Mamo, czy Ty oszalałaś? Jakie sanatorium? Jaki Kołobrzeg? My mamy już opłacone wakacje w Chorwacji, wyjazd za tydzień! Rozumiesz, iż przez Ciebie tracimy pieniądze?
Głos Iwony przeszedł w pisk, choć kuchnia była tak mała, iż aż odbijało się echem od kafelków. Krążyła w tę i z powrotem, ocierając się o stół, choćby nie zwracając na to uwagi. Stanisława Wiśniewska siedziała na swoim ulubionym stołku w kącie, zaciskając dłonie, aż pobielały knykcie. Patrzyła na córkę i nie mogła się nadziwić, iż ta elegancka, spięta kobieta to jej dawna Iwonka, której kiedyś zaplatała warkocze.
Iwonko, nie krzycz, proszę, bo mi ciśnienie skacze wyszeptała cicho Stanisława. Przecież mówiłam Wam jeszcze w lutym, iż w wakacje muszę o siebie zadbać. Kolana mi siadają, po schodach schodzę bokiem. Lekarz wręcz nakazał mi wyjazd do sanatorium. Sama sobie uzbierałam, pół roku odkładałam z emerytury. Czemu mam wszystko odwoływać?
Bo rodzina jest najważniejsza! ryknęła Iwona, stając naprzeciw matki, ręce w pięści na biodrach. Babcia jest od tego, by pomagać z wnukami! A Ty co? Chcesz sobie odpoczywać, a my z Pawłem mamy za Was harować? Rok bez urlopu, mamo, ROK! Znaleźliśmy super hotel, dzieci zabrać nie możemy za drogo, poza tym chcielibyśmy naprawdę odpocząć, a nie latać z nimi po plaży. Musisz zabrać Wojtka i Janka na działkę, koniec tematu.
Stanisława westchnęła ciężko. To koniec tematu słyszała już od dekady. Najpierw: Mamo, zostań z Wojtkiem, bo wracam do pracy, kredyt trzeba spłacać. Potem: Mamo, urodził się Janek, teraz masz dwójkę, ale przecież sobie poradzisz. I tak siedziała. Rezygnowała ze swoich spraw, była na zawołanie, odbierała z przedszkola, prowadziła na zajęcia. Ale chłopcy już podrośli, Wojtek ma dwanaście, Janek dziewięć lat. Dwa żywioły rozniosą działkę w tydzień. A trzeba gotować, prać, pilnować. Sił zostało jej akurat tyle, żeby podlać truskawki i posiedzieć chwilę na ławce.
Iwonko, nie dam rady powiedziała stanowczo i spojrzała jej prosto w oczy. To już nie te czasy. Oni piją energię jak odkurzacz, muszą być w ruchu, na rowerach, nad rzeką. Ja za nimi nie nadążę, a gdyby coś im się stało, chyba bym nie przeżyła. Poza tym, wszystko opłacone, bilet PKP na trzeci czerwca już kupiony.
Iwona zamilkła, patrząc teraz na matkę z takim chłodnym wyrazem, iż Stanisławie przeszły ciarki po plecach. Zapadła nieznośna cisza, przerywana tylko buczeniem starej kuchenki.
Czyli zdrowie ważniejsze niż wnuki? sapnęła Iwona. Siebie stawiasz wyżej niż rodzinę?
Po prostu zaczynam myśleć o sobie, Iwonko. Po raz pierwszy w życiu, po sześćdziesięciu pięciu latach. To chyba nie zbrodnia, co?
Dobrze Iwona nagle uspokoiła się, aż zrobiło się nieprzyjemnie. Usiadła na krześle naprzeciw matki, założyła nogę na nogę, poprawiła spódnicę. Porozmawiajmy po dorosłemu. Mieszkasz sama w trzypokojowym mieszkaniu w centrum, a my z Pawłem i dziećmi tkwimy w dwójce na obrzeżach, płacąc kredyt i raty za auto. Jest nam ciężko, a Ty siedzisz jak królowa i masz czelność dyktować warunki.
To mieszkanie dostałam po rodzicach i wypracowałam sama, pamiętasz? A przy kredycie Wam pomogłam sprzedałam garaż po tacie.
Grosze! machnęła ręką Iwona. Posłuchaj, mamo. jeżeli pojedziesz do sanatorium i zostawisz nas z problemem, to wyciągam wnioski. Znaczy jesteś schorowaną staruszką, która nie daje rady choćby z wnukami. Skoro taka słaba, to może nie powinnaś już mieszkać sama? Co, jeżeli nie zakręcisz gazu, zapomnisz o wodzie?
O co Ci chodzi? Stanisławie przestało bić serce na chwilę.
