Scena znana wielu z nas. Klękasz wieczorem, chcesz powiedzieć Bogu coś od siebie, otwierasz usta i… nic. Zostaje wymamrotane „dziękuję za wszystko” i poczucie, iż rozmowa się nie odbyła. Albo wariant odwrotny: pacierz odklepany tak sprawnie, iż po ostatnim „amen” nie sposób sobie przypomnieć, o czym adekwatnie był.
Jedni mają więc żal do siebie, iż modlą się cudzymi słowami, drudzy – iż własnych nie potrafią znaleźć. A pytanie wraca uparcie przy każdym postanowieniu, by wreszcie zacząć się modlić porządnie. Co jest lepsze: swoje czy gotowe?

Dylemat starszy, niż się wydaje
Warto zacząć od tego, iż nie jesteśmy pierwsi. Uczniowie poprosili kiedyś Jezusa wprost, żeby nauczył ich się modlić. Nie usłyszeli wykładu o szczerości serca ani zachęty, by mówili, co im ślina na język przyniesie. Dostali konkretny tekst, który do dziś odmawiamy jako Ojcze nasz.
To rozstrzygnięcie warto zapamiętać, bo ucina spór u samego źródła. Gotowa formuła nie jest wynalazkiem pobożnych wydawców ani protezą dla tych, którym brakuje polotu. Pochodzi wprost od Chrystusa, a Kościół od dwóch tysięcy lat traktuje ją jako wzór, do którego wracamy codziennie.

Z drugiej strony ten sam Jezus przestrzegał, by w modlitwie nie mnożyć słów na wzór pogan, przekonanych, iż zostaną wysłuchani przez samą ich obfitość. Napięcie jest więc wpisane w Ewangelię: mamy tekst do powtarzania i jednocześnie ostrzeżenie przed pustym gadaniem.
Dodajmy do tego psalmy. Najstarszy modlitewnik Kościoła to po prostu Księga Psalmów, z której modlił się Izrael, którą modlił się sam Jezus i na której do dziś opiera się Liturgia Godzin. Znajdziemy tam zachwyt, skargę, gniew i rozpacz. Trudno o mocniejszy dowód, iż cudze słowa potrafią unieść nasze własne emocje.
Kiedy gotowy tekst ratuje sytuację
Są chwile, w których człowiek nie jest w stanie sklecić zdania. Po pogrzebie bliskiej osoby, w szpitalnej poczekalni, po nocy spędzonej na czekaniu na telefon. Wtedy modlitewnik działa jak poręcz na oblodzonych schodach: nie idzie za nas, ale pozwala nie upaść.
Gotowy tekst uczy też słownictwa. Trudno powiedzieć Bogu coś sensownego o żalu za grzechy albo o zawierzeniu, jeżeli nigdy nie słyszało się, jak takie rzeczy się nazywa. Litanie, akty strzeliste i modlitwy poranne działają trochę jak nuty: najpierw gra się z zapisu, a improwizacja przychodzi później, o ile w ogóle musi przyjść.
Współczesne modlitewniki dawno przestały być jedną, grubą księgą w czarnej oprawie. Są wydania kieszonkowe do noszenia w torbie, są tomy z powiększoną czcionką dla seniorów, dwujęzyczne książeczki dla dzieci, obszerne zbiory litanii i koronek dla tych, którzy chcą wyjść poza kilka wyuczonych formuł, i drobne broszury na czas choroby.
Jest jeszcze jedna zaleta, o której rzadko się mówi. Modlitwa własnymi słowami bywa podstępna, bo łatwo zamienia się w monolog o sobie i listę życzeń. Cudzy tekst wyprowadza nas z tej koleiny, każe uwielbiać, dziękować i przepraszać, a nie tylko prosić. To zdrowa profilaktyka duchowego egocentryzmu.
Kiedy trzeba mówić po swojemu
Gotowa formuła ma jednak swoją ciemną stronę i każdy, kto odmawiał różaniec myślami przy zakupach, dobrze ją zna. Słowa lecą jak z taśmy, usta pracują, serce śpi. Powtarzalność, która miała pomóc w skupieniu, potrafi się zamienić w wygodny automatyzm.
Wtedy potrzeba czegoś zupełnie innego. Powiedzenia Bogu wprost, iż jest się wściekłym, zmęczonym albo iż od trzech tygodni nie ma się ochoty na modlitwę. Święta Teresa z Ávili ujęła to prosto: modlitwa to „przyjacielskie obcowanie z Tym, o którym wiemy, iż nas miłuje”. Przyjaciół nie informuje się gotowymi formułkami.
Czy Bóg woli więc ładniejsze zdania? Pytanie brzmi naiwnie, ale niejeden z nas nosi je gdzieś z tyłu głowy i dlatego milczy, zamiast się odezwać. Tymczasem w modlitwie nie ma egzaminu ze stylistyki, a nieporadne „nie wiem, co powiedzieć” jest już modlitwą, i to całkiem niezłą.
Jest zresztą etap, na którym słowa w ogóle przestają być potrzebne. Katechizm przywołuje historię wieśniaka z Ars, którego proboszcz, święty Jan Maria Vianney, zapytał, co robi, godzinami siedząc przed tabernakulum. Odpowiedź weszła do historii duchowości: „Ja patrzę na Niego, a On patrzy na mnie”. Tyle. Żadnej książki, żadnej formuły.
