Nikt cię nie zabierze. Opowiadanie.
Ojczym nigdy nie był dla nich surowy ani złośliwy. Przynajmniej nigdy nie wytykał im jedzenia, nie krzyczał za naukę, jedynie czasem, gdy Agnieszka wracała zbyt późno do domu, potrafił krzyknąć.
Obiecałem twojej mamie, iż będę cię pilnował! wrzeszczy na jej niepewne tłumaczenie, iż przecież już jest pełnoletnia. Ja wiem lepiej, co wolno, a czego nie wolno! Pełnoletnia, mówi! Myślisz, iż jak masz świadectwo dojrzałości, to możesz wszystko? Najpierw znajdź sobie porządną pracę, to potem będziesz udawać dorosłą!
Później, już spokojniejszy, mówi łagodniej:
Przecież on cię zostawi, widzę, jaki to chłopak cię przywozi! Samochód drogi, przystojny, po co mu taka zwykła dziewczyna jak ty, Agnieszka? Będziesz potem płakać, zobaczysz.
Agnieszka nie wierzyła ojczymowi. Owszem, Michał był przystojny i studiował już trzeci rok na uczelni prywatnej ona też by nie pogardziła płatnymi studiami. Sama nie przeszła rekrutacji, więc wylądowała w technikum, które jej nie pasowało. Rozdawała więc ulotki, roznosiła gazety, ale głównie uczyła się do przyszłorocznej matury. Tak właśnie poznała Michała podała mu ulotkę, a on wziął jedną, potem drugą i trzecią i zagadnął:
Hej, dziewczyno, może zrobię tak zabiorę wszystkie twoje ulotki, a ty pójdziesz z nami do kawiarni?
Nie wiadomo, co ją wtedy tknęło, ale zgodziła się. Już nauczona, ulotki upchnęła do plecaka i wyrzuciła je dopiero w drodze powrotnej.
W kawiarni Michał przedstawił ją kolegom, kupił pizzę i lody. Z siostrą takie rarytasy jadały tylko od święta pieniędzy nie miały, a ojczym powtarzał, iż emerytura ma leżeć na czarną godzinę, jeżeli coś mu się stanie.
Tak naprawdę, zarabiał całkiem nieźle, ale połowę zostawiał w warsztacie, bo auto ciągle się psuło, resztę przegrywał w zakładach. Agnieszka nie narzekała dobrze, iż ich z Martyną nie wygonił z mieszkania, bo to jego własność, ich musieli sprzedać, gdy mama zachorowała. Jasne, iż chciało się czekolady, pizzy, słodkiego napoju, ale jak już udało się zdobyć coś ekstra, wszystko oddawała młodszej siostrze. choćby w kawiarni spytała Michała, czy może zabrać kawałek pizzy do domu dla Martyny? Zdziwił się, popatrzył na nią zaskoczony, a potem wręczył jej całą pizzę na wynos i wielką czekoladę z orzechami.
Ojczym martwił się na próżno Michał był dobry dla Agnieszki. Przez niego jeszcze bardziej czuła się gorsza, więc wzięła się do pracy, znalazła posadę na kasie w Biedronce. Tam już zarabiała lepiej, więc kupiła sobie porządne dżinsy, była u fryzjera, żeby Michał mógł się nią pochwalić.
Gdy zaprosił ją na działkę, Agnieszka była pewna, co się wydarzy, ale się nie bała przecież już nie jest dzieckiem. On ją kochał, ona jego też. Bała się tylko, iż ojczym nie pozwoli pojechać, ale ten sam zaczął coraz później wracać do domu, czasem nocował poza domem. Agnieszka wiedziała, gdzie chodzi do pani Lucyny, pielęgniarki z ich osiedla. Od dawna do niej zagadywał, chociaż ona nie chciała się wiązać z facetem z dwoma córkami, sama była rozwiedziona, długo się broniła, ale w końcu uległa.
To wszystko wyszło Agnieszce na dobre, ale Martyna płakała, gdy dowiedziała się, iż zostaje sama na noc. Uspokoiła ją, kupując jej czekoladę, chipsy i oranżadę.
