10 czerwca 2023, Warszawa
Dziś muszę to wszystko przelać na papier. Tylko tak nie eksploduję z nagromadzonych emocji.
Mamo, czy Ty oszalałaś? Jakie wczasy? Jaka Krynica-Zdrój? Za tydzień lecimy z Piotrkiem do Chorwacji i mamy już kupione bilety! Zdajesz sobie sprawę, ile kasy przez Ciebie stracimy?
Głos Kingi przeszedł w krzyk. Krążyła po mojej niewielkiej kuchni w Śródmieściu jak rozjuszona lwica w klatce. Z impetem potrąciła narożnik stołu, choćby nie zwracając na to uwagi. Siedziałam skulona na stołku, splecione dłonie aż pobielały na kostkach. Patrzyłam na córkę i nie poznawałam jej czy to w tej kobiecie była ta moja Kinia, której kiedyś plotłam warkocze na jej pierwsze dni w przedszkolu?
Kingo, nie krzycz, proszę Cię. Mam wysokie ciśnienie… Przecież mówiłam Wam już w lutym, iż latem jadę do sanatorium. Kolana bolą tak, iż po schodach schodzę bokiem! Lekarz wręcz nakazał turnus. Oszczędzałam pół roku z emerytury na tę wycieczkę. Dlaczego mam znów wszystko odwoływać?
Bo jesteśmy rodziną! ryknęła Kinga, stając przede mną, z rękami wspartymi na biodrach. Babcie są po to, by pilnować wnuków! A Ty co sobie wymyśliłaś? Bedziesz się byczyć w kurorcie, podczas gdy my z Piotrkiem harujemy? Rok nie mieliśmy urlopu! Hotel fantastyczny, ale dzieci zabrać nie możemy za drogo. Ty musisz zabrać Antka i Ignasia na działkę! To postanowione!
Ciężko westchnęłam. Słowo postanowione słyszałam od niej tyle razy… Najpierw: Mamo, weźmiesz Antka, bo wracam do pracy, rata kredytu na głowie. Potem: Urodził się Ignaś, Ty masz już doświadczenie, poradzisz sobie z dwójką. I tak siedziałam z chłopakami. Odbierałam ich z przedszkola, lekarzy, zajęcia, gotowanie, pranie, choroby. Przez lata. Ale chłopcy dorośli. Antek ma już dwanaście lat, Ignaś dziewięć. Wszędzie ich pełno! Rozniosą moją działkę w tydzień. A ja sama już ledwo daję radę zejść do ogródka, posiedzieć na ławce przy porzeczkach.
Kinga, nie dam rady. Po prostu nie mam już siły, naprawdę spojrzałam jej w oczy. Chłopcy są żywiołowi, a ja nie nadążam za nimi. Potrzebują rowerów, rzeki, lasów a ja załamuję się przy samym myśleniu, iż miałabym za nimi biegać. Pociąg, sanatorium wszystko już opłacone. Wyjeżdżam 3 czerwca.
Zamilkła. Patrzyła na mnie tym swoim lodowatym spojrzeniem. Ścisnęło mnie w środku. Na kuchni tylko buczała wiekowa lodówka Polar.
Czyli Twoje zdrowie ważniejsze niż wnuki, tak? wyartykułowała powoli każde słowo. Siebie kochasz najbardziej?
Po prostu pierwszy raz w życiu chcę pomyśleć o sobie. Czy to coś złego, Kingo?
Dobrze uspokoiła się nagle, co przeraziło mnie bardziej niż krzyk. Usiadła naprzeciw, zarzuciła nogę na nogę, poprawiła spódnicę. Rozmowa dorosłych. Siedzisz w trzypokojowym mieszkaniu w centrum Warszawy. Sama. My z Piotrkiem, dwójką dzieci, gnieździmy się na Bemowie w dwupokojowym lokum, spłacamy kredyty. Ledwo wiążemy koniec z końcem. Ty tu sobie królujesz a jeszcze śmiesz stawiać warunki?
