Oddaliśmy babcię do domu opieki — Daj spokój, Aliska, choćby nie próbuj! — pani Klaudia stanowczo odepchnęła od siebie talerz z owsianką. — Do domu starców mnie chcesz oddać? Tam będą mnie kłuć czym popadnie i poduszką zakrywać, żeby nie krzyczała? Nie doczekasz się! Alicja wzięła głęboki oddech, starając się nie patrzeć na drżące dłonie babci. — Babciu, to przecież nie żaden dom starców – to prywatny ośrodek pod Warszawą. Tam jest las, pielęgniarki są całą dobę. Będziesz mieć towarzystwo, duży telewizor. A tutaj siedzisz sama całymi dniami, gdy tata w pracy. — Znamy my takie “towarzystwo” — warknęła staruszka, poprawiając się na poduszkach. — Okradną do cna, mieszkanie zabiorą, a mnie w rów. Pawłowi powiedz jasno: żywa z tego mieszkania nie wyjdę. Niech sam się mną zajmie. Syn czy nie syn? Wychowałam go, nie spałam po nocach, jak miał odrę. Teraz jego kolej. — Tata haruje na dwóch etatach, żeby ci leki kupić! Ma pięćdziesiąt trzy lata, skacze mu ciśnienie, od trzech lat nie był w kinie, choćby nie marzy o urlopie! — Nic mu nie będzie — ucięła pani Klaudia, mocno zaciskając usta. — Młody jeszcze, wytrzyma. A ty się nie wtrącaj, kura nie uczy jajka. Idź, sprzątnij tę kaszę. Brud narobiliście! Alicja wyszła do przedpokoju i ciężko westchnęła. No jak z nią rozmawiać?! Ojciec wrócił wieczorem… [Pozostała treść dialogów i narracji została przystosowana do polskiej rzeczywistości.] Na końcu trójka bohaterów – Alicja, jej tata Paweł i babcia Klaudia – odnajdują szczęście i spokój: Paweł dochodzi do zdrowia, odnawia kontakty z ukochaną Eleną, Alicja zdobywa grant i awansuje, a babcia, choć wciąż zgryźliwa, znajduje swoje miejsce i choćby nawiązuje dobre relacje z rodziną. Klaudia zdążyła jeszcze ucieszyć się z prawnuka, pogodziła się z Eleną i odeszła spokojnie we śnie – bez żalu do dzieci i wnuczki. Oddaliśmy babcię do domu seniora: historia rodziny, trudnych decyzji i nowego początku

newsempire24.com 13 godzin temu

Wysłali do domu opieki

Tylko spróbuj, Jagódko, choćby nie śmiej tak mówić! Stanisława Władysławowna z impetem odsunęła od siebie talerz z owsianką. Chcesz mnie oddać do jakiegoś przytułku?

Żeby mnie tam naszpikowali czym popadnie i jeszcze poduszką przykryli, żebym nie krzyczała?

Nie doczekasz się!

Jagoda wciągnęła głęboko powietrze, starając się nie patrzeć na drżące dłonie babci.

Babciu, przecież to nie żaden dom państwowy! To prywatny dom opieki. Blisko las, do tego pielęgniarki są całą dobę.

Miałabyś tam towarzystwo, wielki telewizor.

A tu całymi dniami sama siedzisz, gdy tata w pracy.

Znamy to towarzystwo, zaskrzeczała staruszka, wygodniej poprawiając sobie poduszki. Wyczyszczą do ostatniego grosza, mieszkanie zabiorą, a mnie w rów wyrzucą.

Tak Pawłowi powiedz: matka żywa stąd nie wyjdzie. Niech sam się mną zajmie. Syn, czy co?

Wychowałam go, nocy nie sypiałam, jak miał odrę. Teraz jego kolej.

Tata haruje na dwóch etatach, żeby kupić ci lekarstwa! Ma pięćdziesiąt trzy lata, ciśnienie u niego szaleje, od trzech lat nie był w kinie, nie mówiąc już o urlopie!