To, iż jest w ciąży, Agnieszka zorientowała się dopiero późno. Cykle miała nieregularne, nie zwracała uwagi, nikt ją nie nauczył. Dopiero druga kasjerka, pani Weronika Majchrzak, w żartach spytała:
Co ty tak świecisz się, zaokrągliłaś się chyba nie w ciąży?
Zaśmiały się, ale wieczorem Agnieszka kupiła test. Gdy zobaczyła dwie kreski, nie mogła uwierzyć przecież to niemożliwe!
Michał nie był tym zachwycony. Powiedział, iż to nie czas i wręczył jej pieniądze na lekarza. Agnieszka przepłakała całą noc i poszła ale już za późno, szesnasty tydzień. Wszystko wydarzyło się wtedy na działce. Ona myślała, iż za pierwszym razem nie można zajść w ciążę.
Przez jakiś czas udawało się ukrywać brzuch przed ojczymem, ale w końcu powiększył się za bardzo. Musiała się przyznać.
Jak on wtedy wrzeszczał!
A gdzie ten twój chłopak? Żenić się zamierza?
Agnieszka spuściła wzrok. Michała nie widziała od miesiąca, odkąd dowiedział się, iż nie można usunąć ciąży, zniknął.
No tak mruknął ojczym Przecież ci mówiłem, Agnieszka
Nie powiedział nic od razu, pewnie skonsultował się z panią Lucyną.
Skoro się tak ułożyło rodź. Ale będziesz musiała zostawić dziecko w szpitalu. Nie dam rady utrzymać kolejnej osoby. A tak w ogóle… Żenię się, Agnieszka. Lucyna też jest w ciąży. Będą bliźniaki. Zrozum, troje małych dzieci w jednym mieszkaniu to przesada.
A ona będzie tu mieszkać? zdziwiła się Agnieszka.
A gdzie ma mieszkać? Przecież będzie moją żoną.
Wydawało się, iż żartuje. Ale nie ojczym mówił tak codziennie, groził, iż jeżeli pojawi się z dzieckiem, wyrzuci ją i Martynę z domu. Wiedziała, iż powtarza słowa Lucyny, ale nic to nie zmieniało nie mogła zostawić dziecka.
Nie martw się pocieszała ją Lucyna. Takie maluchy idą na pniu, zaraz je ktoś adoptuje, będą je kochać.
Agnieszka płakała, dzwoniła do Michała, rozmyślała, gdzie mogłaby zamieszkać z Martyną i dzieckiem, ale nie umiała nic wymyślić. Wtedy Weronika Majchrzak powiedziała, wskazując na parę małżeńską:
Zobacz, tyle lat minęło, a oni wciąż chodzą na czarno. Poświęcili życie żałobie… Może powinni byli mieć jeszcze jedno dziecko albo adoptować?
Tę parę Agnieszka często widywała w sklepie, razem lub osobno. Uprzejmi, sympatyczni, tylko smutni, ale nie wiedziała ich historii.
Ich córka zginęła w wypadku, pamiętasz? Autobus z dziećmi, jechały na wycieczkę do innego miasta. Kierowca zasnął czy coś Zginął on i ta dziewczynka, tak szkoda. Ludzie dobrzy on lekarz, ona uczy angielskiego. Kiedyś mieszkałam z nimi po sąsiedzku, gdy byłam mężatką. Wszyscy wtedy do nich chodzili, przynosili jej aniołki. Wyobraź sobie, córka kupiła sobie figurkę aniołka na tej wycieczce, miała ją w ręce. Ledwo ją wydobyli. Potem wszyscy zaczęli przynosić aniołki. Bałam się, iż jej to zaszkodzi, ale chyba to jej pomogło.
Agnieszka widziała w telewizji, jak dziewczyna oddaje dziecko parze, która nie mogła mieć własnego. Oczywiście ci ludzie byli zdrowi, raczej dziecka nie chcieli, ale ona nie mogła przestać o nich myśleć. Była już w ósmym miesiącu, wciąż pracowała, żeby nie stracić pracy. Akurat ta para podeszła do kasy, a mężczyzna zażartował:
Miła dziewczyno, może czas już na urlop macierzyński? Jeszcze urodzisz tu, przy kasie.
