Obca kobieta za ścianą sypialni

twojacena.pl 1 dzień temu

Zuzanna dowiedziała się o tej drugiej przypadkiem, przez uchylone drzwi do łazienki. Michał stał pod prysznicem, woda szumiała, ale i tak usłyszała wyraźnie: „Kamilko, no nie dąsaj się. Dziś nie mogę, wiesz, iż obiecałem żonie kino”.

Zacisnęła palce na oparciu krzesła. Kamilka. Nie Kamil. Kamilka.

W łazience zabulgotał odpływ, potem trzasnęła szafka z lekami. Michał wyszedł z ręcznikiem na biodrach, roztarł mokre włosy i rzucił od niechcenia, iż skoro już obiecał, to pójdą na ten film, ale tylko do multipleksu przy Woli, bo tam najwygodniejsze fotele.

Siedziała na brzegu łóżka i obracała w palcach kluczyki od swojego forda. Mieszkali w Poznaniu, w trzecim roku małżeństwa. Eleganckie osiedle, kredyt, dwa samochody, wspólny kot. Wszystko poukładane, choćby śmieci wynosili według grafiku. I właśnie to bolało najbardziej — iż w tym idealnym porządku, wśród jesiennych liści na balkonie i zapachu kawy z ekspresu, on od miesięcy okłamywał ją tak sprawnie, jakby to była zwyczajna robota na etacie.

Przez cały seans milczała. On zerknął w jej stronę dwa razy, raz podał popcorn, drugi — butelkę wody. Uśmiechnęła się, bo tak trzeba było. Wracali tramwajem, bo zostawili auto pod domem. Michał komentował, iż film rozczarował, ale można było iść na coś lżejszego. Ona patrzyła na jego odbicie w szybie i wyobrażała sobie, jak mówi do tamtej „Kamilko, nie dąsaj się”.

Następnego ranka zadzwoniła do Oli, kuzynki z działu finansów tej samej firmy, w której pracował Michał. Znały się lata, Ola zawsze wiedziała, kto z kim i dlaczego.

— Mów mi, czy u was jest jakaś nowa Kamilka.

Po drugiej stronie zgrzytnęła klamka, potem szum ekspresu. Ola zniżyła głos:

— Jest. Kama Modlińska. Zaczęła dwa miesiące temu. Cholernie ambitna.

— W sensie?

— W sensie takim, iż Michał z nią codziennie je obiad. Przynosi jej ciastka z warzywniaka, rozumiesz. Raz widziałam, jak poprawiała mu kołnierzyk na korytarzu.

Zuzanna podziękowała i odłożyła słuchawkę. Wstała, nalała sobie kawy, wypiła zimną, bo zapomniała, iż to już od godziny stoi na blacie.

Znalazła ją w sieci po dwóch minutach. Kamila Modlińska — krótkie blond włosy, usta jak po zastrzyku, fotografia profilowa z wakacji na Majorce. Pod zdjęciem oznaczony mężczyzna, Michał nie. Na innym profilu, chłopaka podpisującego się jako Andrzej, widniała ich wspólna fotka sprzed roku.

Andrzej miał w sekcji „praca” wpisane: doradca finansowy. Na czwartym zdjęciu w galerii stał przy czarnym SUV-ie z otwartym bagażnikiem. Zachowała numer telefonu, który miał w opisie. Na wszelki wypadek.

Dzień później powiedziała Michałowi, iż jedzie w weekend do mamy na wieś, bo trzeba pomóc przy zamknięciu sezonu, działka, pomidory, mnóstwo roboty. On nie zapytał nawet, co dokładnie. Uśmiechnął się, cmoknął ją w policzek i powiedział, iż oczywiście, oczywiście, a on zostanie i nadrobi zaległości w pracy.

W piątek po południu faktycznie wyjechała. Forda zostawiła dwie ulice dalej, przy parku, żeby nikt nie zauważył. Wróciła na piechotę, wsiadła do windy, serce jej waliło tak, iż musiała oprzeć dłoń o lustro. Drzwi otworzyła bezszelestnie, bo zawiasy naoliwił Michał dwa tygodnie wcześniej. Znowu ten porządek.

Na podłodze przedpokoju stały kobiece szpilki. Czerwone, z odrapanym obcasem przy lewej pięcie.

Nie zdejmując kurtki, weszła do salonu. Drzwi do sypialni były przymknięte. Z zewnątrz słychać było śmiech, potem ciche „no przestań”. Ktoś w środku włączył muzykę, jakaś radiowa lista przebojów sprzed dekady.

Zuzanna stała tam dobre pięć minut. Patrzyła na czerwone szpilki, na męską skórzaną kurtkę przewieszoną przez oparcie krzesła, na półotwartą butelkę wina na parapecie. To było obrzydliwie znajome. Tu się żyło, tu się myło naczynia, tu się zasypiało przy książce.

