W dawnych czasach, kiedy byłam jeszcze młodą dziewczyną, miałam narzeczonego nazywał się Marek Nowak. Byliśmy razem ponad trzy lata i wszyscy mówili, iż tworzymy idealną parę. Odwiedziliśmy już swoich rodziców, uczyniliśmy poważne plany na przyszłość, zaręczyliśmy się i choćby rozmawialiśmy o ślubie, który miał się niedługo odbyć. Wierzyłam, iż to właśnie z nim założę rodzinę i razem doczekamy się wnuków na starość.
Pamiętam, jak Marek wracał kiedyś z delegacji z Krakowa. Nie mieliśmy się spotkać, ale chciałam mu zrobić niespodziankę. Wzięłam wolne w pracy, upiekłam jego ulubiony sernik i wsiadłam do tramwaju jadącego na jego osiedle w Warszawie. Miałam już klucze do jego mieszkania, więc kiedy jeszcze spał, po cichu weszłam do środka i zaczęłam przygotowywać kawę do ciasta.
Otworzyłam dyskretnie drzwi do sypialni i niemal potknęłam się o coś leżącego na podłodze. W pokoju było ciemno, więc zapaliłam latarkę w telefonie. Moim oczom ukazały się damskie ubrania rzucone byle jak na ziemię. Kiedy zajrzałam głębiej, serce uderzyło mi jak dzwon Marek spał przytulony do nieznanej kobiety.
Wiedziałam, iż nie ma sensu podnosić krzyku. Po cichu zamknęłam drzwi, zostawiłam sernik na stole i położyłam klucze obok. Wyszłam na chłodny, jesienny dwór. Nie chciałam wracać do rodziców, była mi strasznie wstyd i smutno. W parku, na ławce pod starym kasztanem, usiadłam i rozpłakałam się na całe gardło.
Po pewnym czasie dosiadł się do mnie nieznajomy miał na imię Piotr. Zapytał, dlaczego płaczę, ale nie miałam siły mówić o zdradzie. Zaczęliśmy rozmawiać o życiu, pogodzie, wszystkim i niczym. Tak się złożyło, iż zaprosił mnie do swojego mieszkania na herbatę.
Dziś, patrząc z perspektywy lat, wiem, iż los tak właśnie chciał. Z Piotrem zamieszkaliśmy razem i planujemy ślub. Wierzę, iż wszystko, co nas spotyka, ma jakiś cel, a każda łza wiedzie do słońca, jeżeli tylko nie zamkniemy się na nowe szanse.










