Nie była samotna. Prosta opowieść
Zapadał mglisty poranek, typowy dla późnej, polskiej zimy. Za oknem słychać było miarowe szuranie łopat, gdy dozorca pan Tadeusz z zaciętością wojownika odśnieżał podwórko za blokiem.
Drzwi klatki schodowej trzaskały raz po raz, wypuszczając w pośpiechu sąsiadów spieszących do pracy, rozgrzanych gorącą herbatą i nadziejami na lepszy dzień.
Kot Boruta siedział dumnie na parapecie szóstego piętra i z wysokości swego polskiego podwórka obserwował, jak wszystko pulsuje pod nim w rytmie pobudki.
W poprzednim wcieleniu Boruta był bankierem tylko złotówki zaprzątały mu głowę, ich szelest rozedrganą nutą prześlizgiwał się przez sny i dni.
Teraz jednak wszystko zrozumiał. W tej krainie, gdzie lodowaty wiatr tłukł o szyby, wiedział już, iż cenniejsze od monet są serdeczność spojrzenia, ciepło dłoni babci i dach z polskiej cegły nad głową. Cała reszta to już tylko dodatki, jak kartofle do zupy.
Boruta spojrzał za siebie na wysłużonej wersalce spała babcia Zofia, jego wybawicielka, bohaterka z warszawskiej Pragi.
Kot zeskoczył z parapetu i ułożył się przy jej głowie, delikatnie wtulając szorstką sierść w siwą głowę, na brzegu poduszki w kolorowe, ludowe wzory.
Boruta wiedział, iż każdego ranka babcia Zofia walczy z bólem głowy, dlatego wciskał się blisko, próbując pomóc na swój koci sposób.
Borucik, ty to prawdziwy doktor, westchnęła nagle babcia, otwierając powoli oczy. Znowu mi ulżyłeś, ty łobuzie… dziękuję ci. Jak ty to robisz, koteczku?
Boruta niedbale machnął łapą, jakby dawał do zrozumienia, iż dla niego to banał, stać go na jeszcze większe czary!
Wtem z przedpokoju dobiegło ciche pomrukiwanie. To zazdrościł piesek Maksio.
Maksio był najwierniejszym przyjacielem babci Zofii, od tak dawna, iż pamiętał jeszcze czasy kartkowego mleka. Zawsze, gdy obce buty stukały po schodach, Maksio szczekał donośnie niech wiedzą, iż babcia Zofia jest pod dobrą opieką.
I dlatego to on uważał się za gospodarza domu.
Kim on mógł być dawniej? myślał Boruta o Maksie. Może majstrem na budowie, a może milicjantem hałaśliwy jest bardzo. Ale co tam! Niech sobie szczeka, z nim chyba rzeczywiście bezpieczniej.
Moje skarby, bez was to świat byłby jak żurek bez kiełbasy, stęknęła babcia, podnosząc się z wersalki. Nakarmię was zaraz, a potem się przejdziemy na spacer.
A jeżeli jutro przyjdzie emerytura kupimy kurczaka!
Słowo kurczak wywołało prawdziwy festiwal radości.
Kot zaczął ugniatać łapami wersalkę, mrucząc donośnie i trykając dużą głową w cienką, artretyczną dłoń babci.
Ty to łebski jesteś, wszystko rozumiesz, łobuziaku, rozczuliła się babcia Zofia. Maksio zaszczekał raz, co oznaczało pełne zrozumienie, i wsunął mokry nos pod jej kolana.
Ot i żywe dusze, od razu cieplej w domu, zaledwie mniej samotnie na sercu, myślała z uśmiechem.
A jak już umrę co dalej, któż to wie? Każdy coś gada, koniec końców trudno się połapać.
A ja to bym chciała być kotką, żeby dobrzy ludzie mnie przyjęli. Psem pewnie nie dam rady, nie będę umiała szczekać za cicha jestem. Choć kto tam wie. Ale kotką byłabym dobrą, miziastą. Byleby tylko do dobrych trafić
Phi, co za myśli! otrząsnęła się babcia Zofia. Starzeje się człowiek, i zaczyna śnić na jawie
Nie zauważyła, jak Boruta z uśmiechem pod wąsem rzucił Maksowi spojrzenie triumfu.
Niby, iż woli być kotką, nie psem.
Kot posiadł teraz umiejętność czytania w myślach, co również okazało się nie lada bonusem.
Tak oto, otuleni snem i porankiem, żyli sobie w tym surrealnym świecie polskiej zimy.












