Moje dzieci są dobrze ustawione, mam trochę oszczędności, szykuję się na emeryturę.
Kilka miesięcy temu pochowaliśmy naszego sąsiada, Zbigniewa. Znaliśmy się od kilkunastu lat, mieszkając drzwi w drzwi w bloku na warszawskiej Woli. Nie byliśmy po prostu sąsiadami z przypadku byliśmy rodziną, dzieci rosły razem na naszych oczach. Zbigniew i Jadwiga wychowali pięcioro dzieci. Kupili im mieszkania, pracowali, zwłaszcza Zbigniew, był znanym mechanikiem w dzielnicy. Umawiano się do niego z wyprzedzeniem, na miesiąc wcześniej czekały auta w kolejce. Szef nowoczesnego warsztatu niemal modlił się, żeby zatrudnić tak porządnego fachowca, który wychwyci awarię choćby po dźwięku silnika prawdziwy majster od motoryzacji.
Na krótko przed śmiercią, po weselu najmłodszej córki, Zbigniew jeździł na skuterze i często spacerował, jego energiczny krok zmienił się w powolny, starczy chód. Mimo iż ledwie skończył 59 lat tej wiosny Wziął wolne w pracy, narzekał, iż szef błagał go, by wrócił po dziesięciu dniach, bo inaczej straci klientów, ale Zbigniew nie miał ochoty wracać. Dzień przed planowanym powrotem poszedł do szefa na spokojną rozmowę i poprosił o zwolnienie, obiecując, iż czasem wpadnie pomóc, jakby była prawdziwa potrzeba.
Z jakiegoś powodu nie powiedział nic Jadwidze. Rano, kiedy już powinien szykować się do wyjścia do warsztatu, przeciągnął się, przewrócił na bok i zasnął dalej. Jadwiga już szykowała śniadanie w kuchni, wbiegła do sypialni i załamując ręce zawołała:
przez cały czas śpisz? Dla kogo ja zrobiłam jajecznicę? Zaraz wystygnie!
Zjem zimne, nie idę dziś do pracy
Jak to nie idziesz? Tam czekają, liczą na ciebie!
Nie idę, wczoraj zrezygnowałem
Przestań żartować, chodź, wstawaj!
Jadwiga żartem ściągnęła z niego kołdrę, ale on tylko się zawinął, zasłonił oczy ręką.
Jestem już zmęczony, Jadwigo, chyba już nadszedł mój czas Jak ten silnik po czwartym remoncie Dzieci mają wszystko poukładane, mam trochę złotych odłożonych, zacznę emeryturę
Jaką emeryturę? Dzieci mają remonty, muszą się rozbudować, wymienić meble, Marian marzy o samochodzie kto im pomoże?
Niech spróbują sami, przecież my zawsze pomagaliśmy, nie narzekaliśmy
Jadwiga przyszła do mnie, pełna emocji, i opowiedziała o porannej rozmowie. Prosiła o radę, a ja podzieliłam się swoją opinią o Zbigniewie:
On naprawdę się wykończył, skoro sam to mówi, nie szykuj go do pracy, niech porządnie odpocznie. Nie jest już chłopcem co cały dzień dźwiga silniki. Widziałam go niedawno szedł powoli, aż go trudno było poznać, przygasł, nie ten sam Zbyszek. Powiedział mi: Jestem wykończony
Jednak Jadwiga nie potraktowała mojej rady poważnie:
Jemu się nudzi w domu, to cała jego zmęczona bajka! Zwołam dzieci, niech mu przypomną, ile jest do zrobienia!
Jadwigo, odpuść. Ile lat ma najstarszy? 45? Za chwilę sam będzie dziadkiem. Niech dzieci pomagają Tobie, starość już puka do drzwi.
Obraziła się na mnie i wyszła.
Tydzień później wszystkie dzieci Zbigniewa i Jadwigi przyszły do nich do mieszkania. Usiedli przy dużym stole, dużo rozmów, śmiechu, a jednak w powietrzu czuć było napięcie. Wszyscy wiedzieli, iż nie spotkali się bez ważnego powodu.