Jakoś przeżyje, Stanisława Władysławowna zacisnęła usta. Jeszcze młody, da radę.

A ty się nie wymądrzaj, młoda jeszcze jesteś. Idź, wytrzyj kaszę z podłogi. Tylko bałagan tu robicie!

Jagoda wyszła do korytarza i ciężko westchnęła. Jak z nią rozmawiać?!

Ojciec wrócił do mieszkania o siódmej wieczorem. Nie ściągnął butów, usiadł tylko na pufie w przedpokoju i przez kilka minut wpatrywał się w podłogę.

Tato, wszystko w porządku? Jagoda podeszła do niego i zabrała ciężką torbę z zakupami.

Dobrze, Jaga. Zawaliło się na magazynie, roczna inwentaryzacja się zbliża. Jak babcia?

Jak zwykle. Znowu afera o dom opieki. Mówi, iż chcemy ją tam umęczyć.

Tato, tak się nie da. Sprawdziłam wydatki na ten miesiąc na jedzenie zostaje nam dwa tysiące złotych.

A ja muszę jeszcze zapłacić za akademik i podręczniki kupić.

Damy sobie radę, Paweł powoli podniósł się i zsunął buty. Wziąłem dodatkową robotę. Nocki na ochronie, co drugi dzień.

Co ty robisz? Kiedy będziesz spał? Zasłabniesz jeszcze gdzieś!

Paweł nic nie odpowiedział. Poszedł do kuchni, nalał wody do garnka i postawił na gaz.

Jadła coś?

Połowę wylała na łóżko. Zmieniłam pościel.

Dobra. Idź się ucz, sesja niedługo. Ja ją sam nakarmię i umyję.

Jagoda patrzyła, jak ojciec, kulejąc, idzie do pokoju matki.

Było jej go strasznie żal. Widziała, jak z silnego, kiedyś wesołego mężczyzny zamienia się w cień.

Zniknęły żarty, zniknął apetyt na życie.

***

Po tygodniu było jeszcze gorzej wrócił do domu później niż zwykle. Chwiał się lekko.

Tato? Źle ci?

Nic mi nie jest, Jaga. W metrze duszno, trochę się zakręciło w głowie.

Usiądź. Zaraz zmierzymy ciśnienie.

Na ciśnieniomierzu pokazało się 180 na 110. Jagoda bez słowa podała mu tabletki.

Jutro nigdzie nie idziesz. Dzwonimy po lekarza.

Nie da rady, pokręcił głową ojciec. Jutro kontrola w pracy. Bez mojej obecności zabiorą premię. A przyszło podwyższone opodatkowanie za mieszkanie po mamie.

Sprzedaj to mieszkanie, tato! Jagoda ściszyła głos, żeby babcia nie usłyszała. Tę kawalerkę pod Warszawą.

Trzysta pięćdziesiąt tysięcy to przecież dla nas fortuna. Spłacimy długi, zatrudnimy porządną opiekunkę.

Ojciec westchnął:

Matka nie daje zgody…

Tato, ona tam od pięciu lat nie była! Po co jej to mieszkanie, skoro jest przykuta do łóżka?

Odpowiedzieć nie zdążył zza ściany rozległ się głośny stuk.

Stanisława Władysławowna waliła kubkiem w szafkę, wołając o uwagę.

Pawle! Pawle, chodź tu! Komu ty tam szepczesz? Znów mnie obgadujecie?! dobiegł ich chrapliwy głos.

Paweł westchnął, połknął podaną przez córkę tabletkę i poszedł do niej.

***

Jeszcze sześć lat temu ojciec miał drugą kobietę. Helena, spokojna, serdeczna, wpadała czasem, przynosiła ciasto drożdżowe, planowali z tatą wyjechać na weekend do pensjonatu za miastem.

Wszystko się skończyło, kiedy babcia się położyła. Helena chciała pomagać, ale staruszka zrobiła z jej życia piekło.