Mówię jasno. Są teraz świetne domy opieki, państwowe, prywatne. Lekarze na miejscu, opieka, maliny i święty spokój. Mieszkanie sprzedamy albo wynajmiemy na spłatę kredytu, albo sami się tu wprowadzimy. Po co Ci trzy pokoje? Przecież i tak po Tobie będzie dla nas. Więc po co czekać?
Kuliła się coraz bardziej, obraz domu starców paraliżował wyobraźnię białe ściany, zapach środków czystości, obcy ludzie. Ale co najgorsze, własna córka, którą tak chroniła w latach dziewięćdziesiątych, której oddawała ostatni kawałek schabu, bez mrugnięcia okiem chciała ją przegonić.
Chcesz mnie wysłać do domu spokojnej starości? Za życia?
Nie do domu starców, tylko prywatnego ośrodka zimno przerwała Iwona. o ile nie możesz pełnić roli babci, to znaczy, iż straciłaś samodzielność. gwałtownie się tym zajmie opieka społeczna, jeżeli napiszę, iż się gubisz, bredzisz i jesteś zagrożeniem dla siebie. Znam lekarza, który wszystko potwierdzi, udamy, iż początki demencji.
Wynoś się wycedziła Stanisława.
Co?
Wynoś się stąd! krzyknęła, zrywając się z miejsca, nie wiadomo skąd biorąc siły. Idź i nie przychodź tu z dziećmi! Doskonale się orientuję w teraźniejszości, a to moje mieszkanie!
Iwona wstała, zerkając na kuchnię z pogardą.
Krzycz sobie. Dostaniesz palpitacji, zadzwonimy po karetkę i od razu zanotujemy objawy psychozy. Masz czas do jutra, mamo. Albo bierzesz chłopaków na całe lato i temat zamykamy, albo zaczynam działania w sprawie ubezwłasnowolnienia. Wiesz, iż jestem uparta. Mam to po Tobie.
Trzasnęły drzwi i nagle została sama. Nogi się pod nią ugięły, opadła na stołek. Ręce drżały, łzy ciekły po policzkach. Jak to się stało, iż jej dziecko stało się kimś obcym?
Cały wieczór przesiedziała w ciemnościach. W głowie kłębiły się myśli, widziała się już w ciasnym pokoiku, z obcymi ludźmi i kratami w oknach. Bała się, bo Iwona naprawdę była zawzięta. A Paweł, zięć, robił tylko to, co mu kazała żona.
Spała prawie wcale. Nad ranem, kiedy do pokoju wpadły pierwsze promienie słońca, ogarnęła ją jasna, ostra wściekłość. Całe życie była dla kogoś. Dla męża, dla córki, dla pracy. Zawsze ustępowała, bała się o kogoś zadbać, aż zatraciła siebie. A oni uznali to za słabość.
Rankiem połknęła tabletkę, wybrała najlepszy garnitur, złapała teczkę z dokumentami do mieszkania i wyszła. Poszła nie do sklepu ani do przychodni, tylko do kancelarii prawnej.
Młody mecenas uważnie wysłuchał jej historii, pokiwał głową i uspokoił:
Pani Stanisławo, bez obaw. Przymusowym umieszczeniem w domu opieki nie musisz się martwić. Najpierw musi być orzeczenie sądu o ubezwłasnowolnieniu, a do tego konieczne są badania, komisje. jeżeli jest Pani samodzielna i świadoma, nikt Panią nigdzie nie odda. Poza tym ma Pani akt własności mieszkania. Zróbmy tak: proszę zdobyć zaświadczenie od psychiatry, iż jest Pani zdrowa. To super dowód. A jeżeli testament jest na córkę, radziłbym przejrzeć lub odwołać.
Wychodząc od prawnika, Stanisława czuła, jakby z ramion zdjęto jej worek z cementem. Z marszu poszła do prywatnego gabinetu, przeszła całą ocenę psychiatryczną, zebrała fachową opinię, iż jej umysł jak brzytwa. Potem odwiedziła bank i przelała część oszczędności na nowe konto.
Do domu wróciła koło południa. Telefon rozdzwonił się od połączeń Iwony Stanisława nie odbierała. Wyjęła walizkę, starą podróżną przyjaciółkę z czasów szkolnych wycieczek nad morze, i zaczęła pakować najważniejsze rzeczy.
Wieczorem zadzwonił dzwonek. Iwona. Sama.
Stanęła w drzwiach, ale nie zdjęła łańcucha.
Dlaczego nie odbierasz telefonu? Martwimy się! głos był drażliwy, ale bez wcześniejszej agresji. Otwórz, muszę pogadać. Przywiozłam rzeczy chłopaków, jutro ich przywiozę.
Nie, Iwono. Chłopców nie przyprowadzisz. Wyjeżdżam.
