NA WSZELKI WYPADEK Vera spojrzała obojętnie na zapłakaną koleżankę, odwróciła się do komputera i zaczęła coś gwałtownie pisać. – Bez serca jesteś, Weroniko – usłyszała głos Olgi, szefowej działu. – Ja? Skąd takie wnioski? – To, iż w twoim życiu wszystko się układa, nie znaczy, iż u innych też tak będzie. Widzisz, dziewczyna przeżywa dramat, a ty choćby nie pocieszysz, nie doradzisz, nie podzielisz się doświadczeniem. Przecież tobie się powiodło. – Ja? Mam się dzielić doświadczeniem z Nadzieją? Dawno próbowałam, pięć lat temu, jak przychodziła posiniaczona do pracy. Wtedy też próbowałam ją wspierać, doradzić, ale zostałam uznana za wroga jej szczęścia. Inni koledzy wytłumaczyli mi potem, iż Nadzieja sama wszystko wie najlepiej. Teraz lata po psychologach, dawniej biegała do wróżek. I tak żyje ciągle według jednego scenariusza, zmieniając tylko imiona. Więc wybaczcie, ale nie będę płakać razem z nią ani podawać chusteczek. – Mimo wszystko, Weronika, tak nie wypada… Na obiedzie, kiedy wszyscy siedzieli przy jednym stole, rozmowa dotyczyła byłego Nadziei – podłego obiboka i kłamcy. Weronika jadła w ciszy, zrobiła sobie kawę i przysiadła w rogu, scrollując telefon. – Werka – podeszła do niej pulchna i zawsze promienna Tatiana, dziś jednak z posępną miną – naprawdę nie żal ci Nadziei? – Co wy ode mnie chcecie? – Oj, zostaw ją, – rzuciła przechodząca Irena – ona ma swojego ukochanego Wojciecha, żyje sobie jak pączek w maśle, nie zrozumie, co to samotność z dzieckiem i alimenty wywalczane od nieodpowiedzialnego tatusia. – Trzeba było nie rodzić! – dorzuciła pani Teresa, najstarsza z kobiet w biurze, znana wszystkim jako Babcia Teresa. – Weronika ma rację, już nie pierwszy raz Nadzieja płacze przez tych swoich a wcześniej była cała historia… Kobiety stały w kręgu wokół wiecznie płaczącej Nadziei i dawały dziesiątki rad. W końcu niezależna Nadzieja postanowiła się ogarnąć – mama została sprowadzona z rodzinnej wsi, by pomóc przy synku i tym nieustępliwym byłym, a ona sama wzięła się w garść. Zmieniła fryzurę, podkreśliła brwi, przykleiła rzęsy, chciała choćby zrobić piercing w nosie, ale cały dział ją od tego odwiódł. I wtedy się zaczęło… – Spokojnie, Nadziejko, jeszcze ten twój łza poleje – wspierały ją koleżanki. – Nie będzie płakał – powiedziała cicho Weronika, niby do siebie, ale wszyscy usłyszeli i poprosili o wyjaśnienia. – Nie będzie płakał. I nie wróci. A Nadzieja znajdzie nowych, takich samych jak tamten… – Tobie łatwo mówić, masz swojego Wojciecha. – Mój Wojciech, to najlepszy facet na świecie, nie bije, nie pije, nie zdradza… – Jasne, wszystkie są takie same… – Zobaczysz, Weronika – odciągną ci go. – Nie odciągną, nie pójdzie na żadne gierki. Rozbawione panie zaczęły się przekrzykiwać i w końcu rzuciły żartem: – To chodźmy do ciebie i zobaczymy, czy twój Wojciech się oprze naszemu urokowi! – Chodźmy! – zgodziła się Werka. I tak wesoła ekipa zawitała do mieszkania Weroniki. Bawiły się, gotowały, szykowały niespodziankę dla nieznanego wszystkim Wojciecha, ale sukcesywnie rozeszły się do swoich domów – zostały tylko Nadzieja, Olga i