„Nie mogę żyć bez niej”

newsempire24.com 1 dzień temu

Nie mogę żyć bez niej

Jestem mamą w urlopie macierzyńskim, mój synek ma dwa i pół roku. Każdego dnia wyruszamy na spacer po naszej małej, sielankowej miejscowości, którą nazywamy Krasne. Droga do placu zabaw przecina się z Główną ulicą, a po prawej stronie, wzdłuż naszej trasy, rozciągają się liczne sklepiki spożywcze i delikatesy. Zgodnie z odwiecznym rytuałem kupuję mu pączek z makiem. Siadamy na ławce, a Jasiu z apetytem, który zdaje się być wyłącznie dziełami małych ludzi, pożera ciasto, dając mi chwilę wytchnienia.

Uwielbiam przyglądać się przechodniom bulwaru to dla mnie niekończąca się rozrywka. Analizuję ich chód, styl ubioru i niewerbalne sygnały, starając się odgadnąć zawód, myśli, marzenia i pośpiech każdego, kto mija mnie na chodniku.

W oddali pojawia się para, którą widuję regularnie. To majestatyczny, siwy mężczyzna, wyglądający na około siedemdziesiąt lat, i jego towarzyszka, której wiek trudno określić może szesnaście, może siedemdziesiąt lat. Dlaczego tak się zastanawiam? Codziennie, niezależnie od pogody, pojawiają się razem przy naszym zwykłym miejscu przy sklepie. Nie zdążyłam jeszcze zobaczyć tej damy bez świeżego makijażu; nie mogę jej nazwać babcią. W jej kosmetyczce nie brakuje korektora, różu, tuszu, kredki i neutralnych cieni. Farbuje włosy na jasny, platynowy odcień i układa je w modną fryzurę muszlę. To miłośniczka trendów, a ja już przyzwyczaiłam się do jej licznych strojów. Zwracam uwagę na jej dłonie regularnie odwiedza salon paznokci, a na paznokciach pojawiają się kolejno francuski manicure, krwiste czerwienie i inne ekstrawaganckie kolory. W myślach nazywam ją ważką.

Para często odpoczywa na ławce przy sklepie, w którym my także spędzamy czas z Jasiem. Kobietę nazywają Grażyna, a jej mąż Wojciech.

Ile razy mam ci powtarzać, Grażynko! Nie można kłusować kasztany w stronę przechodniów. Możesz przypadkowo zranić kogoś. Co byś powiedziała, gdyby to ty dostała kasztan w nogę? rzekł Wojciech, lekko zuchwalnie.

Króliczku! Jak możesz tak mówić? Tylko jesienią potrafię się naprawdę rozkręcić! Kasztany! Nie gniewaj się, kociaku! zaśmiała się Grażyna.

Dobrze, kupię ci gumową piłeczkę. Nie, kilka piłeczek, żebyś mogła się bawić w domu i nie przeszkadzała nikomu, a ja schowam się w łazience. odparł Wojciech.

O nie, Wojtku! Grać w piłkę w domu to nie to, co chcę. To nie ta frajda! jeżeli ci nie podoba, pójdę inną stroną ulicy. Możesz choćby udawać, iż się nie znamy Grażyna zaciśnięta wargi odwróciła się.

Nie, muszę zawsze patrzeć, byś nie wpadła w kłopoty. Nie chcę potem wzywać policji w podeszłym wieku ani nosić ci na rękach woreczka z jedzeniem, bo mój gęsty rosół przyrządzam tylko dla nas, a ty nie chcesz go jeść. Zakazuję ci odwiedzać dzieci, bo musisz mnie słuchać, niegrzeczna! Nie, jeszcze raz nie! Nie płacz! Chodź tutaj, moja cebulowa rozpaczo, wezmę cię za rękę i udaję, iż prowadzę cię do szpitala psychiatrycznego. żartował Wojciech, a ich wymiana zdań przypominała taniec pośród surrealistycznych chmur.

Zawsze fascynowało mnie obserwowanie tej dwójki Grażyna opowiadała Wojciechowi emocjonalne, temperamentne historie, czasem podskakując nogą, a on kiwając głową, podtrzymując ją łokciem. Ich relacja pełna była czułości, której nie da się opisać słowami; w każdym spojrzeniu, dotyku i uśmiechu kryła się bezgraniczna miłość i zaufanie.

W pewnym momencie Wojciech, z groźnym tonem, mówił:

Patrz pod nogi, Grażynko, nie jesteś już mała! Nie zostawiaj się na chwilę, bo możesz się przewrócić i złamać rękę albo nogę. Co wtedy zrobię?

A potem, jakby w jednej chwili, całują się na ławce, spacerując po bulwarze niczym młodzi kochankowie, nie słysząc nic oprócz blasku ich szczęśliwych twarzy i bicia serc w synchronii. Ich pasja płynęła swobodnie, rozpuszczając wszelkie wątpliwości.