Agnieszka się nie skarżyła, ale faktycznie ciężko jej było pracować bolały ją plecy, męczyła zgaga, nogi puchły okropnie. Nikt nigdy nie spytał, jak się czuje, tylko lekarz na osiedlu na nią kląskał, ale to nie to samo. Troska tego mężczyzny wzruszyła ją do łez ostatnio często tak reagowała.
Parę dni później, gdy wracała z pracy z zakupami, mężczyzna z tej pary dogonił ją i zaproponował, iż pomoże nieść torbę. Poczuła się niezręcznie, ale jednocześnie miło. Pomyślała, iż to dobry człowiek.
Na wystawie sklepowej wypatrzyła aniołka, przecenionego, bo lato w pełni i niewielu je kupowało. Zdecydowała się, impulsywnie, kupić go i poprosiła Weronikę o adres tej pary.
Kiedy nacisnęła domofon, poczuła strach może to nie wypada, tyle lat minęło? Pewnie już nikt im nie przynosi aniołków.
Drzwi otworzyła kobieta. Chyba od razu ją rozpoznała, bo spojrzała zaskoczona. Agnieszka gwałtownie podała jej figurkę, pochylając się bała się, iż pani złapie ją za rękę i wyrzuci, albo na nią nakrzyczy.
Nic takiego się nie wydarzyło. Pani przyjęła aniołka, uśmiechnęła się i zaproponowała:
Wejdziesz? Chcesz herbaty?
Przy herbacie spokojnie opowiedziała Agnieszce swoją historię. Niby już ją słyszała od Weroniki, ale z ust tej kobiety brzmiała boleśniej.
Dlaczego nie miała Pani już dzieci? szepnęła cicho Agnieszka.
Ciężki poród. Musiałam mieć usuniętą macicę. Nie mogłam już zajść w ciążę.
Zapadła niezręczna cisza, nie wiedziała, czy pytać o adopcję, język jakby odmówił posłuszeństwa.
Myśleliśmy o adopcji powiedziała kobieta, jakby czytała jej myśli. choćby przeszliśmy szkolenie. Ale w ostatniej chwili nie byłam gotowa. Prosiłam córkę o znak. Ale nic się nie wydarzyło.
W tym momencie z pokoju dobiegł dźwięk, jakby szkło stłukło się o podłogę. Kobieta drgnęła, Agnieszka spojrzała zaskoczona sądziła, iż jest z nią sama.
Weszły razem do salonu. Agnieszka bała się, iż zastanie coś na kształt grobowca ciemno, wszędzie świece, zdjęcia. Było jednak jasno, jedno zdjęcie, brak świec, tylko figurki aniołków. Jeden z nich rozbity na podłodze. Kobieta zebrała kawałki porcelany, długo je oglądała, potem dziwnie powiedziała:
To ta właśnie figurka. Jej.
Agnieszka poczuła, iż policzki jej płoną. Cóż, jeżeli nie znak?
Córkę urodziła w terminie. Lucyna już mieszkała w ich mieszkaniu, wcześniej urodziła bliźniaki, które wciąż leżały w szpitalu, ale lada dzień mieli je wypisać. Kupili dla nich dwa białe łóżeczka z kokosowym materacem. Dla dziecka Agnieszki nikt nic nie kupował, ona miała go zostawić w szpitalu. Martyna tylko szeptała wieczorami:
A nie można jej gdzieś ukryć? Żeby się nie dowiedzieli, iż jest twoja. Pomogę ci.
Agnieszka ledwo powstrzymywała łzy.
List przygotowała wcześniej. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, jest zdrowe, nie mają się czego bać. Przypomniała o znaku upadłej figurce. Do koperty włożyła wszystkie oszczędności całą emeryturę po mamie. Powinno wystarczyć, byli dobrzy ludzie.
Ze szpitala zwalniali ją rano, ale podrzucić dziecko za dnia przerażało ją. Cały dzień przesiedziała w galerii handlowej, choć siedzenie bolało, kręciło jej się w głowie. Ale najważniejsza była córeczka, której chciała znaleźć dobrych rodziców.
