Oddaj klucz do naszego mieszkania
Z tatą już wszystko ustaliliśmy powiedziała Barbara, kładąc rękę na dłoni syna. Sprzedajemy działkę. Sto tysięcy złotych damy wam na wkład własny, koniec z tułaczką po wynajmowanych kątach.
Marcin znieruchomiał z kubkiem herbaty w połowie drogi do ust. Jego żona, Jadwiga, również zawiesiła łyżkę z kawałkiem sernika w powietrzu.
Mamo, serio? Marcin ostrożnie postawił kubek. Działka? Przecież wy tam co roku
Przeżyjemy. Władek, powiedz im coś.
Ojciec, do tej pory skupiony na wydłubywaniu powideł ze słoika, podniósł głowę.
Mama ma rację. Czterdzieści lat ma ta działka, dach cieknie, płot spróchniał. Sama makabra, a wy nie macie gdzie mieszkać.
Tato, sami odłożymy pokręcił głową Marcin. Jeszcze ze dwa lata, może trzy
Trzy lata! Barbara rozłożyła ręce. Trzy lata po cudzych domach, z dzieckiem w drodze? Jadwigo, powiedz coś!
Jadwiga spojrzała bezradnie na męża, potem na teściową.
Pani Barbaro, to ogromna suma. Nie możemy tak po prostu
Możecie ucięła Barbara. To nie podlega dyskusji. Jutro z pośrednikiem spotkanie, mieszkanie idzie pod oglądanie.
Marcin już otwierał usta, ale Barbara go wyprzedziła.
Synu, młodsi już nie będziemy. Ojciec już trzeci rok walczy z ciśnieniem, mi w przyszłym roku stuknie sześćdziesiątka. Po co nam ta działka? Pomidory? Na targu są tańsze, a wnuki niech w normalnym mieszkaniu rosną. W swoim, kumasz?
Zapadła cisza. Jadwiga ścisnęła pod stołem rękę Marcina. On pocierał czoło robił tak zawsze, gdy nie wiedział, co powiedzieć.
Mamo Oddamy wszystko. Powoli, ale oddamy każdy grosz.
Daj spokój, machnął ręką Władek. Oddasz, nie oddasz, ważne, żeby wnuki miały gdzie raczkować.
Półtora miesiąca później działka była sprzedana. Barbara osobiście załatwiła formalności, sama liczyła pieniądze, sama przelała sto tysięcy złotych na konto syna. Trzy miesiące później Marcin i Jadwiga wprowadzili się do dwupokojowego mieszkania na ulicy Kwiatowej nowe budownictwo, dziewiąte piętro, okna na park.
Na parapetówce pojawiło się z piętnaście osób. Rodzice Jadwigi przywieźli naczynia, koleżanki obdarowały ręcznikami, koledzy Marcina zrzucili się na ekspres do kawy. Barbara spacerowała po pokojach, dotykała ścian, zaglądała do szaf, kiwała głową czy z aprobatą, czy z oceną, trudno powiedzieć.
Pod wieczór, gdy goście rozeszli się po mieszkaniu, Barbara dorwała syna w korytarzu.
Marcin, na słówko.
Zaciągnęła go do drzwi wejściowych, z dala od wścibskich uszu.
Daj klucz.
Marcin nie od razu załapał.
Jaki klucz?
Zapasowy, do mieszkania. Wiesz, tak na wszelki wypadek ściszyła głos Barbara. Pomogliśmy wam, sam rozumiesz. Coś się stanie, a my nie wejdziemy. Poza tym normalni ludzie rodzicom klucz dają.
Marcin przestąpił z nogi na nogę. Widać było, iż chce zaprotestować, ale słowa nie przychodzą mu do głowy. A może odwagi zabrakło.
Mamo, ale to Jadwiga
Co z Jadwigą? Jadwiga przeciw? Barbara zmrużyła oczy. My wam mieszkanie kupiliśmy, a ona klucz dać nie chce?
Nie, ja to nie tak
To po prostu daj. Przestań marudzić, przecież nie jesteś już dzieckiem.
Marcin wyciągnął z kieszeni pęk kluczy. Odpiął nowy, jeszcze błyszczący.
Proszę.
Barbara obróciła klucz w palcach. Z torby wyciągnęła swój pęk i wsunęła nowy klucz między ten od domu a garażu. Metal zadźwięczał.
No i dobrze, poklepała syna po policzku. Chodź na tort, bo nas ostatni kawałek ominie.
Wieczór był naprawdę udany.
Barbara uważnie wymacała poduszkę, obracała ją, sprawdzając szwy. Aksamit miło się ślizgał, musztardowy odcień ciepły, przytulny idealny do szarej kanapy Jadwigi. Drugą kupiła identyczną, tylko terrakotową. Już widziała oczami wyobraźni: poduszki w rogach, między nimi wełniany pled, który wypatrzyła tydzień temu.
