Mój przyjaciel i ja mamy po 60 lat. Zdecydowaliśmy się zamieszkać razem i wynająć drugie mieszkanie.

newsempire24.com 5 godzin temu

Dziś postanowiłam zapisać kilka przemyśleń na temat ostatnich miesięcy i wielkiej zmiany, którą podjęłyśmy razem z Martą. Rozważyłyśmy wszystkie za i przeciw i zdecydowałyśmy się zamieszkać razem. Czemu nie? Na pierwszy rzut oka taki układ miał mnóstwo plusów:

Jesteśmy samotne. Po sześćdziesiątce ciężko znaleźć partnera, a jeżeli już komuś się uda, zawsze da się dogadać w sprawie mieszkania. Dzieci i wnuki mieszkają daleko, więc rodzina tylko cieszyłaby się, iż babcie nie są samotne i nie nudzą się. Kiedy byłyśmy młode, wynajmowałyśmy razem mieszkanie w Warszawie. Ja wtedy miałam już małego synka, mimo to jakoś się dogadywałyśmy, chociaż obie mamy trudny charakter. Zawsze potrafiłyśmy się czymś zająć razem sprzątałyśmy, gotowałyśmy i planowałyśmy wspólne wyjścia, żeby nie siedzieć tylko w domu.

Stabilność finansowa. Podzieliłybyśmy rachunki, a jeszcze jedno mieszkanie mogłybyśmy wynająć i mieć dodatkowy dochód wychodziłybyśmy na plus! Wzajemna opieka. jeżeli któraś zachoruje, będzie miała drugą pod ręką, gotową do pomocy.

Tak naprawdę, widziałyśmy w tym sam pozytywy!

Rzeczywistość.

Pierwsza kłótnia dotyczyła wyboru mieszkania. Każda z nas chciała zostać na swoim terenie, każda miała na to dobre argumenty. Ja byłam gotowa się przeprowadzić, ale czasem upierałam się, żeby Marta nie myślała, iż zawsze ustępuję.

Drugi problem to rzeczy. Kiedy już zgodziłam się przenieść do Marty i zaczęłam przewozić swoje rzeczy, zaczęła na mnie narzekać, iż wszystkiego mam za dużo. Nie miałyśmy gdzie tego trzymać, a zostawienie ich w moim mieszkaniu budziło mój niepokój nie wiadomo przecież, jacy będą najemcy.

Ostatecznie wynajęłam piwnicę i tam schowałam naczynia i inne graty. Wynajęłyśmy moje mieszkanie, no i wtedy zaczęły się schody. Na początku czułam się jak gość jakbym wciąż naruszała Martowe terytorium. Z czasem odpuściłam, byle nie robić kłótni.

Nie wyszło nam, bo zabrakło równości. Ona była przyzwyczajona do trzymania środków czystości w jednym miejscu, ja w zupełnie innym. Musiałam się dostosowywać, bo przecież ona była gospodynią.

Potem okazało się, iż mamy zupełnie odmienne gusta kulinarne. Ja milczałam, żeby nie robić problemu, zaczęłam przyzwyczajać się do jej smaków, zapominałam o własnych przyzwyczajeniach. Kolejną rzeczą był problem ze spaniem: jestem bardzo wrażliwa na dźwięki i światło, a Marta lubiła zasypiać przy włączonym telewizorze. Mnie przeszkadzały te wszystkie odgłosy choćby zatyczki do uszu nie zawsze pomagały.

Zaczęły przeważać minusy. Próbowałyśmy się dogadywać i szukać kompromisów. W końcu nastąpiło przesilenie: zauważyłam, iż Marta zaczęła się irytować na sam mój widok. Próbowałam spełniać wszystkie jej oczekiwania, ale ciągle coś ją drażniło.

Pewnego dnia przestała się do mnie odzywać. Mijał dzień, drugi, tydzień Wciąż zastanawiałam się, czym ją uraziłam. W końcu nie wytrzymałam rozpłakałam się przy niej. Marta również zaczęła płakać; przyznała, iż sama nie wie, o co jej chodzi. I wtedy mnie olśniło może i lubimy się odwiedzać, ale każdy powinien mieszkać u siebie i mieć własne reguły. Lepiej widywać się częściej, niż koniecznie dzielić jeden dach.

Rozwiązałyśmy umowę najmu, a nasza relacja od razu się poprawiła.

Idź do oryginalnego materiału