Dzień, kiedy tata odszedł do innej kobiety, miałam cztery lata. Stał wtedy na progu naszego mieszkania w Warszawie, tuż po Nowym Roku, pochylił się nade mną, szepnął przepraszam i za chwilę za nim zatrzasnęły się drzwi wejściowe.
Mama przyjęła to spokojnie, może choćby uznała to za coś oczywistego w naszej rodzinie kobiety nigdy nie potrafiły stworzyć trwałego związku. Tylko dwa tygodnie później, kiedy już wszyscy sąsiedzi spały, mama wypiła cały zapas relanium i pyralginy, jakie były w domu. Zasnąć miała tego wieczoru na zawsze.
Rano długo próbowałam budzić mamę. Głos mi się łamał, szarpałam ją za ramię, ale nie reagowała. Potem, z trudem, zjadłam coś pośpiesznie wyciągnięte z lodówki i znowu podeszłam do łóżka, próbując ją obudzić. W końcu wtuliłam się w nią i sama zasnęłam.
Styczeń w Warszawie bywa naprawdę krótki, dzień gwałtownie przechodzi w zmierzch. Ocknęłam się niemal o zmroku. Przeszył mnie chłód; mocniej otuliłam się kołdrą i po raz ostatni przytuliłam do mamy. To wtedy zrozumiałam, iż od jej ciała bije lodowaty chłód. Płonące łzy poparzyły mi policzki.
W tym momencie otworzyły się drzwi do mieszkania. Zerwałam się i pobiegłam do przedpokoju. To była ciocia Jadwiga, młodsza siostra mamy.
Marysiu, jesteś w domu. A gdzie mama? Dzwonię do niej cały dzień, czemu nie odbiera? Martwię się!
Złapałam ciocię za poły futra, pociągnęłam w stronę sypialni. Oczy miałam czerwone, puchnięte od płaczu; pokazywałam palcem na łóżko, krzyczałam bezgłośnie otwierałam usta, twarz miałam wykrzywioną bólem, łzy spływały po policzkach, ale głosu nie wydobywałam.
Jadwiga sama nie doczekała się dzieci. Jej małżeństwo rozpadło się po pięciu latach, bo nie mogła zostać mamą. Toteż mnie pokochała jak własną córkę, opiekowała się mną z oddaniem, została drugą matką. Po śmierci mamy natychmiast załatwiła wszystkie formalności i zostałam z nią. Próbowała pomagać mi na każdy możliwy sposób, ale przez trzy lata leczenia i rehabilitacji mój głos nie powrócił.
Tego roku zima była prawdziwa mróz i chrzęszczący śnieg przyszły na Trzech Króli. Cały dzień z Gosią, Ulą i Hanią zjeżdżałyśmy na sankach po Parku Skaryszewskim. Ulepiłyśmy rodzinę bałwanów, robiłyśmy anioły na śniegu, a po wszystkim byłam przemarznięta do szpiku kości.
Czas do domu oznajmiła ciocia Jadwiga, otrzepując mnie ze śniegu. Ubranie masz sztywne od mrozu, rękawiczki zmieniły się w sopelki. Wpadniemy jeszcze do Społem po mleko i makaron.
Przy sklepie drzwi otwierały się i zamykały, a po prawej stronie pod murem siedział rudzielec. Kot siedział spokojnie, z przymkniętymi oczami, wyglądając jakby był ponad to wszystko, tylko łapkami przytupywał z zimna. Przykucnęłam obok, pogłaskałam go i dałam znać, iż ciocia może sama iść na zakupy.
Dobrze, kupię wszystko szybko, tylko nie ruszaj się stąd!
Delikatnie pogłaskałam rude futerko, a on zaraz się wygiął i zamruczał z zadowolenia. Objęłam kota za szyję i przytuliłam jego łepek do swojego policzka. I nagle coś we mnie pękło z oczu popłynęły łzy. Kot zaczął je zlizywać, kichał i zlizywał dalej.
No co ty, on przecież brudny, z ulicy! obruszyła się ciocia, ciągnąc mnie za rękę w stronę samochodu. Stawiałam opór, próbowałam się wyrywać, ale ciocia zdecydowanym ruchem posadziła mnie z tyłu auta i usiadła za kierownicą.
Kot podszedł pod szybę, patrzył na mnie i żałośnie miauczał.
Nie mogę go zostawić. On już jest mój, a ja go porzucam szeptałam do łez, rozmazując je po szybie.
Mówisz? Powtórz, powtórz to jeszcze raz prosiła drżącym głosem ciocia, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
Nie możemy go zostawić, umrze beze mnie! wykrzyczałam prosto jej w twarz, pierwszy raz od lat.
Ciocia wyskoczyła z auta, porwała kota na ręce i usiadła ze mną z tyłu. Przestraszony rudzielec wbił pazury w jej płaszcz, a potem przeskoczył do mnie na kolana i przytulił się.
Chcesz kota, proszę bardzo. Wystarczyło powiedzieć, już dawno bym ci znalazła ciocia Jadwiga uśmiechnęła się przez łzy z prawdziwą radością.