W trolejbusie Barbara tuliła torbę do piersi. Za oknem migały podwórka, place zabaw, zaparkowane fiaty. Ulica Kwiatowa, jej przystanek.
Na klatce schodowej pachniało świeżą farbą niedawno był remont. Barbara weszła na dziewiąte piętro, wyciągnęła pęk kluczy, znalazła adekwatny. Zamek pykł miękko, drzwi otworzyły się bez oporu.
Cisza. Nikogo.
Barbara zdjęła buty, weszła do salonu. Faktycznie sofa goła, ponura. Rozpakowała poduszki, rozłożyła po rogach, cofnęła się krok, oceniła. Super, zupełnie inne wnętrze.
No tak, tylko kurz na półce rzucał się w oczy. I brudny kubek na parapecie. Pokręciła głową, ale nie ruszała. Nie jej sprawa. Na razie.
Wieczorem, około dziewiątej, zadzwonił telefon.
Mamo, byłaś u nas?
Głos Marcina był napięty.
No przecież. Poduszki widziałeś? Ładne, co?
Mamo cisza Mogłabyś uprzedzić? Jadwiga przyszła do domu, a tam wszystko poprzestawiane, poduszki jakieś
Jakieś? parsknęła Barbara. Po tysiąc pięćset sztuka, wiesz? I powiedz Jadwidze, żeby posprzątała. Wszędzie kurz, kubki brudne. A w lodówce półka pusta. Wy głodujecie? Ja nie po to wam pieniądze dawałam, żebyście na studenta wyglądali.
Mamo, po prostu powiedz wcześniej, ok? Zadzwoń
Oj, Marcin przewróciła oczami, choć syn tego nie mógł zobaczyć. Dobra, kończę, Władek woła.
Rozłączyła się, zanim syn zdążył coś odpowiedzieć.
Tydzień później Barbara przyniosła im komplet dobrych, satynowych pościeli. Jadwiga była w domu, ale w łazience Barbara słyszała szum wody. Pościel zostawiła na łóżku, nie pisała żadnej karteczki. Bez przesady, domyślą się.
Trzy dni później zestaw garnków. Młodzi mieli jakieś chińskie badziewie z odpryskiem, aż oczy bolały.
A w sobotę Marcin z Jadwigą przyszli na kolację. Siedzieli przy stole, zajadali pierogi, rozmawiali o pogodzie i remoncie u sąsiadów. Swojsko, grzecznie, nudnawo.
Jadwiga odłożyła widelec.
Pani Barbaro
Hm?
Mogłaby pani dzwonić przed wizytą? Po prostu, żebyśmy wiedzieli
Barbara wolno otarła usta chusteczką.
Jadwiczko. Z Władkiem daliśmy wam sto tysięcy złotych. Sto. Tysięcy. Mam prawo przychodzić, kiedy zechcę. To, swoją drogą, też nasza kawalerka.
Mamo Marcin próbował wtrącić.
Co mamo? Nie mam racji?
Zapadła cisza. Władek skupiony dłubał w pierogu, całą postawą manifestując, iż jest tu tylko gościem.
Dzięki za kolację Jadwiga wstała. Marcin, idziemy.
Zbierali się w pośpiechu, nerwowo. Pożegnalne uśmiechy wyszły nieszczere, krzywe. Barbara zamknęła za nimi drzwi, wróciła do kuchni sprzątać. Coś ją podkusiło podejść do okna akurat, gdy młodzi wychodzili z klatki.
Otworzone okienko, wyraźny głos Jadwigi:
albo oddamy ten dług, albo rozwód. Ja już tak nie mogę.
Barbara zamarła z talerzem w ręku.
Jaki dług? O co chodzi?
Na dole Marcin coś odpowiedział, ale już nie dosłyszała. Zatrzasnęły się drzwi auta, zawarczał silnik.
Barbara powoli postawiła talerz w zlewie.
Nie. To jej się wcale nie podobało.
Barbara przekręciła klucz w zamku, pchnęła drzwi i niemal wpadła na Marcina. Stał w korytarzu, jakby czekał. Jadwiga wyglądała z kuchni, wycierając ręce w ręcznik.
Och, jesteście w domu Barbara się lekko zakłopotała, ale zaraz się zebrała. Przyniosłam wam
Mamo, poczekaj.
Coś w głosie Marcina sprawiło, iż zamilkła. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki wiszącej na wieszaku, wyciągnął kopertę. Biała, gruba, ciężka.
Chcemy ci coś oddać.
Barbara mechanicznie wzięła kopertę. Zajrzała do środka kolana się jej ugięły.
Pieniądze. Dużo.
To co?
Sto tysięcy złotych Jadwiga podeszła bliżej, stanęła obok męża. Wzięliśmy kredyt.
Wy Barbara spojrzała im w oczy. Jesteście szaleni? Jaki kredyt? Po co?