Tatiana. Siedziały przy kuchennym stole, rozmawiały, czekały. W końcu ktoś przyszedł. – Wojciechu! Kochany mój, malutki! – rozczuliła się Werka w korytarzu. Panie spoważniały, a do pokoju wszedł… przystojny młody chłopak. Zdziwione spojrzenia. – To mój syn, Denis – wyjaśniła Weronika. – Ale to nie Wojciech. – To kto to Wojciech? – Chodźcie, przedstawię wam… Tylko cicho, po operacji jest… Weronika wprowadziła wszystkich do pokoju, gdzie spał… piękny, dorodny kocur. – Oto mój Wojciech – powiedziała z dumą. – A mąż? Nie mam męża. Same sobie to wymyśliłyście. Żyję sobie z synem i kotem. Ktoś w kinie, ktoś na kolację, nikt sobie nie zawraca głowy, nikt nie jest nikomu nic winien. Po tej wizycie koleżanki wyszły zamyślone. Ale Nadzieja nie potrafiła tak żyć jak Weronika. Po miesiącu obwieszczała już światu nową miłość, chwaliła się bukietami w pracy. Werka i Babcia Teresa tylko się do siebie uśmiechały. – Jak tam twój Michał, Teresa? – Dobrze, Weronika, wszystko się zagoiło. Wnuki chciały na konkurs go zabrać, a po co męczyć psa… Bez wystawy też dobrze. A Nadziei się znowu poukładało… – Tak to jest, Weronka: ktoś ma zwierzaka, a ktoś faceta… – Różnie to bywa. Może tym razem się jej poszczęści? Oby… – O czym gadacie? – przybiegła Nadzieja. – O tobie, Nadziejko. Trzymamy kciuki! – Wiem, jak to wygląda, ale nie umiem być sama… – Każdy żyje po swojemu… Potem Weronika usłyszała za sobą Nadzieję: – Werka, podpowiesz mi kiedyś, jak lepiej z kotem sobie radzić? Lepiej kocura czy kotkę? – Zobaczymy… jakby co, zawsze można na wszelki wypadek…

newskey24.com 2 godzin temu

NA WSZELKI WYPADEK

Weronika zerknęła na płaczącą koleżankę, beznamiętnie odwróciła się do komputera i zaczęła coś gwałtownie stukać na klawiaturze.
Serce z kamienia masz, Werka usłyszała głos Olgi, swojej szefowej.
Ja? Skąd taki wniosek?
Bo jak tobie się w życiu układa, to myślisz, iż wszyscy mają tak samo, a to nie tak działa. Widzisz przecież, dziewczyna się rozsypała, może wypadałoby chociaż trochę współczucia okazać, jakiegoś życiowego tipa podrzucić?
Ja mam się dzielić doświadczeniem? Z nią? Chyba naszej Nadzi by się nie spodobało, już raz próbowałam, z pięć lat temu, jak do pracy przychodziła z makijażem w stylu panda, iż niby drogę sobie oświetla. Was wtedy w dziale jeszcze nie było.
I nie, nie facet ją tłukł sama się uderzała, przewracała się pechowo, a jak chłop zwiał w siną dal, to czarne oczy zniknęły. Trzeci już z kolei uciekł.
Wtedy właśnie postanowiłam wesprzeć koleżankę, połączyć teorię z praktyką. I co? Wychodziłoby na to, iż to niby moja wina.
Po pracy mi koleżanki wytłumaczyły, iż z Nadzią to nie przejdzie ona wszystko wie najlepiej. Wyszłam na wredną jędzę, co Nadzi szczęście popsuła.
Dawniej po babkach latała, zaklęcia na miłość robiła. Teraz z duchem czasu u psychologa, traumy przepracowuje.
Nie dotarło, iż scenariusz życia ten sam, tylko aktorzy się zmieniają. Więc wybaczcie, współczuć ani chusteczek podawać nie zamierzam.
Ale Weronika, no jak tak można
W czasie obiadu, a jadło się przy jednym stole, temat był tylko jeden: Nadzi byli chłopak, drań i oszust.