Potem wyciągnęła telefon i wybrała numer.

— Słucham? — usłyszała po drugiej stronie.

— Andrzej? Nie znasz mnie. Ale twoja żona, Kamila, jest teraz w moim mieszkaniu. Z moim mężem.

Cisza. Tylko oddech i szum ulicy, przez sekundę pomyślała, iż się rozłączył.

— Adres — powiedział w końcu. Głos miał płaski, jakby go zbudzili w środku nocy.

Podała nazwę ulicy i numer domu. Rozłączyła się i usiadła w kuchni, na krześle, którego nienawidziła, bo zawsze skrzypiało. Teraz nie wydało żadnego dźwięku.

Andrzej zjawił się po dwudziestu minutach. Wysoki, w ciemnej kurtce, z kluczami od BMW, które obracał w palcach jak moneta. Popatrzył na nią, kiwnął głową, zapytał tylko „idziemy?”. W przedpokoju minął czerwone szpilki i na moment zwolnił. Rozpoznał je, widać było, jak krew odpływa mu z twarzy.

Drzwi sypialni otworzyła jednym ruchem.

To, co zobaczyła Zuzanna, nie miało w sobie nic filmowego. Michał zerwał się z łóżka, łokciem przewrócił lampę, lampa się stłukła. Kamila przycisnęła do piersi poduszkę, rzuciła się w stronę krzesełka, żeby zabrać sukienkę. Wszyscy przez chwilę mówili jednocześnie: „kurwa”, „co ty tu robisz” i „to nie tak, jak myślisz”.

Andrzej podszedł do łóżka, podniósł z podłogi męskie spodnie, rzucił nimi w Kamilę. Celował dobrze, uderzyły ją w ramię. „Ubieraj się” — powiedział. I wyszedł do salonu. Zuzanna poszła za nim.

W kuchni postawiła czajnik. Chciała zrobić herbaty, ale Andrzej odsunął filiżankę i poprosił o coś mocniejszego, jeżeli ma. W barku stało czerwone wino, otwarte jeszcze przed jej wyjazdem — tamtego popołudnia wylała z niego połowę do zlewu, bo skwaśniało. Sięgnęła teraz po drugą butelkę, świeżą, nalała do dwóch szklanek, bo kieliszki zabrała jej matka na święta i już nie zwróciła.

— I co teraz? — spytał.

— Wypędzę go dziś. Nie chcę go tu na noc.

— Jasne.

Do kuchni wszedł Michał, już ubrany, z tą swoją miną, którą mają mężczyźni, kiedy chcą, żeby kobieta pomyślała, iż to ona przesadza. „Zuza, porozmawiajmy. Bez scen”.

Odpowiedziała bez podnoszenia głosu:

— Zabierz rzeczy. Resztę wyślę ci później. Kluczyki od skody połóż na półce.

— Przesadzasz. Jedna pomyłka nie przekreśla trzech lat.

— Dwóch lat i siedmiu miesięcy, Michał.

Odwrócił się, zobaczył Andrzeja, który choćby na niego nie patrzył, tylko wpatrywał się w swoją szklankę z winem, jakby to było akwarium z rybkami. Michał wziął sportową torbę z hali, wrzucił do środka chyba z tuzin rzeczy. Hałasował tak, jakby chciał, żeby wszyscy w budynku wiedzieli, iż wychodzi z własnej winy. Kamila wymknęła się za nim, szpilki trzymała w ręku, boso przekradła się po zimnych płytkach.

— Ty chyba na nią nie czekasz — rzuciła Zuzanna do Andrzeja, ale on tylko pokręcił głową.

Wyszła z nim do samochodu. Stał przy czarnym BMW, dokładnie jak na fotce z profilu. Otworzył drzwi od strony pasażera, popatrzył na nią i zapytał: „Odwiozę cię gdzieś? A może zostańmy w kontakcie”.

Nie zapytał, dokąd teraz pójdzie. Nie powiedział, iż będzie dobrze. Zuzanna wsiadła. Pojechali kawałek w milczeniu, potem skręcił w stronę Rataj, kupił po drodze dwa rogaliki w budce otwartej całą dobę i postawił jej jeden na kolanach.

— Zjedz. Za dwa dni minie.

Minęło osiem dni. Zuzanna złożyła pozew w sądzie przy ulicy Głogowskiej w środę rano. Sprawa rozeszła się szybko, bo nie mieli dzieci ani wspólnego majątku, tylko kota, którego sąsiedzi widzieli, jak wyłaził na balkon i darł stare krzesło. Pozew dotyczył dwóch rubryk. Michała nie było w mieście, podpisał, co trzeba, przez prawnika.