Proszę, przyszła na gotowe! Chce mojego synka wydusić! wrzeszczała na cały dom, udając zawały za każdym razem, gdy Paweł szykował się na randkę. Wypędźcie ją natychmiast! Wynocha!

Ostatecznie Helena odeszła, a ojciec nie próbował jej zatrzymać.

Telefon zadzwonił wieczorem, gdy Jagoda szykowała się do egzaminu. Ojca jeszcze nie było.

Halo?

To pan Paweł Władysławowicz? zapytał męski głos.

Nie, jestem jego córką. Coś się stało?

Dziewczyno, dzwonimy z kadr. Twój ojciec dziś zasłabł na zebraniu, wezwaliśmy karetkę, przewieźli go do miejskiego szpitala. Proszę zapisać adres.

Jagoda nerwowo zapisała adres na marginesie notatek. Nie zdążyła jeszcze odłożyć słuchawki, gdy z pokoju babcia zawołała:

Jagódka! Kto tam dzwonił? Pawła nie ma? Niech herbatę przyniesie, pić mi się chce!

Jagoda weszła do pokoju. Babcia leżała podparta poduszkami, z niezadowoloną miną.

Tata w szpitalu powiedziała krótko.

Jak to w szpitalu? Stanisława Władysławowna na moment zamilkła, po czym dodała: Widzisz, do czego mnie doprowadziliście! Krzyczał na mnie wczoraj, to go Pan Bóg ukarał.

Nikt mnie nie szanuje! Kto mnie teraz nakarmi? No, zaparz herbatę.

Jagoda wyszła bez słowa.

***

Przez trzy dni Jagoda biegała między szpitalem a domem.

U ojca stwierdzono kryzys nadciśnieniowy na tle skrajnego przemęczenia nerwowego.

Lekarze zabronili mu choćby wstawać.

Jaga, jak mama? spytał od razu, gdy weszła na oddział.

Wszystko dobrze, tato. Sąsiadka wpada, pomaga. Myśl o sobie, leżeć musisz jeszcze minimum dwa tygodnie.

Dwa tygodnie… Wyrzucą mnie z pracy… Pieniędzy…

Śpij, poprawiła mu kołdrę. Ja wszystko załatwię. Obiecuję.

Na czwarty dzień, gdy wróciła do domu, babcia przywitała ją lawiną pretensji.

Gdzie cię niesie? Brudna leżę, Pawła w szpitalu, a ja tu gniję!

Jagoda zacisnęła pięści i bardzo spokojnie powiedziała.

Posłuchaj, babciu. Uważnie. Tata jest w ciężkim stanie, może dostać udaru, jeżeli jeszcze raz się tak zdenerwuje.

Nie gadaj głupstw! prychnęła staruszka. Jest silny, po dziadku to ma. No, odwracaj mnie, bok mnie boli.

Nie, Jagoda usiadła na brzegu stołka. Nie będę cię przewracać. I nie będę karmić.

Stanisława Władysławowna wytrzeszczyła oczy.

Co ty, dziecko, powariowałaś?

Nie. Nie mamy już pieniędzy. Tata nie pracuje, premii nie dostanie. Twoja emerytura choćby na pampersy i lekarstwa nie wystarcza.

Kłamiesz! Paweł musi mieć jakieś oszczędności!

Nie ma żadnych oszczędności. Wszystko poszło na twoje badania w zeszłym miesiącu. Masz wybór: albo dzisiaj podpisujemy papiery na sprzedaż twojej kawalerki pod Warszawą, albo jutro dzwonię do opieki społecznej i zabierają cię do państwowego domu opieki. Za darmo.

Nie ośmielisz się! wrzasnęła Stanisława Władysławowna. Jestem jego matką! Tu rządzę!

Czym ty tu rządzisz? Zabijasz własnego syna. Nie obchodzi cię, iż może nie wrócić ze szpitala. Ważne tylko, byś miała jak najmiększą poduszkę i najcieplejszą kołdrę.