To mieszkanie dostałam po swoich rodzicach i ciężko pracowałam. Nie pamiętasz, iż pomogłam Wam przy pierwszym wkładzie, sprzedając garaż po Tacie?
Grosze! machnęła ręką. Słuchaj uważnie, Mama. jeżeli Ty teraz wyjedziesz do swojego sanatorium, to wyciągnę wnioski. Skoro jesteś stara, chora i nie dajesz rady, nie możesz być sama. Teraz są dobre domy opieki. Lekarze, opiekunki, wszystko pod kontrolą. Żadnych zmartwień. Mieszkanie sprzedamy na spłatę naszych zobowiązań. Albo się do Ciebie przeprowadzimy! Po co Ci takie przestronne mieszkanie samotnej? Prędzej czy później i tak pójdzie do mnie. Po co zwlekać?
Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Córka, którą wychowałam w ciężkich czasach, chciała mnie szantażować…
Ty chcesz oddać mnie do domu starców? Przy żyjącej córce?
To porządny dom opieki! jeżeli nie możesz zajmować się wnukami, znaczy nie jesteś już samodzielna. A są lekarze, którzy mogą to zaświadczyć. Wiek odpowiedni…
Wynocha wyszeptałam.
Co?
Wynocha! wrzasnęłam, wstając z taboretu. Skąd miałam tyle siły? Wynoś się! Dzieci nie przywoź! Ja jestem właścicielką tego mieszkania!
Spojrzała na kuchnię z pogardą.
Dobrze, daruj sobie sceny. Masz czas do jutra. Albo bierzesz chłopaków na całe lato, albo rozpoczynam procedurę kurateli. Swoje osiągnę! Przecież wiesz, jaka jestem uparta. Po Tobie mam to!
Trzasnęła drzwiami. Osunęłam się z powrotem na stołek. Ręce mi się trzęsły nie mogłam nalać sobie herbaty. Łzy płynęły po twarzy. Jak to się stało, iż moja córka zmieniła się w kogoś obcego?
Wieczór spędziłam w milczeniu, siedząc w kącie. Bałam się domu starców zapach lekarstw, szpitali… Kinga mogła być okrutnie stanowcza, a Piotrek zawsze jej ulegał.
Prawie nie spałam. Ale z pierwszymi promieniami słońca przyszła na mnie złość taka lodowata, czysta. Zawsze żyłam dla innych. Dla męża, który zmarł młodo, dla Kingi, dla pracy. Wiecznie ustępowałam, by nie urazić nikogo. I co mi to dało? Przestali mnie szanować.
Rano włożyłam najlepszy kostium, dokumenty od mieszkania do teczki i wyszłam. Nie do sklepu czy przychodni tylko do prawnika.
Młody adwokat wysłuchał mojego chaotycznego tłumaczenia, zmarszczył brwi, po czym uspokoił:
Pani Władysławo, spokojnie. Nie można oddać do domu opieki samodzielnej, świadomej osoby wbrew jej woli. Potrzebna jest sądowa decyzja a to długi proces: badania, komisje. Dopóki nie będzie orzeczenia o niepełnosprawności, nikt Pani nie ruszy. Najlepiej już teraz wziąć zaświadczenie od psychiatry o zdrowiu psychicznym. Możemy też przeanalizować testament, jeżeli jest spisany na córkę, rekomenduję chwilowe zawieszenie lub zmianę.
Wyszłam lekka jak piórko z tej kancelarii. Weszłam do prywatnej przychodni, załatwiłam zaświadczenie psychiatryczne, iż jestem w pełni sił. Założyłam drugie konto w banku, przelałam część oszczędności żeby nikt nie wiedział.
W domu telefon dzwonił nieustannie. Kinga. Nie odebrałam. Zajęłam się pakowaniem: lekka sukienka, wygodne buty, książki na podróż.
Wieczorem zadzwonek. Kinga, sama.
Otworzyłam drzwi, ale zostawiłam łańcuch.