Kamila wyprowadziła się od Andrzeja w czwartek. Zabrała tylko walizkę i ekspres do kawy, który według Andrzeja i tak nie działał. Później zadzwoniła do niego raz, w nocy, ale nie odebrał. Napisała SMS-a: „Wybaczysz?”. Odpisał: „Nie, ale nie chcę cię już widzieć. Zostaw mnie w spokoju”. Zuzanna czytała ten SMS, bo Andrzej pokazał jej telefon, gdy siedzieli na ławce nad Wartą i karmili kaczki okruszkami z torebki po bułkach.

Wymienili się numerami, potem weszło im to w nawyk. Codzienne wiadomości: kto co jadł, czy dotarł do pracy, czy ludzie znowu zablokowali ścieżkę rowerową. Andrzej okazał się człowiekiem, który wszystko liczy: kroki, kalorie, raty kredytu. Zuzanna liczyła miesiące do końca czegoś, czego jeszcze nie umiała nazwać. Razem wyglądali jak dwoje ludzi, którzy cudem nie potrącili się w tym samym wypadku.

Miesiąc później zaprosiła go do mieszkania. Tego samego, bo nie chciała uciekać do innej dzielnicy. Wcześniej zmieniła zamki. Kupiła nowy zamek w sklepie przy rynku Jeżyckim, wkręcała go sama, aż do wieczora, bo śrubokręt miała stępiony. Wszystko musiało być po jej myśli, choćby kierunek klucza.

Kiedy Andrzej wszedł, stanął w progu i powiedział: „Wiesz, iż tu jeszcze pachnie twoim mężem?”. Odpowiedziała, iż nie. Zapach zniknął, gdy Michał wyprowadził się razem ze swoimi marynarkami, wodą kolońską i kłamstwami.

Zjedli obiad. Zuzanna przygotowała kurczaka w śmietanie, choć przyprawy sypała po omacku, bo nie gotowała od dawna. Andrzej zjadł całą porcję. Przy herbatce z miętą, której filiżanki zostawił na stole, opowiedział, iż znalazł wczoraj w kieszeni kurtki Kamilki zdjęcie z tamtego wieczoru. „Zrobiła sobie fotkę w windzie, rozumiesz? W windzie mojego bloku, zanim weszła do twojej sypialni. Stała i się uśmiechała”. Pokazał ten skrawek. Rzuciła okiem: naprawdę się uśmiechała. Tym samym uśmiechem, co na Majorce.

— Pomyśl — powiedział Andrzej — myśmy w tym czasie pili wino w twojej kuchni i udawali, iż świat jest zbudowany jak się da. A ona się uśmiechała, bo właśnie przyjechała zdradzać.

Zuzanna oddała mu zdjęcie. Wrzucił je do środka pudełka po butach, które trzymała w przedpokoju. Pudełko było puste.

Wieczorem nie zaproponowała, żeby został. On też nie oczekiwał. Wyszedł po dziesiątej, krzyknął z windy, iż jutro kupi herbatę, bo ta z miętą smakowała jak pralnia.

Na następny dzień po pracy usiadła do komputera i sprawdziła ceny biletu do Lizbony. Nie miała pojęcia, po co akurat tam, ale chciała wyjechać tam, gdzie nikt by jej nie zatrzymał na ulicy, nikt nie spytał, co u męża. Bartek, sąsiad z siódmego piętra, zawsze pytał o Michała, bo pożyczał mu wiertarkę. Teraz wiertarka stała w szafce i nikt jej nie ruszał.

Zadzwoniła do Andrzeja.

— Masz paszport?

— istotny jeszcze cztery lata.

— To kupuj.

Kupiła dwa bilety na koniec miesiąca. Osiemset czterdzieści złotych w dwie strony — po awansie zaczęła zarabiać o tysiąc trzysta więcej, więc to nie był problem.

Wieczorem tego samego dnia Michał napisał do niej wiadomość: „Czy mógłbym podjechać po patelnię? Ta z marmurową powłoką, matka mi dała”. Zuzanna przeczytała, wstała, wyjęła z szafki patelnię, zważyła ją w dłoni. Ciężka. Odłożyła telefon bez odpowiedzi i poszła się spakować.

Nazajutrz leciała z Andrzejem do Lizbony. Otworzyła schowek nad siedzeniem, wsunęła do niego torbę, zanim usiadła, zerknęła jeszcze przez okno samolotu. Polska była mokra od deszczu, pas startowy lśnił. Nigdy nie lubiła poniedziałków, zwłaszcza takich, które zaczynają się od wyjazdu. Ale ten był wyjątkiem.

Idź do oryginalnego materiału