Dziś dzwoniłam do tamtego domu opieki, o którym rozmawiałyśmy. Jest wolne miejsce, pieniądze ze sprzedaży mieszkania pójdą na opłaty. Tam jest świetna opieka.

Nie pójdę! zakaszlała staruszka.

To głoduj. Nie mam pieniędzy na twoje jedzenie. Od jutra idę do pracy dorywczej, wrócę wieczorem. Masz butelkę wody na stoliku. Zdecyduj.

Jagoda wyszła, zamknęła drzwi i trzęsła się cała. Nigdy nie była twarda, ale teraz wiedziała: jeżeli nie przerwie tego błędnego koła, straci ojca.

A babcia… babcia przeżyje ich wszystkich, jeżeli pozwoli jej dalej wysysać z nich życie.

Noc minęła w ciszy. Jagoda nie weszła do pokoju, choć słyszała babcię to wołającą, to płaczącą, to złorzeczącą. Przyszła dopiero rano.

Daj napić się… zachrypiała staruszka.

Jagoda podała jej kubek do ust.

To jak? Podpisujemy? Notariusz będzie o dwunastej.

Potwory… wyszeptała staruszka, ale już bez wcześniejszej złości. Wszystko chcecie zabrać… Dobrze. Piszesz papiery.

Tylko Pawłowi powiedz… niech odwiedza.

Będzie odwiedzał. Jak tylko stanie na nogi. Ja też będę przyjeżdżać. Obiecuję.

***
Paweł siedział na ławce w parku domu opieki. Wyglądał na wypoczętego trochę przytył, twarz mu się rozpromieniła.

Obok, na wózku inwalidzkim, siedziała jego matka czyściutka, w nowym ciepłym szalu, żuła powoli jabłko.

Pawle? Ej, Pawle, zawołała.

Tak, mamo?

Ty… Zadzwoniłeś do Heleny? Pogodziliście się?

Paweł spojrzał na nią ze zdziwieniem.

Zadzwoniłem. Obiecała wpaść w sobotę.

No to dobrze, staruszka odwróciła się do klombu. Niech przychodzi. Tutaj mamy pielęgniarkę, Elżbietkę, trochę szorstka, cały czas mi uwagę zwraca.

Niech twoja Helena zobaczy, jak się tu mną opiekują.

Patrz, Pawle, nie krzywdź jej! Niedobrze, jak mężczyzna kobietę do łez doprowadza.

Twój ojciec…

Paweł uśmiechnął się i ścisnął matce dłoń. A alejką biegła Jagoda. Machając ręką, śmiała się pogodnie.

Tato! Babciu! wołała już z daleka. Dostałam stypendium! W pracy awansowali mnie!

Paweł wstał i rozłożył ramiona. Stanisława Władysławowna patrzyła na nich z przymrużeniem oka.

W duchu uważała, iż niesprawiedliwie wyrwano ją z rodzinnego gniazda, ale nie narzekała już głośno.

Kiedy przyszła opiekunka i delikatnie zaproponowała masaż, staruszka tylko wyniośle kiwnęła głową.

Idziemy, dziecko. Tylko ostrożnie, jestem delikatna kobieta. Ostatnio masażysta tak mi nogę ścisnął…

Powiedz mu, iż ma być ostrożniejszy. Jak niedźwiedź, na Boga

Opiekunka odjechała z wózkiem; Jagoda przytuliła ojca, i długo stali razem, spoglądając na wysokie sosny.

Pierwszy raz od dawna cała trójka była naprawdę szczęśliwa.

***

Stanisława Władysławowna zdążyła zobaczyć prawnuka Jagoda skończyła studia, wyszła za porządnego człowieka, urodził się syn.

Paweł ożenił się z Heleną, a matka zaakceptowała drugą synową relacje z nią stały się otwarte i, można by powiedzieć, ciepłe Helena zapomniała wszystkie przykrości z czasów poznania teściowej.

Staruszka odeszła spokojnie, we śnie, nie chowając urazów ani do wnuczki, ani do syna…

Idź do oryginalnego materiału