Dokąd? Myślałam, iż się dogadałyśmy! Zapomniałaś, co wczoraj mówiłam o domu opieki?
Pamiętam. Dlatego odwiedziłam dziś prawnika i psychiatrę. Patrz, proszę.
Przez szparę drzwi podała ksero zaświadczenia.
Świadoma, bez objawów psychozy przeczytała Iwona, a potem mocno się zmieniła na twarzy. Ty naprawdę to wszystko załatwiłaś? Mamo, serio?
Naprawdę. I jeszcze dowiedziałam się o kłamliwych oskarżeniach i bezprawnych próbach ograniczenia wolności. Zajrzałam też do notariusza, tylko informacyjnie. Słyszałaś o funduszach wspierających samotnych seniorów? jeżeli cokolwiek mi się stanie albo ktoś spróbuje mnie ubezwłasnowolnić, chętnie przejmą mieszkanie w zamian za rentę i opiekę.
Iwona pobladła. Wiedziała, iż jak matka coś postanowi, to nie żartuje.
Mamo, co Ty opowiadasz? Jaka fundacja? Przecież jesteśmy rodziną! Chcesz odebrać mi mieszkanie?
A córka chce oddać matkę do domu starców, by mieć wakacje w Chorwacji? odbiła Stanisława. Jutro jadę do Kołobrzegu na trzy tygodnie. Klucz zostawiam sąsiadce, pani Jadwidze, będzie podlewać kwiaty. Wam nie dam. Zamki już dzisiaj wymieniłam.
Zmieniłaś zamki? Mamo, to paranoja!
To ostrożność. Nie chcę wrócić i zastać, iż tu już mieszkacie, a moje rzeczy na śmietniku. Wnuki kocham, ale jestem babcią, a nie służącą. Chcecie urlopu bierzcie nianię albo wysyłajcie chłopaków na kolonie, to wasz problem. Rodzicami jesteście Wy. Ja swoje już zrobiłam.
Zamknęła drzwi Iwona próbowała zatrzymać nogą, ale Stanisława już nie ustąpiła.
Mamo, no daj spokój! Wpadłam wczoraj w nerwy, przepraszam! My nie możemy oddać wycieczki kary byśmy zapłacili! Weź ich, będą grzeczni, dam im tablety i siedzą cicho!
Nie, Iwonko. Koniec tematu. Weź nogę, chcę się wyspać przed podróżą.
Iwona patrzyła na matkę z mieszaniną złości, żalu… a może i szacunku? Chyba bardziej strachu. Strachu o mieszkanie.
Jedź sobie! Nie licz, iż Cię później odbierzemy! Nie licz na naszą pomoc!
Nie liczę. Liczę na siebie i na prawników. Cześć córko, dobrej podróży.
Trzasnęła drzwiami, zamknęła na wszystkie zamki. Serce waliło, ale dusza lżejsza o pięć kilo. Udało się. Odzyskała swoje życie.
Rano zamówiła taksówkę. Stanisława, odświętnie ubrana, w kapelusiku, z walizką schodziła po schodach. Przed klatką stał Paweł, palił, choćby na nią nie spojrzał. Widocznie żona zarządziła bojkot.
Pociąg sunął na północ, za oknem zmieniały się brzozy, miasteczka, stogi siana. Stanisława piła herbatę ze szklanki i czuła, jak spokój wraca z każdym kilometrem. W przedziale siedziała pani Barbara, rówieśniczka, też jechała do sanatorium.
Ja od razu ustaliłam: wnuki tylko na weekend i tylko jeżeli mam siły opowiadała, smarując pasztet na bułce. Obrazili się, ale przywykli. Szacują teraz. Ja też chcę pożyć.
O, ja ostatnio musiałam twardo postawić granicę… Stanisława rozpromieniła się wreszcie.
Trzy tygodnie minęły jak z bicza strzelił. Zabiegi, masaże, spacery nad morzem, świeże powietrze, nowi znajomi. choćby raz poszła do kina z emerytowanym kapitanem, który odpoczywał w tym samym sanatorium. Znów przypomniała sobie, iż jest kobietą, nie usługą.
Telefon zaglądała rzadko. Iwona przysyłała wiadomości: najpierw rozżalone (Zniszczyłaś nam wakacje, przez Ciebie musieliśmy jechać z dziećmi!), potem użalające się (Wojtek chory, a my musimy do pracy), potem krótkie (Kiedy wracasz?).
Odpowiadała oszczędnie: Zdrowia życzę, Wracam 25.
