Mój mąż myśli tylko o sobie. Zjada wszystko, nie zostawiając choćby naszego dziecka głodnym.
Wojciech, gdzie podziały się banany? pytam męża, głos niesie się jak przez mgłę snu.
Zjadłem, bo miałem na nie wielką ochotę odpowiada, a jego usta rozciągają się w szerokim, trochę groteskowym uśmiechu, jakby świat był tylko ogromną miską owoców.
Naprawdę nie mogłeś zostawić chociaż jednego na podwieczorek dla synka?
Nie przesadzaj, przecież w Biedronce pełno bananów. Problem z niczego.
To idź i kup kilka! mówię, ale on już gdzieś odpływa wzrokiem, jakby po horyzoncie meandrowały drużyny piłki kopanej.
Zaraz gra reprezentacja. A jak mam iść, jak piłkarze śnią się choćby w dzień? wzdycha, unosząc się jak balonik.
Od kiedy Karol przyszedł na świat niedługo skończy dwa lata muszę chować jedzenie w najbardziej dziwnych miejscach: za regałem z książkami, w pustym garnku na bigos, pod poduszką, jakby nasze mieszkanie było scenografią jakiegoś dziwnego snu, w którym jedzenie znika każdym mrugnięciem oka. Mój mąż tylko chodzi, zgarnia, co mu wpadnie w ręce, a na stole zostaje jedynie odrobina światła odbijająca się od talerza.
Pięć lat po ślubie, kredyt na mieszkanie ciasno oplata nasze życie. Złotówki śmigają przez nasze palce niczym motyle. Wojciech twierdzi, iż jest żywicielem, bo przecież bez niego nie byłoby tego domu. Jego stare kawalerskie mieszkanie poszło na wkład własny, ale moi rodzice też dali, co mogli. Mama powtarza: Ala, on jest samolubny jak stary wilk. Czasami się z nią zgadzam, patrząc, jak Wojciech znika z talerzem na klatkę schodową, by nie musieć się dzielić.
Przed urodzinami Karolka przygotowuję stół, gotuję barszczyk, lepimy pierogi, a Wojciech przemyka wokół jak cień, podkradając to ciastko, to końcówkę chleba. Najbardziej absurdalny moment: tort! Upiekłam czekoladowy, ustawiłam go na balkonie, bo w lodówce nie było już miejsca, a kiedy po niego przyszłam na talerzu został jedynie niewielki kawałek polany polewą, reszta zniknęła niczym rozpływający się lód. Wstyd mi było przed rodziną, ale przecież wszystko w tym śnie działa inaczej niż na jawie.
To zawsze się powtarza. On zarabia, jasne, jednak czy naprawdę trudno czasem pomyśleć o innych? O mnie, o dziecku? Potrafi w tydzień pochłonąć zapasy na cały miesiąc makaron, pierniczki, ser biały. Pieniądze przeciekają przez palce, a Wojciech mówi tylko: Spokojnie, Ala, dokupimy, nie przejmuj się! Jak można być tak beztroskim, kiedy do końca miesiąca jeszcze daleko, a rata kredytu już czeka niczym niecierpliwy poborca?
Kiedy żalę się teściowej, słyszę tylko: Niech je, dziewczyno! Pracuje, zarabia, ugotuj jeszcze więcej, to wtedy starczy. Ale choćbym gotowała gar za garem, on i tak znajdzie drogę do każdych zapasów. O ubraniach, środkach czystości i rachunkach lepiej już nie mówić.
W końcu powiedziałam mu prosto w oczy: Jeszcze raz wyjesz wszystko nasze rozstaniemy się. Podzielimy mieszkanie, nie będziemy już rodziną. Obraził się, uciekł pod skrzydła mamy. Teściowa choćby nie chce ze mną rozmawiać; w moich snach zamienia się w posąg z lodu.
A ja? W tym dziwnym, rozmytym świecie z pieroga i kremówki, myślę, iż mam rację. Czy to dziwne, iż chcę, by nasz syn nie musiał szukać obiadu pod poduszką, a mąż zostawił czasem banana na później?