Czemu nie odbierasz telefonu? Martwimy się! jej głos był rozdrażniony, ale już nie taki napastliwy jak poprzednio. Otwórz, muszę rzeczy chłopców zostawić jutro przywiozę ich rano!
Nie przywieziesz. Jutro wyjeżdżam.
Gdzie? Nie umawiałyśmy się tak! Chyba nie chcesz, żebym naprawdę… Wiesz, co mówiłam o domu opieki?
Pamiętam dokładnie. Właśnie dlatego byłam dziś u prawnika i psychiatry. Zobacz.
Podałam jej przez szparkę kopię zaświadczenia.
Psychicznie zdrowa, brak demencji… Zebrałaś papiery? Na serio, Mamo?
Tak. Skonsultowałam się też, co grozi za kłamliwe oskarżenia. U notariusza byłam i mam gotową umowę z fundacją na wypadek próby ubezwłasnowolnienia mnie przez rodzinę mieszkanie na wymianę za dożywotnią opiekę i prawniczą ochronę. Wszystko gotowe.
Pobladła. Pamiętała, iż nie rzucam takich słów bez powodu.
Mamo, co Ty mówisz? Przecież jestem Twoją córką! Chcesz mnie pozbawić mieszkania?
A Ty chcesz matkę wsadzić do przytułku, bo brakuje Ci na urlop? odpowiedziałam. Jadę jutro do Krynicy. Klucze zostawiam sąsiadce, pani Lucynie. Kwiatek podlać. Wam nie dam. Zamki zmieniłam.
Zamki?! Kinga była wściekła. Przesadzasz, to już paranoja!
To środki ostrożności. Po powrocie nie chcę zastać swoich rzeczy przed śmietnikiem. Wnuków kocham, ale jestem babcią, nie służącą. Chcecie urlop, zatrudnijcie opiekunkę albo wyślijcie dzieci na kolonie to Wasze zadanie.
Chciałam zamknąć drzwi, ale postawiła nogę w progu.
Poczekaj, przepraszam! W emocjach za ostro powiedziałam! Pracy za dużo, cały ten wyjazd… Pomyśl jeszcze, weź chłopaków, dam im tablety, będą się cicho bawić!
Nie. Decyzja ostateczna. Zabierz nogę, muszę się wyspać przed podróżą.
Chwilę patrzyła na mnie z mieszanką gniewu, bólu i… czyżby szacunku? Nie, tego nie było wcześniej
No to jedź do swojego sanatorium! Tylko nie licz na moją pomoc, jak Ci się pogorszy!
Nie liczę. Mam siebie i adwokata. Do widzenia, Kingo.
Trzasnęłam drzwiami. Zamknęłam wszystkie zamki. Serce waliło, ale pierwszy raz poczułam ulgę.
Następnego dnia rano zamówiłam taksówkę. Elegancko ubrana, z walizką na kółkach, zeszłam na dół. Zobaczyłam Piotrka pod blokiem nerwowo palił papierosa, omijał mnie wzrokiem.
Wsiadłam do pociągu do Krynicy-Zdroju. Za oknem śmigały zielone pola i brzozy. Piłam herbatę ze szklanki w metalowym koszyku, słuchałam stukotu kół, coraz mniej czułam strach i stres. W przedziale siedziała miła pani, Grażyna, też na turnus. gwałtownie od słowa do słowa zeszło na wnuki.
Ja swoim od razu powiedziałam tłumaczyła, rozsmarowując pasztet na kromce wnuki w weekend, jak mam siłę. Dzieci na początku się obrażały, ale przywykły. Trzeba umieć zadbać o siebie.
Ja też tak postanowiłam. Choć radykalnie musiałam działać.
Turnus minął błyskawicznie. Zabiegi, spacery, dobre powietrze, miłe towarzystwo. choćby do teatru poszłam z przystojnym emerytowanym podpułkownikiem. Przypomniałam sobie, iż jestem kobietą nie tylko matką i babcią.