Jadwiga otworzyła rodzinne zebranie:
Tata chce przejść na emeryturę, co wy na to? Musimy coś ustalić, bo sami będziecie musieli radzić sobie z wydatkami
Zbigniew odezwał się:
Po co tyle szumu, zobaczcie pięcioro dzieci, każde pracuje. Czy wy nie możecie utrzymać nas dwojga, skoro my utrzymaliśmy was wszystkich, postawiliśmy na nogi, nikt nie bieduje? Nie mam żalu, tylko wspominam. Zawsze rodzice pomagali dzieciom. Ale teraz my sami potrzebujemy już wsparcia. Mnie ciężko pracować, boję się, iż któregoś dnia zasłabnę na platformie w warsztacie
Dzieci zaczęły odpowiadać. Najstarszy syn, Antonii, odezwał się pierwszy. Zamiast zapytać, jak tata się czuje, zaczął wyliczać sprawy i problemy. Skończyło się na:
Przykro mi, tato, ale nie mamy teraz pieniędzy, może później
Reszta dzieci opowiadała w podobnym tonie. Jedni chcieli kupić mieszkanie, drudzy samochód, trzeci marzyli o nowych meblach i wszyscy oczekiwali, iż rodzice dołożą, jak zawsze. Nikt nie zastanawiał się nad tym, skąd rodzice biorą swoje wkłady.
W końcu Zbigniew wstał i powiedział ze smutkiem:
No to skoro wszyscy chcecie, żebym pracował dalej, będę pracował, póki dam radę
Następnego dnia Jadwiga znów przyszła do mnie, zawiedziona:
Mówiłaś, dzieci przyjdą, porozmawiają z tatą i pójdą coś samemu zrobić. Skończyło się jak zwykle, tata wrócił do pracy, a potem zmęczony, zmęczony! Ja też jestem zmęczona, i co?
Zbigniew pracował w warsztacie jeszcze trzy dni. Zabrała go karetka. Serce się poddało, dzieci znów zebrały się na pogrzeb i stypę. Oczywiście, my też przyszliśmy, wspominaliśmy Zbigniewa jaki był dobrym ojcem i dziadkiem. W myślach miałam jedno pytanie: Dlaczego nie zadbaliście o ojca, przecież prosił was o trochę spokoju!.
Tak skończyła się przykra historia naszej sąsiadki. Jadwiga mieszka teraz sama, oszczędza na wszystkim, bo dzieci mają mnóstwo swoich nierozwikłanych sprawPo pogrzebie, kiedy cichły rozmowy, pozostało tylko echo pustego mieszkania obok. Zbigniew odszedł, a Jadwiga każdego ranka siadała przy stole dla dwojga, nalewając kawę do kubka, który już zawsze będzie stał po tej samej stronie. Dzieci wpadały rzadziej niż kiedyś, każdemu życie pędziło naprzód, a rozmowy kończyły się szybciej. Kiedy pewnego wieczoru zajrzałam do Jadwigi, siedziała w fotelu, patrząc przez okno na stary warszawski podwórzec, gdzie jeszcze niedawno rozbrzmiewał śmiech Zbyszka i dźwięk narzędzi.
Wiesz powiedziała cicho Zbyszek zawsze powtarzał, iż człowiek to nie maszyna. Ale nikt nie słuchał. Ja nie słuchałam.
Przytuliłam ją mocno, czując, jak po policzku spływa jej łza. Może była to łza żalu, może nadziei bo rankiem, gdy wyszłam z jej mieszkania, spotkałam Antoniego pod drzwiami. Z jego twarzy zniknęła pewność siebie, którą pokazywał przy rodzinnym stole. Po raz pierwszy zawahał się, prosząc o chwilę rozmowy.
Ciociu, czy myślisz, iż mama wybaczy nam, iż nie byliśmy tam, kiedy trzeba?
Spojrzałam na niego. Przychodzi taki dzień, kiedy trzeba zamienić role. Nauczyć się być wsparciem, nie tylko przyjmować je od innych. Może właśnie dziś jest ten dzień.
I w tej chwili zrozumiałam: czasami dopiero po czyimś odejściu rodzina uczy się, jak naprawdę być razem. Może to jest ostatnia lekcja, którą Zbigniew majster od życia zostawił swoim dzieciom. Od tego dnia w mieszkaniu obok częściej rozbrzmiewały śmiechy i rozmowy. A kawa dla dwojga znów parowała, choć ktoś inny siedział teraz po tej drugiej stronie stołu.
Bo choćby kiedy wszystko wydaje się skończone, w człowieku zostaje nadzieja, iż jeszcze można coś naprawić jak tę starą maszynę, którą wystarczy otoczyć troską, by znów ruszyła z miejsca.








