Nie będę już żyć cudzym życiem

polregion.pl 48 minut temu

Małgorzata wróciła do domu późnym wieczorem. Za oknami już migotały światła Warszawy. Stanęła w progu z torbą w dłoni i powiedziała z nieoczekiwaną stanowczością:

Chcę rozwodu. Możesz zatrzymać mieszkanie, ale oddasz mi moją część. Nie potrzebuję tego. Wychodzę.

Wiktor, jej mąż, osunął się w fotel, zaskoczony.

Gdzie idziesz? zapytał, mrużąc oczy ze zdumieniem.

To już nie twój interes odparła spokojnie, wyciągając walizę z szafy. Zostanę na jakiś czas u przyjaciółki na wsi. Zobaczymy później.

On nie rozumiał, co się dzieje. Ale ona już wszystko postanowiła.

Trzy dni wcześniej lekarz, przeglądając wyniki badań, powiedział jej łagodnie:

W pani przypadku rokowania są niepomyślne. Osiem miesięcy, najwyżej Z leczeniem, może rok.

Wyszła z gabinetu jak we mgle. Miasto tętniło życiem, słońce świeciło. W głowie kołatała jej się jedna myśl: Osiem miesięcy choćby nie dożyję urodzin.

Na ławce w Łazienkach starszy mężczyzna usiadł obok niej. Przez chwilę milczał, ciesząc się jesiennym słońcem, a potem niespodziewanie się odezwał:

Chcę, żeby mój ostatni dzień był słoneczny. kilka już oczekuję, ale promień słońca to dar. Nie uważa pani?

Uważałabym, gdybym wiedziała, iż to mój ostatni rok szepnęła.

Więc nie odkładaj niczego na później. Miałem tyle później, iż starczyłoby na drugie życie. Ale nie wyszło.

Małgorzata słuchała i rozumiała całe jej życie należało do innych. Nienawidzona praca, trzymana tylko dla stabilności. Mąż, który od dziesięciu lat był obcym człowiekiem zdrady, chłód, obojętność. Córka, która dzwoniła tylko po pieniądze lub przysługę. A dla siebie nic. Ani porządnych butów, ani wakacji, ani choćby kawy na tarasie, w samotności.

Oszczędzała wszystko na później. A teraz to później mogło nigdy nie nadejść. Coś w niej pękło. Wróciła do domu i po raz pierwszy w życiu powiedziała nie wszystkiemu, jednym tchem.

Następnego dnia Małgorzata wzięła urlop, wypłaciła oszczędności i wyjechała. Mąż próbował zrozumieć, córka dzwoniła z pretensjami każdemu odpowiadała spokojnie i stanowczo: Nie.

W domu przyjaciółki na wsi panował spokój. Otulona kocem, rozmyślała: czy naprawdę tak miało się to skończyć? Nie żyła. Przetrwała. Dla innych. A teraz będzie dla siebie.

Tydzień później Małgorzata poleciała nad polskie morze. Tam, w nadmorskiej kawiarni, poznała Jacka. Pisarza. Inteligentnego, czułego. Rozmawiali o książkach, ludziach, sensie życia. Po raz pierwszy od lat śmiała się szczerze, nie przejmując się opinią innych.

A może zostaniemy tu? zaproponował pewnego dnia. Mogę pisać wszędzie. A ty będziesz moją muzą. Kocham cię, Małgorzato.

Skinęła głową. Dlaczego nie? Miała tak mało czasu. Niech więc będzie trochę szczęścia choćby ulotnego.

Minęły dwa miesiące. Czuła się cudownie. Śmiała się, spacerowała, parzyła rano kawę, wymyślała historie dla sąsiadów na tarasie. Córka początkowo protestowała, w końcu jednak odpuściła. Mąż wypłacił jej należność. Wszystko się uspokoiło.

Pewnego ranka zadzwonił telefon.

Małgorzata Kowalska? zapytał zaniepokojony głos. Przepraszam, popełniono błąd te wyniki nie były pani. Wszystko w porządku. To tylko wyczerpanie.

Przez chwilę milczała, a potem wybuchnęła śmiechem głośnym, prawdziwym.

Dziękuję, doktorze. Właśnie pani podarowała mi życie.

Spojrzała na śpiącego Jacka i poszła do kuchni zaparzyć kawę. Bo przed sobą miała nie osiem miesięcy ale całe życie.

Idź do oryginalnego materiału