Telefon sprawdzałam rzadko. Najpierw wiadomość od Kingi: Przez Ciebie zepsułaś nam wakacje, dostaliśmy ledwo zwrot za bilety, musieliśmy wziąć dzieci, dług większy!. Potem: Antek chory, gorączka, a my praca. Potem: Kiedy wracasz?.
Odpowiadałam krótko: Wracam 25-go.
Bałam się powrotu. Co zastanę? Skandal? Nowe zamki? (Dokumenty miałam przy sobie.)
Weszłam do swojego mieszkania, pachniało kurzem i porządkiem. Kwiaty podlane, Lucyna, sąsiadka, spisała się. Na stole kartka: Kinga dwa razy była po klucze, mówiła, iż zalało. Sprawdziłam z hydraulikiem sucho. Trzymaj się!
Uśmiechnęłam się.
Wieczorem przyszła Kinga. Bez zapowiedzi, bez kłótni. Bez dzieci. Wpuściłam ją.
Usiadła zmęczona, lekko opalona, ale jakby… wypalona.
Przyszłam pogadać.
Jak było nad morzem? zapytałam, nastawiając wodę.
Fajnie, ale strasznie drogo. Musieliśmy wziąć inny hotel. Piotrek się denerwuje, kredyt jeszcze większy.
Ale dzieci morze zobaczyły, to się liczy.
Milczała, kręcąc kubek w rękach.
Mamo… Ty naprawdę konsultowałaś się z fundacją od seniorów?
Tak.
I co? Przekazałaś im mieszkanie?
Jeszcze nie. Ale papiery leżą gotowe. Wszystko zależy od Was.
Spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
Mamo, jesteś moją matką. Chciałam tylko przestraszyć Cię zmusić do pomocy. Nie chciałam oddawać do domu opieki… Byłam zmęczona, nerwowa. Przepraszam Cię.
Kinga, groźbami nic nie osiągniesz. Straciliśmy przez to trochę zaufania. Ale słuchaj pomagam przy wnukach z przyjemnością, ale na własnych zasadach, bez przymusu, wtedy, kiedy mam siłę i chęć. Uprzedzajcie, pytajcie. jeżeli mogę, pomogę. jeżeli nie musicie sami sobie radzić.
Rozumiem. I nie musisz już dawać kluczy. Lepiej, jak będziemy dzwonić domofonem, jak każdy gość.
Oczywiście. I testament pozostaje niezmieniony ale mieszkanie będzie Twoje dopiero po mojej śmierci. A ten moment nieprędko. W sanatorium powiedzieli, mam serce jak dzwon.
Wypiłyśmy herbatę. Trochę herbaty i… nieco goryczy. Ale już bez walki. Kinga obiecała przywieźć chłopców w weekend „na placki i zaraz zabrać”.
Gdy zamknęłam za nią drzwi na dwa razy, poczułam się kapitanem własnego statku po burzy. Może poszło kilka żagli, może załoga nie wszystko rozumie ale sternik jestem ja.
Wnuki, kiedy przyjechały tydzień później, już całe opalone.
Babciu, widzieliśmy meduzę! wołał Ignaś. A tata się spiekł na raka!
Jedliśmy placki, opowiadali o wakacjach. Kinga była spokojna, nie krytykowała. Po dwóch godzinach wyprowadziła dzieci: „Dziękujemy, musimy iść, lekcje na lato zadane”.
Usiadłam w swoim ulubionym fotelu z książką, którą zaczęłam jeszcze w sanatorium. Może trochę samotnie… ale z dumą. Odkryłam prawdę: by być kochaną, nie trzeba być wiecznie dyspozycyjną. By zasłużyć na szacunek czasem trzeba pokazać kły. Choćby tylko w formie zaświadczenia od lekarza i znajomości własnych praw.
Na jesieni zapisałam się na basen i do Klubu Aktywnego Seniora. Życie po sześćdziesiątce dopiero się zaczyna o ile nie pozwoli się innym ustawiać własnych granic!
Dziękuję, iż przeczytaliście moją historię. jeżeli mieliście podobne przeżycia w rodzinie napiszcie koniecznie w komentarzach.









