Agnieszka od lat bała się dźwięku dzwonka u drzwi.
Teściowie potrafili zjawić się bez zapowiedzi.
„Mam ochotę schować się pod kołdrą” – mówiła do siebie.
Szukała wymówek, byle ich uniknąć.
Rzadko się udawało.
„Ci ludzie działają mi na nerwy” – przyznawała szczerze.
Nie miała siły wiecznie kogoś karmić.
Zwłaszcza gdy wpadali jak burza w biały dzień.
Jej przyjaciółka Kinga też to zauważyła.
„Gotujesz dla nich coś wyjątkowego, a teściowa i tak znajdzie dziurę w całym” – mówiła.
To było demotywujące.
Teściowa była kulinarną perfekcjonistką.
Nieparzysta liczba koreczków na talerzu?
Odmawiała jedzenia.
Wyprawy do sklepu z nią przypominały śledztwo.
Studiowała skład produktów godzinami.
Wybierała tylko najświeższe sztuki.
Kłóciła się z ekspedientkami o daty ważności.
Czy to normalne?
Siostra męża, Weronika, też nie ułatwiała sprawy.
Odmawiała większości dań.
Tłumaczyła się dietą.
Albo „specyficznym gustem”.
Agnieszka miała tego dość.
Mąż nalegał, żeby gotować specjalne potrawy dla rodziny.
Ona czuła, iż to jak rzucanie grochem o ścianę.
Czy warto było się starać?
Pewnego dnia teściowa zadzwoniła.
Oznajmiła, iż przyjadą za kilka godzin.
Agnieszka wpadła w osłupienie.
„Nawet nie zapytali, czy mam czas” – powiedziała mężowi.
„Rzucili tematem jak bombą” – dodała.
Mąż tylko wzruszył ramionami.
„Tak już mają” – odparł.
Agnieszka zadzwoniła do Kingi.
„Co mam zrobić?” – spytała.
„Nic nie rób” – odpowiedziała Kinga.
„Niech sami się martwią” – dodała.
Agnieszka postanowiła posłuchać rady.
Nie przygotowała żadnego poczęstunku.
„Skoro oni nie widzą problemu w zaskakiwaniu mnie, czemu ja mam tracić na nich czas i pieniądze?” – pomyślała.
Gdy teściowie weszli do domu, zastali pusty stół.
Teściowa rozejrzała się zdziwiona.
„A obiad?” – spytała chłodno.
„Możecie sami coś ugotować albo zamówić” – odparła Agnieszka spokojnie.
Nalała herbaty.
Atmosfera zgęstniała.
Cisza mówiła więcej niż słowa.
Agnieszka po raz pierwszy poczuła ulgę.
Koniec gotowania na zawołanie.












