Mój mąż żyje, jakby był jedynym mieszkańcem tej planety. Zjada wszystko, co znajdzie w lodówce nie zostawia ani grama, choćby dziecku nic nie skapnie.
Grzegorz, gdzie są banany? pytam ze świętym spokojem.
No zjadłem, bo miałem na nie ochotę odpowiada, jakby to było najoczywistsze na świecie.
choćby jednego nie mogłeś zostawić na podwieczorek dla Maćka?
O rany, wielka mi sprawa. W Biedronce przecież są banany.
To idź i kup kilka.
Teraz? Mam zaraz mecz Lecha, nie zdążę…
W naszej rodzinie to zwykła codzienność: twarożek, ciastka, jabłka znikają w zatrważającym tempie. Ostatnio muszę chować jedzenie po szafkach, bo przy takim ojcu Maciek może zostać na suchym chlebie.
Pięć lat po ślubie, a już czuję się jak dozorcza własnej kuchni. Nasz Maciek ledwo co zaczął mówić mama, a już musi walczyć o każdy kawałek pomidora. Kredyt frankowy ciąży nam nad głowami, więc złotówka obejrzana sto razy, zanim z portfela wyjdzie. Grzegorz uważa się za głowę rodziny, bo włożył swoje kawalerskie M2 w zaliczkę na to mieszkanie, ale jakoś zapomina, jak moi rodzice też sypnęli groszem. Mama powtarza, iż Grzegorz jest typowym samolubem i czasem trudno mi jej nie przyznać racji.
Zabawna sytuacja była, gdy szykowaliśmy się na urodziny Maćka. Urobiona po łokcie, krzątam się w kuchni, piekę, gotuję, a Grzegorz w kółko wpada i próbuje wszystkiego przed gośćmi. I kulminacja: dorwał się do tortu! Zostawiłam tort na balkonie, bo w lodówce już choćby szczur by się nie zmieścił. Przynoszę go do kuchni, a tam zostało marne ćwiartka, reszta wcięła gdzieś. Cały pokrojony i ozdobiony czekoladą. Szczerze? Wstyd jak nie wiem co.
Tak to się kręci od lat. Owszem, Grzegorz zarabia, ale czy to powód, żeby się rzucać na wszystko, co jadalne, i nie liczyć się z resztą? Zawsze ta sama śpiewka: Kupi się, nie przejmuj się!. Ja rozumiem, jak nie dba o mnie, ale własne dziecko? Jedzenia znika w tydzień tyle, co normalnie starczyłoby na miesiąc.
Teściowa jak zwykle w gotowości do obrony synusia:
No daj mu już spokój. Grzesiek to chłop, niech je! Przynosi pieniądze, to mu gotuj więcej, a nie narzekaj.
Tylko iż ile bym nie nastawiała garów, Grzegorz i tak wszystko do ostatniego okruszka zje. Nie ma mowy o kupowaniu więcej rata kredytu, ubrania dla Maćka, rachunki, jeszcze prąd i media wzrosły.
Podsumowując, powiedziałam mu jasno: jeszcze jeden taki numer i bierzemy rozwód. Podzielimy się mieszkaniem, a niech se sam banany kupuje. Grzegorz się obraził, poleciał do matki z żalami. Teściowa już w ogóle ze mną nie gada. Ale powiem Wam, sumienie mam czyste. I interesująca jestem czy Wy też byście się na moim miejscu tak wkurzyły?














