Będę spóźniony, mamy totalny bałagan na budowie szeptała Wiktoria, a w tle ryczał szlifierka. Słyszysz mnie w ogóle?
Słyszę Andrzej przestawił słuchawkę na drugie ucho. Nie ma co czekać na obiad?
Nie czekaj. Może w ogóle nie przyjadę, terminy nam płoną.
Dobra.
Krótkie sygnały. Tak zawsze.
Andrzej położył telefon na kuchennym stole i spojrzał na garnek z wystudzającym się barszczem. Gotował na dwoje z przyzwyczajenia, choć już dawno powinien się od tego odciągnąć. Wiktoria pracowała jako glazurnik, a jej grafik przypominał wykres EKG raz szalone skoki aktywności, raz długa, płaska prosta. Przez pół roku przeskakiwała z jednego zlecenia na drugie, układając drogi, błyszczące płytki w cudzych mieszkaniach i zarabiając taką kasę, iż Andrzej cicho zazdrościł. A potem pół roku totalnego spokoju, kiedy nie było zamówień i ona przesiadywała w domu.
Problem polegał na tym, iż oba tryby były po swojemu nie do zniesienia.
Kiedy Wiktoria pracowała, znikała. Fizycznie, emocjonalnie, psychicznie cała. Wyjeżdżała o siódmej rano, wracała po północy, jeżeli w ogóle wracała. Czasem nocowała na budowie, bo po co te dwa razy jeździć, i tak o szóstej znowu zaczynamy. Andrzej jadł obiad sam, wciągał seriale w samotności, kładł się do zimnej, pustej łóżka. Jedyną przypominającą mu o małżeństwie kartkę był akt małżeństwa schowany gdzieś w teczce z dokumentami.
Spróbował kiedyś policzyć, ile mieli wspólnych kolacji w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Doszedł do czterech. Cztery!
Prawdziwy koszmar zaczynał się, kiedy praca się kończyła.
Wiktoria wracała do domu. Wydawało się, iż w końcu będzie można być razem. Nie było tak prosto. Po pół roku w obcych mieszkaniach przyzwyczaiła się do takiej ilości designerskich rozwiązań, iż własne cztery kąty zaczęły ją denerwować. Patrzyła na płytki w łazience te same, które sama położyła dwa lata temu i jej oczy się kręciły.
To koszmar mruczała, przesuwając palcem szwy. Jak mogłam to dopuscić? Przesunięcie półtora milimetra. Półtora milimetra, Andrzeju!
Andrzej, który nie odróżniłby półtora milimetra od piętnastu, skinął głową.
A potem zaczynało się.
Najpierw sprawdzę, czy da się coś naprawić. Potem odkładkę jedną wymienię i gotowe. Potem skoro już zaczęłam, to muszę przerobić całą ścianę, nie ma sensu. I w końcu Andrzej wracał ze swojej roboty i odkrywał, iż łazienka przepadła zostały tylko gołe ściany, sterta gruzu i żona w maskach oddechowych, radośnie mieszająca klej do płytek.
W trzech latach małżeństwa przeszli cztery remonty łazienek, trzy kuchnie i jeden korytarz.
Zlecenie skończyło się na czas. Znowu nastała cisza w pracy. Ale nie dla Andrzeja.
Przynieś mi krzyżyki do płytek zadzwoniła Wiktoria, kiedy Andrzej był w biurze. I szpachlówkę szarą, podam nazwę.
Jestem w pracy.
Wpadnij w przerwie. Muszę zdążyć do wieczora.
Dobra.
Przynieś, zabierz, zamów, pomóż. Andrzej zamienił się w kuriera, brygadzistę i pomocnika jednocześnie. Wiktoria siedziała w domu, wychodząc tylko do marketu budowlanego po materiały czasem trzy razy dziennie, bo nie wiedziałam, iż tej szpachlówki nie starczy, skąd mam wiedzieć.
Była ciągle zmęczona. Od napraw, które sama wymyśliła. Wieczorem Andrzej znajdował ją w kuchni zakurzoną, wyczerpaną, z pyłem z płytek we włosach i żona patrzyła na niego pustymi oczami.
Będziesz jadł?
Później. Brakuje sił.
Nie miała sił na nic. Na rozmowy nie było. Na wspólny film nie było. Na bliskość tym bardziej nie było. Andrzej był potrzebny tylko po to, żeby przynieść wiadro z piaskiem, kiedy jej lenistwo nie pozwalało jej wstać i wyjść z domu. Albo przynieść worek cementu z samochodu. Albo przytrzymać poziomicę, kiedy układała rząd płytek.
Jesteśmy małżeństwem mawiała Wiktoria, kiedy Andrzej próbował się bronić. Małżeństwo to pomoc.
Małżeństwo. Śmieszne słowo w związku, w którym jedna osoba istnieje tylko jako obsługa zawodowych ambicji drugiej.
W sobotę wieczorem Wiktoria układała fartuch nad płytą. Poprzedni nie podobał się kolorem. Andrzej siedział w kuchni wśród chaosu, próbując wypić herbatę. Czajnik stał na stołku w przedpokoju, bo blat był zasypany płytkami. Cukier znalazł w łazience. Łyżki nie było wcale.
Wito, zaczął ostrożnie, może już dość?
Dość? nie odwróciła się, dopasowując kolejną płytkę do ściany.
Wszystko to. Remontów. Zawsze coś przearanżowujesz w mieszkaniu.
I co? Lubię to. To mój dom, chcę, żeby był perfekcyjny.
