po wyjeździe ojca Weronika chodziła jak w transie. Cofnęła się do wspomnień, w których kiedyś ona i matka też uciekły od Władka jedyny raz, kiedy Halina próbowała odejść. Władysław je znalazł, a niedługo potem matki już nie było.
Weronika wciąż, mimo wszystko, odwiedzała ojca, płakała, czuła winę, jakby była pod ciśnieniem uczuć, których nauczyli ją wyłącznie rodzice.
Od tej pory jej sny zaczęły być jeszcze cięższe jakby ktoś pod podszeptem rzucał jej nowe choroby. Głosy z rogu pokoju powtarzały: Tak miało być w tym domu nie ma końca, tylko korytarze prowadzące coraz głębiej w sen.Pewnej nocy Weronika obudziła się nagle bez powodu, a może właśnie z powodu wszystkiego. Siedziała po ciemku w salonie, z kubkiem herbaty, patrząc na cienie długich firanek, które poruszał przeciąg. Przez chwilę czuła, jakby w powietrzu zawisł zapach matki słaby, może wymyślony. Nagle uświadomiła sobie, iż nie pamięta już matczynego głosu, tylko echo własnych lęków. Westchnęła, smutno się uśmiechając.
Nie twoja wina przemknęło jej przez myśl, ale słowa przyszły z nikąd, jakby pojawiły się z innego świata. Zawsze myślała, iż jej życie to ciągły korytarz, z którego nie ma wyjścia. Ale teraz, w tej cichej godzinie, usłyszała cichutkie skrzypienie ktoś, może ona sama, otworzył drzwi.
Weronika powstała, sięgnęła do szafy po zakurzone futerał skrzypce, których nie miała odwagi dotykać od lat. Otworzyła go drewno jeszcze ciepłe od przeszłości. Wzięła instrument do ręki. Cicho, ledwie słyszalnie, zaczęła grać melodię, która wierciła się w jej głowie przez tyle lat. Każdy dźwięk był trochę inną opowieścią: o tęsknocie, o smutku, o wybaczeniu, którego nigdy nie usłyszała.
Zagrała pierwszą frazę dźwięk ślizgnął się po ścianach, wypełnił pokój dawnym światłem. Ze strachem i wzruszeniem patrzyła na własne dłonie, opuszki wciąż pamiętały dziecięcą tremę i wstyd. Ale potem przyszły nuty odważniejsze pozwoliła im płynąć, aż poczuła, iż gra już nie dla ojca, nie dla matki i nie dla lęków. Grała dla siebie.
Ustały głosy z kątów. Cienie, których tak bardzo się bała, po raz pierwszy wyglądały jak tylko cień. Tego wieczoru Weronika zrozumiała, iż drzwi w labiryncie są uchylone. Korytarze może są długie, ale na ich końcu otwiera się okno i przez to okno wpada światło.
A potem, nim świt rozpuścił wszystkie wspomnienia i strachy, Weronika zamknęła skrzypce na powrót w futerale, uśmiechnęła się do siebie i po raz pierwszy od lat poczuła nadzieję. Bo niektóre domy, choćby te najciemniejsze, można opuścić jeżeli postawi się pierwszy, własny krok do światła.