Miała trochę stresu, wracając. Co ją zastanie? Zamki na miejscu? Sceny? Ale wszystko było po staremu. Mieszkanie pachniało kurzem, ale kwiaty były podlane. Na stole kartka od pani Jadwigi: Iwona dwa razy była, chciała klucze, mówiła iż awaria rury. Nie dałam, pozwoliłam wejść z hydraulikiem suche. Stanisława uśmiechnęła się pod nosem. Sąsiadka trzymała gardę.
Wieczorem przyszła Iwona. Bez krzyku, bez pretensji, po prostu zapukała.
Cześć mruknęła w progu, mijając matkę. Wyglądała na zmęczoną i przygaszoną.
Uszykować Ci herbatę?
Usiadły razem, jakby nic się nie stało.
Jak było? spytała cicho Stanisława.
Fajnie. Tylko drożej niż miało być. Musieliśmy wziąć tańszy hotel. Paweł zły, dodatkowy kredyt.
Dzieci zobaczyły morze, to najważniejsze.
Iwona milczała, obracając kubek w palcach.
Mamo… Ty naprawdę byłaś u notariusza z tą fundacją?
Tak.
I co? Podpisałaś coś?
Jeszcze nie. Wszystko zależy od Was.
Iwona popatrzyła w oczy matce. Zawilgotniały jej oczy.
Mamo… Przepraszam. Ja po prostu wybuchłam wtedy. Wiesz, jaki mam charakter. Ale nigdy nie chciałam Cię wysyłać do domu starców, po prostu… chciałam Cię postraszyć, żebyś się zgodziła.
Źle wybrana metoda, dziecko. Szantaż w rodzinie nie działa, zabija zaufanie. Już nigdy nie będę miała do Ciebie takiego zaufania jak dawniej.
Przestań! popłynęły łzy. Przepraszam. Przyzwyczaiłam się, iż zawsze jesteś, zawsze pomagasz, zawsze się zgodzisz, a tu nagle… postawiłaś się. Zgłupiałam.
Stanisława pogładziła córkę po ramieniu.
Nie chodzi o bunt, tylko o to, iż jestem człowiekiem. Mam swoje życie. Chętnie pomogę z wnukami, ale po swojemu i jak pozwala mi zdrowie. Chcesz ich zostawić najpierw zadzwoń, zapytaj czy dam radę, czy mam plany. jeżeli mogę chętnie ich wezmę. jeżeli nie, musisz sobie poradzić sama.
Dobrze, mamo. Rozumiem.
I kluczy od mieszkania już nie dostaniesz. Dzwonisz, zapraszam. Tak będę spokojniejsza.
Iwona kiwnęła głową, wycierała nos chusteczką.
A testament naprawdę zmieniłaś?
Nie, Iwonko, póki co jest po staremu. Ale ta mieszkanie będzie Twoje dopiero po mojej śmierci. I nie ma co się spieszyć, planuję jeszcze długo pożyć. Lekarze w sanatorium mówili, iż mam serce jak dzwon.
Wypiły herbatę. Było chłodno, nie jak dawniej, ale wojny już nie było. Zapanował zimny pokój, taka neutralność. Iwona obiecała, iż wpadnie z wnukami na naleśniki na weekend (tylko na chwilę, potem zabiorę ich do domu!).
Stanisława zamknęła za nią drzwi, przekręciła wszystkie zamki, podeszła do okna. Miasto rozświetliły nocne latarnie. Czuła się jak kapitan po burzy. Statek trochę rozchwiany, załoga nieufna, ale ster w jej rękach.
W weekend przyjechali wnuki wyrośnięci, opaleni.
Babciu, widzieliśmy meduzę! krzyczał Janek. Tata się spalił na raka!
Jedli naleśniki, opowiadali wakacyjne historie. Iwona cicho siedziała, nie wtrącała się. Po dwóch godzinach zgarnęła dzieci.
Dzięki, mamo. Musimy już, lekcje czekają.
Gdy wyszli, Stanisława usiadła w swoim ulubionym fotelu, włączyła lampkę i otworzyła książkę, którą czytała wcześniej w pociągu. Miała w sobie słodko-gorzkie poczucie samotności, ale tego spokojnego, dumnego, które zna wartość siebie. Zrozumiała wreszcie jedno: by być kochaną, nie trzeba być zawsze wygodną. A żeby zyskać szacunek, trzeba czasem pokazać pazur choćby jeżeli ten pazur to zaświadczenie od specjalisty i świadomość własnych praw.
Jesienią zapisała się na basen i do klubu Senior+. Życie po sześćdziesiątce dopiero się zaczyna, jeżeli nie pozwalasz innym decydować za siebie.
Dzięki, iż wysłuchałaś tej mojej historii. Daj znać, czy Ty też musiałaś kiedyś ostro postawić granicę rodzinie jestem ciekawa, jak to u Was wyglądało.