Kiedy galeria zamknęła się, jeszcze godzinę czekała na ławce. Było ciepło. Dopiero gdy zapadł zmierzch, zdecydowała się wejść do klatki, korzystając z wyjścia mężczyzny z psem.
Córeczkę miała w nosidełku, kupionym za własne pieniądze. Poprosiła Weronikę, by przyniosła je na wyjście ze szpitala. Ta nie pytała o nic. Teraz ustawiła nosidełko tak, by drzwi go nie zaczepiły, wsunęła pod kocyk kopertę z listem i pieniędzmi, już miała zadzwonić i uciec gdy drzwi nagle się otworzyły. Stał w nich ojciec zmarłej dziewczynki.
Co tu robisz?
Agnieszka przestraszyła się.
Zobaczył nosidełko.
Co to jest?
Popłakała się. Opowiedziała wszystko o Michale, co ją zostawił, o ojczymie, co utrzymuje je i siostrę od siedmiu lat, a teraz się żeni i ma bliźniaki, o Lucynie, co przekonywała ją do zrzeczenia się dziecka.
Wysłuchał jej uważnie, po czym powiedział:
Galina już śpi, nie będę jej budzić. Pogadamy rano. Chodź, rozłożę ci kanapę w salonie.
Spać wśród dziesiątek aniołków było dziwnie. Ale zasnęła momentalnie, mocno tuląc córeczkę.
Obudziła się, poczuwszy pustkę. Córeczki nie było. Wtedy zrozumiała, iż nie potrafi jej oddać. Nigdy. Chciała biec, szukać, zabrać…
Nawet nie zdążyła wstać, a już weszła Galina z dzieckiem na rękach.
Masz, uśmiechnęła się. Nakarm ją, usypiałam ją, chciałam dać ci pospać, ale już tego dłużej nie trzeba.
Podczas karmienia Agnieszka nie umiała spojrzeć na Galinę. Co powiedział jej mąż? Co, jeżeli już podjęli decyzję o adopcji? Jak powiedzieć, iż zmieniła zdanie?
Ile lat ma twoja siostra? spytała nagle Galina.
Dwanaście odpowiedziała zdziwiona Agnieszka.
Myślisz, iż zgodzi się do nas przeprowadzić?
To pytanie było tak dziwne, iż Agnieszka spojrzała na Galinę.
Co? nie zrozumiała.
Sławek wszystko mi powiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, iż ojczym cię wyrzuca. Pomyślałam, iż jak Martyna tam zostanie, zrobią z niej służącą. Niech też będzie z nami.
Co to znaczy też? zająknęła się Agnieszka.
Galina wskazała na sklejonego aniołka przy zdjęciu dziwaczny, ale rozpoznawalny.
To był znak. Musimy wam pomóc, powiedziała po prostu. Rozmawialiśmy mamy miejsce, przeprowadzicie się do nas. Pomogę ci z dzieckiem. Porzuć te głupoty. Nie wolno rozdzielać mamy z dzieckiem.
Agnieszka poczuła taką ulgę i taki wstyd, iż znów poczerwieniała na twarzy.
Więc co, zgadzasz się?
Agnieszka przytaknęła, chowając twarz w kołdrze dziecka, żeby Galina nie zobaczyła jej łezAgnieszka skinęła głową, nie ufając własnemu głosowi. Winiła się za wszystko, co minęło, ale przed oczami pojawiła jej się nowa scena Martyna biegająca po jasnym, ciepłym mieszkaniu, śmiech Galiny gdzieś z kuchni, Sławek niosący zakupy, i ona już nie sama, już nikt jej nie straszy, iż ją wyrzuci, iż jej coś zabiorą. Miała dom, miała siostrę blisko, miała córeczkę przy sercu.
Galina objęła ją lekko, a potem przygarnęła obie Agnieszkę i jej maleńką dziewczynkę. Przez chwilę były tylko łzy, ciche i dobre, łzy ulgi i wdzięczności. Dotrzymała obietnicy: nikt cię nie zabierze. Teraz byli rodziną, tak różną, zlepioną z kawałków smutku i nadziei, ale prawdziwą. Aniołek na półce połyskiwał w porannym świetle, jakby chciał powiedzieć: nie jesteś już sama, nigdy.