Pytania, których wstyd zadać
Problem w tym, iż o takie sprawy mało kto pyta. Łatwiej dyskutować o polityce kościelnej niż przyznać, iż nie wiadomo, jak zacząć się modlić albo czy można robić to w łóżku przed snem. Pytania podstawowe wydają się zbyt banalne, żeby zawracać nimi komuś głowę, więc zostają bez odpowiedzi latami.
Dobrze to pokazuje popularność, jaką zdobył ksiądz Boguś Kowalski, proboszcz z warszawskiej Pragi, przyjaciel śp. ks. Piotra Pawlukiewicza i, prywatnie, zagorzały kibic Legii. W cyklu rozmów prowadzonych przez Michała Łopacińskiego odpowiadał po prostu na pytania widzów. Najchętniej oglądane odcinki przekraczały 100 tysięcy wyświetleń.
Z tych rozmów wyrosła książka „Świątek, piątek i niedziela”, w której pytania ułożono zgodnie z rokiem liturgicznym. Ile można spóźnić się na Mszę, kto może zostać chrzestnym, po co w Kościele tyle symboli. Rzeczy pozornie drobne, o które ludzie latami bali się zapytać, a które realnie blokują im praktykę wiary.
Zanim trafił do seminarium, skończył warszawskie technikum mechaniczno-elektryczne. Może stąd bierze się ten praktyczny sposób mówienia o wierze, w którym nie ma miejsca na mgliste ogólniki. Modlitewnik podpowie, co powiedzieć. Rozmowa z księdzem albo dobra książka tłumaczy, jak i po co.
Praktyka: jedno i drugie, nie jedno albo drugie
Jak to poukładać, żeby nie skończyło się na dobrych chęciach? Najprościej potraktować gotowy tekst jako rusztowanie, a nie jako budynek. Rusztowanie stawia się po to, żeby móc pracować, i nikt nie ma pretensji, iż stoi. Z czasem część konstrukcji można rozebrać, ale nikt nie zaczyna budowy od dachu.
- Zacznij od tekstu, skończ po swojemu: odmów modlitwę z książki, a potem dopowiedz jedno zdanie o mijającym dniu.
- Czytaj wolno i pozwól sobie przystanąć. jeżeli któreś zdanie zatrzymuje, nie ma obowiązku brnąć do końca strony.
- Sięgaj po gotowy tekst wtedy, gdy emocje są za duże. Żałoba i lęk to nie moment na wymyślanie własnych formuł.
- Trzymaj modlitewnik tam, gdzie faktycznie bywasz: w torbie, w samochodzie, przy łóżku, a nie na najwyższej półce.
- Jeśli słowa całkiem się skończą, zostań w ciszy. Wieśniak z Ars nie miał ze sobą żadnej książki.
Poniższe zestawienie porządkuje najczęstsze sytuacje, w których pytanie o formę modlitwy wraca najczęściej. Nie jest receptą, bo modlitwa nie działa jak instrukcja obsługi i każdy przypadek bywa inny, ale bywa pomocne wtedy, gdy ktoś zwyczajnie nie wie, od czego zacząć.
| Codzienna modlitwa rano i wieczorem | gotowy tekst | daje stały rytm i chroni przed odpuszczaniem |
| Żałoba, choroba, silny lęk | gotowy tekst | niesie wtedy, gdy własnych słów brakuje |
| Dziękczynienie za konkretne wydarzenie | własne słowa | konkretu trudno zmieścić w gotowej formule |
| Modlitwa wspólna w rodzinie lub grupie | gotowy tekst | pozwala mówić jednym głosem |
| Sprawa wstydliwa albo bardzo osobista | własne słowa | szczerość jest ważniejsza niż forma |
| Adoracja i cisza przed Najświętszym Sakramentem | często ani jedno, ani drugie | wystarczy obecność |
Zestawienie opracowane na podstawie powszechnej praktyki duszpasterskiej oraz nauczania Kościoła o modlitwie – wg stanu na dzień 23 lipca 2026 r. Ma charakter poglądowy i nie zastępuje osobistego rozeznania ani rozmowy z kierownikiem duchowym.
Spór, którego adekwatnie nie ma
Wróćmy do pytania z tytułu. Okazuje się, iż postawione jako „albo-albo” jest źle postawione, bo Kościół od początku robi jedno i drugie równocześnie. W tej samej Mszy odmawiamy Ojcze nasz słowo w słowo i zanosimy modlitwę wiernych własnymi zdaniami, i nikomu nie przychodzi do głowy, iż któraś z nich jest gorsza.
Prawdziwe pytanie brzmi inaczej: czy w ogóle się modlisz? Bo z tego sporu, prowadzonego wyłącznie w głowie, potrafi wyrosnąć wygodna wymówka, żeby nie robić nic. A modlitwa nieporadna, byle jaka i przerywana zawsze będzie warta więcej niż ta doskonała, odłożona na czas, gdy wreszcie będzie się umiało.
Zacznij więc od tego, co masz pod ręką. jeżeli to modlitewnik babci z pozaginanymi rogami, świetnie. jeżeli zdanie rzucone w drodze do pracy, też dobrze. Reszta, jak zwykle w życiu duchowym, przyjdzie z czasem i raczej nie wtedy, kiedy sobie to zaplanujemy.