Nigdy nie będzie perfekcyjny dla ciebie. Przerabiasz wszystko, jedziesz na kolejne zlecenia, patrzysz na nowe i zaczynasz od nowa.
Wiktoria odłożyła płytkę i wolno się odwróciła. W jej oczach pojawiło się coś niebezpiecznego.
A co proponujesz? Żyć tak, kiedy wszystko mnie denerwuje?
Proponuję normalne życie! Jak normalni ludzie. Chodzić do kina. Jeść razem. Rozmawiać o czymś innym niż fugi i szpachlówka. Pamiętasz, kiedy ostatnio wyszliśmy we dwoje?
Mam pracę.
Nie masz teraz pracy! Sama sobie ją wymyśliłaś!
To nie jest wymyślona praca, Andrzeju. To się nazywa poprawianie warunków mieszkaniowych. Niektórzy się w tym specjalizują.
A niektórzy po prostu chcą żyć. Nie w budowie, nie w kurzu, nie w roli przynieśzrób. Żyć z żoną, która pamięta, iż ma męża.
Wiktoria skrzyżowała ręce, jakby się broniła.
Nie rozumiesz. Ty programista, siedzisz w swoim przytulnym biurze, stukasz w klawisze. Ja tworzę coś rękami. Coś prawdziwego, co można dotknąć. I kiedy widzę, iż mogę zrobić lepiej robię lepiej.
Kosztem wszystkiego innego!
jeżeli to ci nie odpowiada nikt cię nie trzyma.
Powiedziała to niemal niefrasobliwie, jakby rozmawiała o niewygodnym krześle, które można wyrzucić i kupić nowe. Andrzej zamilkł. W tych siedmiu słowach zawarta była cała ich problematyka, ściśnięta w jedną frazę. Dla Wiktorii był to wybór, nie konieczność, nie mąż, nie ukochany po prostu opcja, którą można wyłączyć, gdy przeszkadza.
Wiesz, wstał, otrzepując dżinsy z pyłu, może masz rację.
W czym?
Że naprawdę nic mnie nie trzyma.
Patrzyli na siebie przez sterty płytek, worki z klejem i resztki tego, co kiedyś było kuchnią. I oboje rozumieli, iż ta kłótnia nie była o remont. Była o tym, iż ich rytmy życia rozeszły się tak, iż już nie krzyżowały się nigdzie poza adresem korespondencyjnym.
Sąd rozwodowy załatwili w trzy miesiące. Ku zdziwieniu, spokojnie. Nie było co dzielić.
Andrzej chodził po swoim nowym mieszkaniu małym, ale czystym, bez jednego worka cementu w rogu i nie mógł uwierzyć w ciszę. Nikt nie wkręcał wiertarek. Nikt nie pukał. Nikt nie wymagał pilnie przywiezienia uszczelniacza, bo poprzedni się skończył.
Mógł planować. Po raz pierwszy od trzech lat dokładnie wiedział, co zrobi wieczorem. Ale czegoś brakowało. Jakby w piersi była dziura, której nie da się wypełnić.
Minęły prawie dwa lata.
Słyszałeś wieści? zadzwonił Darek, stary kumpel, w piątkowy wieczór. O twojej byłej?
Andrzej napiął się. Po rozwodzie unikał wszelkich informacji o Wiktorii.
Co tam?
Wzięła ślub. Wiktoria. Niedawno.
Szybko, co?
Tak. I wiesz z kim? Darek zrobił teatralną pauzę. Z glazurnikiem, wyobrażasz?
Andrzej zamruczał.
I jak im?
Mówią, iż się świetnie dogadują. Jeżdżą razem po budowach, dwójka w jednej ekipie. Idealny duet.
Andrzej długo rozmyślał, iż Wiktoria znalazła kogoś, kto mówi do niej tym samym językiem. Kogoś, dla kogo półtora milimetra to też tragedia. Kogoś, kto rozróżnia różnicę między szpachlówką epoksydową a cementową nie dlatego, iż mu to wyjaśniono, ale dlatego iż sam to wie. To, co drażniło Andrzeja do granic cierpliwości, stało się fundamentem obcych relacji. Zabawne.
Spotkał ich w supermarkecie trzy miesiące później. Zupełnie przypadkowo po pracy wpadł po zakupy, wziął koszyk i ruszył w stronę nabiału, kiedy nagle zatrzymał się.
Wiktoria stała przy lodówkach z jogurtami. Obok niej mężczyzna w podobnym wieku, szerokoszyjny, z rękami wyraźnie przyzwyczajonymi do ciężkiej roboty. Wybierali coś, szeptali i śmiali się. Wiktoria popchnęła go w ramię, on w odpowiedzi stuknął ją palcem w bok, ona wydała krzyk i odskoczyła.
Wyglądali jak nastolatkowie zakochane nastolatki, którym nie zależy na otoczeniu, bo cały świat skurczył się do jednej osoby obok.
Wiktoria wyglądała inaczej. Nie zmęczona, nie wyczerpana, nie z pustym spojrzeniem człowieka, który właśnie osiem godzin walił ściany. Była żywa. Taka, jaką Andrzej pamiętał z początku, kiedy dopiero się poznali.
Andrzej cofnął się, cicho położył koszyk na podłodze i wyszedł ze sklepu, nic nie kupując.
W samochodzie uśmiechnął się. Oni po prostu nie pasowali do siebie. Ich rozwód był nieunikniony.
Zakręcił kluczyk.
jeżeli Wiktoria znalazła swojego człowieka, ja też znajdę.
Gęsta mgła, która oplatała życie Andrzeja po rozwodzie, wreszcie się rozproszyła.











