Dziś zdałem sobie sprawę, iż moje małżeństwo może nie być takie idealne, jak myślałem. Ożeniłem się młodo, z wielkiej miłości. Zanim stanęliśmy na ślubnym kobiercu, byliśmy razem cztery lata. Przeżyliśmy razem wiele.
Mieszkamy w Warszawie od ponad sześciu lat. Ufam mojej żonie bezgranicznie i wierzę, iż ona też mi ufa. Żona jest ciepła, troskliwa i zawsze gotowa pomóc w domowych sprawach. Nie jest najodważniejsza, ani najsilniejsza. Nie powiem też, iż jest olśniewająco piękna, ale ma w sobie coś wyjątkowego dobroć, która dodaje mi siły, choćby gdy życie stawia przed nami trudne wyzwania.
Problem w tym, iż jest strasznie niezdecydowana. Boi się zmian, nie lubi wychodzić ze swojej strefy komfortu i ciągle stoi w miejscu. Do tego jest nieśmiała. Przez te sześć lat nic się w niej nie zmieniło.
Nie dba o siebie, o zdrowie, o rozwój. A ja? Mam trzydzieści sześć lat, ona jest ode mnie młodsza o prawie dekadę. Uwielbiam życie mam dobrą pracę w Krakowie, własne auto, spłacamy kredyt na mieszkanie we Wrocławiu. I właśnie dziś kolega z pracy rzucił mi prosto w twarz: Po co ci ona?.
I nagle wszystko się zawaliło. Siedzę teraz w kuchni, patrzę w okno i myślę: No właśnie po co mi ona?. A potem przypominam sobie jej śmiech, ten sposób, w jaki gotuje pierogi, i te chwile, gdy po prostu jest. Może nie potrzebuję odpowiedzi. Może czasem wystarczy, iż ktoś jest obok, choćby jeżeli nie zmienia świata.