Dziś para znowu usiadła na ławce. Usłyszałam ich dialog:

Idę po pastelowy błyszczyk do ust, może będzie w promocji? Chodzisz ze mną? spytała Grażyna.

Idź sama, czekam tu na ławce. Nie kupuj wszystkich pomadek, zostaw trochę innym dziewczynom odpowiedział Wojciech z uśmiechem.

Jasiu już zjadł pączka i podszedł do mężczyzny. Wojciech wyciągnął z torby małą tabliczkę czekolady i podał mu:

Trzymaj, mały, jedz na zdrowie. Jak masz na imię?

Dziękuję, dziękuję odezwałem się, dziękując mężczyźnie za syna nazywa się Janek, jeszcze słabiej mówi.

Jasiu z euforią szurał papierkiem czekolady.

Przepraszam za ciekawość, obserwuję was od dłuższego czasu. Jesteście niesamowitą parą. Jak udaje wam się zachować tak ciepłe relacje? Podzielcie się sekretem zapytałam, drżąc od niecierpliwości.

Mężczyzna milczał, patrząc na własne stopy. Pod nimi szeleszczały liście. Wiatr podniósł je i zawinął w olśniewający wir, a liście, jakby niechętnie, opadały na ziemię, ciesząc się krótkim lotem.

Poznałem Grażynę jesienią, pięćdziesiąt pięć lat temu zaczął Wojciech tak samo jak teraz, liście spadały. Grażyna spacerowała po parku, zbierając kolorowe liście. Każdy liść przyjmowała z uśmiechem, pochylając się nad nim. W podniszczonym płaszczu, białym płaszczu i podniszczonych butach była szczęśliwa. Trzymała w rękach garść żółtych, pomarańczowych i czerwonych liści, w kieszeni schowała pięć groszy, a w domu jedli chleb z musztardą ta nimfa się uśmiecha! Moja Grażynka rozmawia z kwiatami i dotyka czarnyrostów i chryzantem. Niezwykła, eteryczna, nieziemska, porwała moje serce. Nauczyła mnie cieszyć się życiem, zawsze! Każdego dnia, każdej chwili, każdej pogody śniegu, deszczu i słońca. Grażynka, mimo pozornej delikatności, była ognista, barwna jak ta jesień, płomienna, silna, zdecydowana, świadoma własnej wartości. Wielu ją kochało, wielu ją zalecało, ale ona przyjąła mnie. Pokazuje prawdziwą twarz tylko nielicznym i pozwala mi zagłębić się w jej myśli. Tak!

Czy nigdy się nie kłócicie? zapytałam zdumiona.

Czasem tak. Nieporozumienia zdarzają się każdemu, trzeba je adekwatnie rozwiązywać i nie zwlekać z pojednaniem, bo może być za późno. Zgnieceni w gniewie nie warto tracić życia. Kiedyś, żeby nauczyć Grażynę posłuszeństwa, milczałem tygodniami, co sprawiało jej ból. Pomyślałem, iż te dni sporu są jak oderwane kartki kalendarza niesione przez wiatr nigdy nie wrócą. Dlatego lepiej wybaczyć i pójść dalej, odwrócić kalendarz i żyć dalej.

A czy nigdy nie gniewasz się na żonę? drążyłam.

Jasiu połknął czekoladę i nasłuchał się dalej.

Wiesz, czasem myślę, iż jestem zarażony, ale nie mogę bez niej żyć! rzekł Wojciech Co by się stało, gdyby odeszła? Zniknęłaby. Czasem przymierza się w szafy, zmienia sukienki, swetry i buty. Ja czekam, a ona wciąż się przebiera. Kto jej pomoże się ubrać? Kto przyniesie herbatę, by wypiła leki? Wzajemnie wpleceni w siebie korzeniami, najgorsze dla mnie byłoby zostać samemu w ostatnich godzinach.

Do nas podeszła zaróżowiona Grażyna.

Wyobraź sobie, Wojtku, nie mają tu tego odcienia pomadki, którego potrzebuję. Różowa, czerwona, lawendowa żadne nie pasują wymamrotała bez wieku.

Dlaczego milczysz, Grażynko? Co trzymasz w ręku? Proszę, podaj mi torbę, a rękawiczki załóż, bo dłonie zamarzły. Rozgrzeję twoje palce, inaczej będą boleć stawy popędził Wojciech. Idźmy już do domu, biedna moja. Obiad już gotowy. Do zobaczenia, Jasiu! Posłuchaj mamy.

Pożegnaliśmy się. Synek machał długo, po czym podążył za odchodzącą parą. Po bulwarze szli dwaj, ale nie dwie odrębne osoby, a jedność cały świat utkany z czułości, cierpliwości, współodczuwania i miłości.

Umieć kochać tak subtelnie to prawdziwa sztuka, której pragniemy dotknąć!

Zgadzacie się?

Idź do oryginalnego materiału