Po to, iż nie chcemy być dłużni Jadwiga już nie odwracała wzroku, mówiła spokojnie i stanowczo. Pani Barbaro, mamy dosyć. Wizyt, sprawdzania, przekładania rzeczy. Tego, iż przychodzi pani bez zapowiedzi i zagląda nam do szafek.
Ale ja tylko poduszki przynosiłam! Pościel! Garnki!
Mamo Marcin położył rękę na ramieniu Jadwigi. Zmieniamy zamki. Jutro przychodzi ślusarz.
Barbara mrugnęła. Potem znów. Chwilę zajęło jej zrozumienie.
Zamki?
Tak. Nie będziesz już miała klucza.
Cisza opadła dusząca, gęsta. Barbara patrzyła na syna, potem na synową, i znowu na syna. W gardle ściśnięcie, policzki płonęły.
Wy wy przełknęła ślinę. Jesteście drobiazgowi. Drobiaźliwi i niewdzięczni. My z tatą działkę sprzedaliśmy! Przez was! A wy mnie, jak jakąś złodziejkę, z domu wyrzucacie!
My nie wyrzucamy Jadwiga nie ustąpiła. Tylko prosimy, żeby pani odeszła.
Barbara ścisnęła mocno pęk kluczy w kieszeni. Palce zdrętwiały.
Marcin, synku, naprawdę pozwalasz jej tak do mnie mówić?
Marcin opuścił głowę, milczał chwilę. Potem spojrzał matce w oczy.
Mamo. To nasza wspólna decyzja.
Barbara gwałtownie się odwróciła i wyszła, choćby się nie pożegnawszy.
Całą drogę do domu układała w głowie, co powie, gdy Marcin zadzwoni z przeprosinami. Jutro, najpóźniej pojutrze. Zrozumie, ochłonie.
Minął tydzień. Telefon nie dzwonił.
Kilka razy chciała zadzwonić pierwsza, ale za każdym razem odkładała słuchawkę. Nie. Niech sami przyjdą. Powinni o to poprosić. Jest matką, w końcu. Przecież nie chciała źle.
Miesiąc później Władek próbował w czasie kolacji niesmiało zapytać, czy już się pogodzili. Barbara tylko wzruszyła ramionami i gwałtownie zmieniła temat.
Po dwóch miesiącach przestała podskakiwać na każdy dzwonek.
Po trzech wszystko zrozumiała.
Syn nie zadzwoni. Ani jutro, ani za tydzień, ani za rok.
Barbara siedziała w kuchni, patrzyła na pęk kluczy. Jeden do domu, drugi do garażu. Ten w środku kiedyś otwierał drzwi mieszkania na Kwiatowej.
Chciała pomóc. Serio chciała. Poduszki, garnki, pościel czy to nie troska? Czy nie tak powinno być? Rodzice dają dzieciom, dzieci wdzięczne, wszyscy szczęśliwi.
A jednak coś po drodze pękło. Barbara, powtarzając w głowie rozmowy i wizyty, nie mogła pojąć gdzie.
Może choćby nie chciała.
I naprawić już się nie dałoBarbara przewracała klucz w palcach, aż w końcu zacisnęła na nim dłoń tak mocno, iż metal przyciął jej skórę. Westchnęła i podniosła wzrok na okno, gdzie za zimowym deszczem zgasły światła z ulicy Kwiatowej.
Pierwszy raz od lat poczuła się tak bardzo sama ale też trochę lżejsza. Nikt nie czekał, nikt nie wymagał. Władek grzebał w szafce, a Barbara podeszła do blatu i spojrzała jeszcze raz na ten klucz, od którego wszystko się zaczęło.
Powoli, niemal z namaszczeniem, wsunęła go na sam koniec pęku oddzielając od reszty. Zamknęła oczy, starając się wyobrazić mieszkanie syna, tak dobrze znane: nowa kanapa, brudny kubek na parapecie, terrakotowe poduszki. Zamiast złości poczuła coś innego ciche, słabe, ale prawdziwe ukłucie zrozumienia.
Tak to właśnie było. Młodzi zbudowali swój dom, nauczyli się powiedzieć nie. Może na złość, może ze strachu, może po prostu dorosłym ludziom czasem trzeba pozwolić iść własną drogą.
Barbara schowała klucz do szuflady, na sam tył, obok starego listu od Marcina z kolonii, pożółkłego już od słońca.
Władek zapalił światło w kuchni. Jego cień drżał na ścianie, duży i spokojny.
Herbaty ci zaparzyć, Basieńko?
Barbara skinęła głową i uśmiechnęła się lekko. Po raz pierwszy jej dom wydawał się trochę większy wolny od cudzego zamieszania, cichy, naprawdę jej własny.
Gdzieś tam, na Kwiatowej, pewnie znowu sprzątali po całym dniu. A ona pozwoliła im, wreszcie, zamknąć za sobą drzwi.














