Mój ojciec zmarł dwa lata temu w maju. Został po nim dom nad Śniardwami, boat na przyczepce w szopie i jedenastoletni seter irlandzki o rudej sierści, który spał przy jego nodze od szczeniaka. Ojciec nazywał ją Bona, bo jako jedyna w rodzinie słuchała się go bez gadania.
Po pogrzebie matka powiedziała, iż zabiera Bonę do siebie, do Białegostoku. Ja się nie sprzeciwiałam. Marek, mój brat, od początku chciał dom sprzedać. „Dwieście tysięcy za połówkę wejdzie, Aśka, po co nam to trzymać” — powtarzał. Wtedy jeszcze nie znałam ceny, jaką za ten dom płaciło stworzenie z czterema łapami.
W bloku Bona zaczęła gasnąć. Nie chodzi o to, iż nie jadła. Jadła, ale jak emeryt, który odlicza kęsy z obowiązku. W nocy dreptała po przedpokoju, wzdychała przy drzwiach balkonowych. Najgorzej było koło dziewiętnastej. Stawała przy wyjściu, patrzyła na klamkę i czekała. Zawsze o tej porze ojciec brał kubek z fusami i szedł na pomost.
Któregoś wieczoru matka weszła do kuchni. Zobaczyła Bonę przy drzwiach i powiedziała jedno zdanie, bez pytania:
— Jedź z nią na weekend nad jezioro, bo tu się wykończy.
Zawiozłam nas obie w piątek po pracy. Zostawiłam fiata pod bramą. Bona wysiadła, podniosła łeb i stanęła, jakby wciągała nosem coś, co ja straciłam. Potem ruszyła przez podwórko, minęła starą huśtawkę, przebiegła przez kładkę z nieheblowanych desek i weszła do jeziora po brzuch. Potem popłynęła. Powoli, szerokim łukiem, dokładnie tam, gdzie ojciec zarzucał wędkę.
Na brzegu stała sąsiadka znad siódmej działki, pani Halina. Oparła rower o siatkę i krzyknęła:
— A mówiłam, iż ona sama wróci. Psa nie oszukasz.
Zostałyśmy tam cały weekend. W niedzielę wieczorem musiałam wracać do pracy. Bona została z panią Haliną. Obiecałam zabrać ją w piątek. W środę pani Halina zadzwoniła.
— Aśka, przyjeżdżaj, bo ja już nie daję rady. Ona codziennie o siódmej siedzi na pomoście i wyje do wody. Śpi na legowisku twojego ojca, nikt jej nie ruszy.
Wtedy właśnie zaczęło się między mną a Markiem na ostro. Brat przyszedł do mnie w czwartek z teczką. Rzucił na stół wypis z księgi wieczystej.
— Masz tydzień. Albo spłacasz moją połowę, albo idzie do agencji. Znalazłem kupca. Facet da trzysta osiemdziesiąt za całość, gotówka na stół.
Znałam tę kwotę. 380 000 złotych. Moja połowa to 190 000. Jego połowa to 190 000. Sęk w tym, iż moje pieniądze leżały w kawalerce na Lipowej, a nie na koncie.
Kawkę wyceniłam z pośrednikiem w tym samym tygodniu. 385 000 — tyle warte było moje mieszkanie, z garażem i piwnicą. To była cała moja dorosła decyzja, którą podejmowałam raz, a nie codziennie. Miałam trzydzieści osiem lat, pracę w biurze rachunkowym i zero dzieci. Marek miał trójkę i kredyt na dom w Zabłudowie. On chciał pieniędzy, ja chciałam świętego spokoju. Tyle iż spokój nie pływał co wieczór wokół pomostu.
W piątek rano zadzwoniłam do notariusza. Umówiłam się na środę. Potem do Marka.
— Będę miała twoją połowę. Ale dom zostaje.
— Oszalałaś? Pod zastaw?
— Sprzedam mieszkanie.
Zamilkł. W słuchawce słyszałam jak miesza kawę łyżeczką. Potem powiedział, iż przyjdzie do notariusza, ale jak nie będzie przelewu, to kończymy temat.
Matka nic nie komentowała. Tylko w niedzielę, gdy wróciłam znad jeziora, postawiła przede mną rosół i suchym głosem oznajmiła:
— Ja się tam przeprowadzam. Z Boną. Nie ma inaczej, bo pies ma swoje miejsce.
Nie pytałam jej skąd weźmie siłę. Wiedziałam, iż siłę brała stamtąd, z szumu wody i z tego, iż ojciec zawsze zostawiał na parapecie w kuchni zapasową latarkę. Ta latarka leżała tam nadal, z wyładowaną baterią, i nikt jej nie ruszał. Może to miało swoje znaczenie.
W środę przed notariuszem wypłaciłam zadatek od kupca — 40 000 — a resztę miałam dostać po podpisaniu aktu. Przyszłam z teczką, z wyciągiem z banku i z Bona w aucie, bo potem od razu jechałam nad jezioro. Marek był w koszuli, pachniał wodą po goleniu. Notariusz odczytał protokół. Podpisaliśmy akt sprzedaży mojej kawalerki. Kwota 385 000 złotych, płatna przelewem w dwóch transzach. Schowałam ten papier do torby. Potem podsunęliśmy Markowi oświadczenie o zrzeczeniu się udziału. Wziął długopis, obrócił go w palcach jak długopis z reklamy apteki. Podpisał bez słowa.
Na korytarzu zapytał:
— I co teraz, siostrzyczko? Będziesz mieszkać w domku z psem jak stara baba?
— Nie wiem. Ale wiem, iż jak przyjadę w piątek, to Bona nie będzie wyć na pomoście.
Nie odpowiedział. Ruszył do windy, wcisnął guzik trzy razy, choć winda już jechała.
Mieszkanie na Lipowej opróżniłam do soboty. Została mi tylko lampka z dzieciństwa, której bał się ojciec, bo migała jak stroboskop. Wyrzuciłam ją do śmietnika przy śmietniku. W sobotę wieczorem wjechałam na podwórko nad Śniardwami. Matka podlewała pomidory przy siatce. Bona siedziała na kładce.
O siódmej trzydzieści dwie wzięłam kubek z resztką kawy, tak jak kiedyś ojciec, i zeszłam na pomost. Bona szła przede mną. Zatrzymała się na końcu desek, popatrzyła na wodę, potem weszła do jeziora i popłynęła tym samym powolnym łukiem. Wróciła, otrzepała się i położyła na starym kocu w tym miejscu, gdzie ojciec zwykł siadać. Położyła łeb na moich kolanach, ale to nie ja byłam wtedy w jej myślach.
Siedziałam tak, aż zgasło słońce. Na szosie za lasem przejechał rower z lampką. Pachniało mokrym drewnem i rozgrzaną żywicą. Matka zeszła z werandy, postawiła obok mnie talerz z pajdą chleba ze smalcem i powiedziała:
— Dobrze, żeś sprzedała to mieszkanie. Ojciec by tego chciał.
Nie zapytałam, skąd wie. Zamiast tego zjadłam chleb, a Bona podniosła pysk i polizała mnie po nadgarstku.
Nikt nie wracał do Białegostoku tej nocy.










