Musiałam wyrzucić swoją matkę z domu. Nie mogłam dłużej tolerować jej zachowania.
Kiedy byłam mała, mama była dla mnie całym światem. W dzieciństwie wierzyłam, iż mamy najcieplejsze i najtrwalsze relacje na świecie. Opiekowała się mną, kładła spać, czytała bajki na dobranoc, zaplatała warkocze przed szkołą w naszym przytulnym miasteczku pod Łodzią. Wydawało mi się, iż tak będzie zawsze — ta czułość, ta więź, ten spokój.
Jednak z wiekiem zaczęłam zauważać, jak jej troska zamienia się w duszący nadzór. Śledziła każdy mój krok: co jem, z kim się przyjaźnię, jaką spódnicę zakładam. Wystarczyło, iż trochę się sprzeciwiłam, a wybuchała awantura pełna łez i krzyków.
— Całe życie ci poświęciłam! A ty… — rzucała mi w twarz, gdy ośmielałam się mieć swoje zdanie.
Lata mijały, a sytuacja tylko się pogarszała. Dorosłam, wyszłam za mąż za Marcina, urodziłam syna Michała. Ale mama nie chciała zobaczyć we mnie dorosłej kobiety. Wkroczała w nasze życie bez zaproszenia, rządziła w kuchni, wydawała polecenia mojemu mężowi, jakby był jej podwładnym.
— On nie umie trzymać dziecka! — oburzała się. — A ty choćby gotować nie umiesz, czym karmisz męża, wstyd!
Próbowałam delikatnie tłumaczyć, iż teraz mam swoją rodzinę, swoje zasady, ale jej moje słowa nie docierały.
— To mój dom! — uparcie powtarzała.
I rzeczywiście tak było. Mieszkaliśmy w mieszkaniu odziedziczonym po babci, i to dawało jej złudzenie całkowitej władzy nade mną, nad nami wszystkimi.
Ale wszystko ma swoje granice, a moja przekroczona została pewnego pamiętnego dnia.
Wróciłam z pracy zmęczona, ale szczęśliwa — awansowano mnie. Chciałam podzielić się euforią z Marcinem, otworzyć butelkę wina, świętować. Ale w domu czekał mnie prawdziwy koszmar. W salonie siedziała mama, naprzeciw niej płakał mój Michał, chowając twarz w dłoniach.
— Co się stało? — rzuciłam się do syna, serce zamarło na widok jego łez.
— Babcia mówiła, iż jesteś złą mamą… Że lepiej żebym mieszkał z nią, — szlochał, drżąc na całym ciele.
Coś we mnie pękło. Gniew, ból, żal — wszystko zmieszało się w jeden płonący chaos.
— Przekroczyłaś wszelkie granice, mamo! — mój głos drżał, gotowy, by wybuchnąć krzykiem.
Ona tylko wzruszyła ramionami, jakby nie stało się nic poważnego:
— Powiedziałam prawdę. Zawsze jesteś w pracy, a dziecko rośnie bez opieki. Jaka z ciebie matka?
— Jaka matka?! — powtórzyłam, dusząc się z wściekłości. — A czy byłaś dobrą matką, kiedy karałaś mnie pasem za byle co? Kiedy zmuszałaś do życia według swoich zasad, nie dając odetchnąć?
Po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach zagubienie. Otworzyła usta, by zaprzeczyć, ale pewność siebie ją opuściła.
— Jesteś niewdzięczna! — wykrzyknęła, ale jej głos był już słaby, załamany.
Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam to, co paliło mi duszę:
— Nie jesteś już potrzebna w tym domu. Wyjdź.
Mama wstała, trzasnęła drzwiami tak mocno, iż szyby zadrżały, i wyszła. Od tego czasu już nie wróciła.
Pierwsze dni były piekłem. Wina dusiła mnie, pustka w sercu wydawała się bez końca. Ciągle pytałam siebie: jak mogłam wyrzucić własną matkę? Ale potem przyszło ukojenie — jakby ciężki kamień spadł z ramion. W domu zapanowała cisza, której nie zakłócało już jej wieczne niezadowolenie. Z Marcinem w końcu poczuliśmy się panami swojego życia, swojej rodziny.
A mama… Urządziła się gdzieś w mieście, wynajęła pokój. Czasami próbuje nawiązać kontakt — dzwoni, pisze krótkie wiadomości. Ale ja już nie jestem tą małą dziewczynką, którą można zmanipulować poczuciem obowiązku. Teraz sama decyduję, kogo wpuszczać do swojego świata, a kogo trzymać na dystans. A ten wybór to mój pierwszy krok do wolności.