Werka jadła w milczeniu, potem zrobiła sobie kawę i zaszyła w kącie z telefonem, by przescrollować Facebooka i odsapnąć.
Weruś… dosiadła się do niej pulchniutka, zawsze rozchichrana Terenia ty naprawdę ani trochę Nadzi nie żałujesz?
Tereso, czego wy ode mnie chcecie?
Oj, daj spokój wrzuciła się Irena, przechodząc obok ty masz swojego cudownego Bartka, żyjesz jak królowa, a jak się jest samą z dzieckiem, to już gorzej. Zobacz jeszcze alimenty z niego wyciągnij, powodzenia.
Trzeba było z głową wybierać, a nie przepraszam dziewczyny rodzić tak z przypadkowym, jeszcze do tego, iż już swoje przeżyła wtrąciła się pani Tekla, nestorka działu, zwana Babcią Teklą. Werka ma rację! Przecież ile razy ona już przez niego płakała, przecież i w ciąży jej życie uprzykrzył.
A kobiety zebrane wokół szlochającej Nadzi licytowały się w radach: co by tu jeszcze doradzić
No i nasza niezależna, silna Nadzia postanowiła zacząć nowe życie mama została ściągnięta z Siedlec, żeby pomagać z synkiem i tym niewdzięcznikiem, a Nadzie wracać do formy.
Załatwiła sobie grzywkę, wyczarowała brwi na czole, dokleiła rzęsy, choćby kolczyk w nos chciała wbić, ale cały dział jej to wybił z głowy. No i poszło
Nic to, Nadźka podkręcały ją dziewczyny on jeszcze zapłacze za tobą, on jeszcze się popłacze!
On? Nie liczyłabym mruknęła Werka pod nosem z ironią.
Ale czemu?
No bo nie i tyle. A Nadzi lada dzień znajdzie sobie takiego samego.
Ty to masz dobrze, Bartuś taki nie jest.
Mój Bartek to złoty człowiek, nie pije, nie bije, w ogóle święty.
A tak, na pewno, jeszcze ci się trafi, iż któraś ci Bartusia odbije!
Nie ma szans zaśmiała się Werka mój nie polezie!
Ja bym taka pewna nie była!
No to bądź.
Od wina humory dziewczyn rozkręciły się do maksimum. I już się zaczęło
To jedziemy do ciebie Weronika, sprawdzimy tego twojego świętego Bartka. Może któraś jednak go odbije! Bo boisz się zaprosić, co?
A to jazda! Jedziemy! Babciu Tekla, jesteś z nami?
Nie, dziewczynki, u mnie w domu Marian czeka ale bawcie się dobrze, tylko nie narozrabiajcie!
W wesołej bandzie wparowały do Werki. Zamieszanie w kuchni, śmiech.
No to szybko, dziewczyny, ogarniamy coś do jedzenia, Bartek Werki zaraz wróci, a my z kolacją gotowe!
Dajcie spokój, i tak wszystko wybrzydza, więc szkoda zachodu. Zaraz wróci.
Dziewczynom w końcu przeszła ochota na szaleństwa: przypomniały sobie o obowiązkach, więc rozjechały się do domów, zostały tylko Nadzia, Olga i Terka.
Pijały sobie herbatkę u Werki w kuchni, aż nagle dzwonek.
Bartuś, Bartuniu kochany, mamusia czeka zaczęła śpiewać Werka, idąc do przedpokoju.
Dziewczyny się spięły ciekawe, co to za przystojniak! Wchodzi młody chłopak, wysoki, ciemny, urokliwy.
No i zgłupiały, bo mąż Werki, okazuje się, dużo młodszy od niej!
Dziewczyny, poznajcie, to mój Damian.
Jak to Damian? miały wypisane na twarzach pełne zaskoczenie koleżanek.
Syn mój, Damianek. Bartek, jak się psu powodziło?
No spokojnie, już dochodzi do siebie, jutro biegać będzie. Tylko nie pozwalaj mu lizać szwów.
Kobiety zdębiały, z rumieńcem na twarzy już chciały się ewakuować.
My się chyba zbieramy
Chwileczkę, jeszcze nie widziałyście Bartka! Ale cichutko, bo po operacji Damian z żoną go z kastracji przywoził. Tak, tak kota mi wykastrowali, bo już mi firanki zaznaczał.
Chodźcie, śpi jak aniołek.
Kobiety musiały się powstrzymywać, by nie wybuchnąć śmiechem, i od razu wycofały się do przedpokoju.
Werka, toż to kot!
A co, myślałyście, iż mąż?
A tego twojego faceta?
A! Mojego nie ma. A Bartka samiście sobie dopowiedziały, raz tylko rzekłam, iż mam cudnego faceta Bartka, a wy już sobie resztę dorobiłyście
Za młodu wyszłam za mąż, pierwsza miłość, oświadczyny, nie skończyłam przez to studiów, Damianka urodziłam. Ledwo przęśliśmy trzy lata, potem rodzice pomogli, potem drugi raz wyszłam, już jakoś pod trzydziestkę.
Sądziłam, iż złapałam szczęście za nogi on plany, iż mu urodzę syna, córkę, Damianek do wojska, bo tam i ubranie, i wyżywienie, najwyżej do mojej mamy
Szybko się rozstaliśmy. Jego mama mnie nazwała głupią, iż dziecko nie swoje nikogo nie interesuje, choć sama drugi raz zamężna!
Z Damianem sama długo żyłam, trzeci raz próbowałam już wiedząc, iż na rynku matron nie jestem pierwszą śliwką No i co? Już na etapie randek mi podbił oko z tej wielkiej miłości, tłumaczył potem.
A mój syn od małego trenował judo, więc czasem w domu cos tam próbował, ja z nim, coś się nauczyłam. Tego Otella tak wyprowadziłam z równowagi, iż wyleciał z torbami, a ja powiedziałam: koniec.
Damian się ożenił, mi się nudziło, więc kota Bartka sobie sprawiłam.
Mam z kim obejrzeć serial, mam z kim pojechać nad morze, nikt mi nad uszami nie suszy, nie muszę się spowiadać, nikt nie robi awantur. Damian na początku nie rozumiał, czemu nie mieszkamy razem.
Ale po co? Każdy dorosły, każdy swoje ma przyzwyczajenia. Gdybym była jak brat całe życie z jedną i tą samą, zrośnięci jak papużki nierozłączki, też bym może chciała tak, jak mama i tata przez czterdzieści lat! Ale nie wyszło, to się nie będę na siłę spinać, by powiedzieć: mam męża!
Dobrze nam z Bartkiem, prawda, kocurze? Mówiłam ci, jak nie przestaniesz się drzeć i sikać po firankach, to z dodatków cię obrabują
Wróciły dziewczyny zamyślone, Nadzi chyba najbardziej.
Ale, niestety, nie było jej dane przeżyć tak jak Weronika już miesiąc później trajkotała o nowym adoratorze, przynosząc do pracy bukiety.
Werka z Babcią Teklą uśmiechały się z wyrozumiałością.
Co tam u twojego Mariana?
Dobrze, Weruniu, na spacerze coś sobie w łapę wbił, ale zarosło, jak u psa. Wnuki mówią, żeby go na wystawę dać, ale kto by miał czas się wygłupiać A u Nadzi znowu wiosna.
Ot, Tereniu, jedni sobie kota biorą do domu, inni męża
Racja, co kto lubi. Może wreszcie jej się uda?
Może
A o czym plotkujecie?
Nadziu, o tobie, żeby ci się szczęściło wreszcie.
Dziewczyny, wiem jak to wygląda, ale nie umiem być sama, po prostu nie umiem.
Każdy po swojemu żyje, nie przepraszaj.
Werka, dogoniła ją Nadzia na parkingu ty, jakby co, powiesz jak z kotami postępować? Lepiej kota czy kotkę?
Idź już, zobaczymy w praniu, jakby co.
Tak tylko na wszelki wypadek!

Idź do oryginalnego materiału