Młoda Wilczyca w Biurze: Jak nowa pracownica próbowała wygryźć doświadczoną Sofię z działu logistyki…

polregion.pl 2 dni temu

30 kwietnia 2024, wtorek

Dziś zapisałam się do dziennika po raz pierwszy od dawna chyba muszę trochę wyrzucić z siebie, zanim wszystko zaleje mnie od środka.

Pani Zofia Andrzejewska, proszę poznać się. To Milena, nasza nowa pracownica. Będzie panią wspierać w dziale.

Oderwałam wzrok od monitora i spojrzałam na młodą dziewczynę, może dwadzieścia dwa lata spokojna, wyraźnie przejęta nową sytuacją. Włosy, takie typowe mysie, zebrane w staranny kucyk, a zamiast przesadnej pewności skromny uśmiech i nieśmiałe skinienie głową. Milena lekko ścisnęła w ramionach cieniutką teczkę z papierami.

Bardzo mi miło powiedziała cicho, lekko się kłaniając. Jestem bardzo wdzięczna za tę szansę. Obiecuję pracować najlepiej, jak potrafię.

Robert Pawłowski, mój szef, już niemal wyszedł, ale zatrzymał się jeszcze w drzwiach:

Pani Zofio, jest pani z nami ponad dwadzieścia lat w dziale logistyki. Proszę przekazać Milenie wiedzę, nauczyć jej, jak obsługiwać system, pokazywać trasy, pracę z przewoźnikami. Za miesiąc powinna radzić sobie samodzielnie.

Kiwnęłam głową, przyglądając się nowej. Dwadzieścia dwa lata Gdybym miała dzieci, mogłyby być w jej wieku ale w wieku pięćdziesięciu pięciu lat już pogodzona jestem z tym, iż życie rodzinne nigdy mi się nie ułożyło. Tylko praca, mieszkanie z pelargoniami w oknie i mój kot Burek.

Usiądź, zapoznamy się z robotą wskazałam jej biurko obok.

Pierwsze dni Milena mieszała kody przewoźników, zapominała uzupełniać rejestr. Tłumaczyłam cierpliwie, od nowa, rozrysowywałam schematy na karteczkach.

Popatrz, tutaj wpisałaś Gdańsk, a ładunek idzie do Gorzowa. To czterysta kilometrów różnicy widzisz?

Milena czerwieniła się za uszami, przepraszała, po czym od razu poprawiała wszystko. Po chwili błądziła już gdzie indziej.

W połowie drugiego tygodnia zaczęło iść lepiej notowała każde moje słowo w notesie z okładką w kotki.

Pani Zofio, a dlaczego już nie pracujemy z tym przewoźnikiem? Przecież mają dobre stawki.
Spóźniali się dwa razy z dostawą reputacja ważniejsza niż rabat, pamiętaj.

Zupełnie szczerze kiwnęła głową i zanotowała, po czym po chwili znowu pyta:

Czy to pani piecze te drożdżówki? Taki zapach z pani pojemnika się unosi

Uśmiechnęłam się kącikiem ust. Nazajutrz specjalnie przyniosłam większy pojemnik z drożdżówkami z kapustą Milena wchłaniała je na lunch z takim zachwytem, jakby pierwszy raz jadła coś takiego.

Moja babcia tak piekła powiedziała, dokładnie zbierając okruchy. Odeszła dwa lata temu. Bardzo tęsknię.

Położyłam dłoń na jej smukłych palcach nie cofnęła jej, wręcz przeciwnie, podziękowała cicho uśmiechem.

Potem była szarlotka, ciasteczka z twarogiem, miodownik, który Milena nazwała najlepszym w swoim życiu. Złapałam się na tym, iż piekę coraz więcej, tylko po to, by ją częstować. Dawno zapomniane ciepło zaczęło sączyć się gdzieś w środku.

Pani Zofio, mogę zapytać o coś nie w pracy?
Pytaj.
Chłopak mi się oświadczył. Znamy się dopiero pół roku. Myśli pani, iż to za szybko?

Odłożyłam dokumenty, długo patrzyłam jej w oczy, w te zatroskane, zachłanne na radę.

jeżeli masz wątpliwości, to za wcześnie. Jak będzie ten adekwatny, nie będziesz musiała pytać nikogo.

Ulżyła sobie wyraźnie, jakby zrzuciła z ramion ciężki plecak.

Już po trzech tygodniach samodzielnie negocjowała z przewoźnikami, sprawdzała trasy, wyłapywała błędy innych. Patrzyłam na nią z nieskrywaną dumą chyba się udało, wychowałam kogoś dobrego.

Jest pani trochę jak mama powiedziała kiedyś Milena. choćby lepsza, bo moja tylko potrafi krytykować, pani zawsze mnie wesprze.

Mrugnęłam, odwracając się do okna.

No, zabieraj się do roboty! rzuciłam, ale wewnątrz buzia mi się śmiała do końca dnia.

Milena zaczęła kwitnąć. Mówiła z pewnością, gwałtownie obrabiała zgłoszenia, sprawnie poruszała się po naszym portalu. Czułam, iż oczekiwania przerosła.

Na piątkowej odprawie Robert Pawłowski wyglądał gorzej niż zwykle. Siedział przy stole jak król na tronie, kręcił długopisem w palcach i milczał.

Mamy trudną sytuację odezwał się w końcu. Rynek nam się kurczy, trzech dużych klientów przeszło do konkurencji. Centrala zdecydowała się na redukcję etatów.

Spojrzałam po kolegach. Wszyscy mieliśmy świadomość, co to znaczy zwolnienia.

Przez najbliższy miesiąc będą podejmowane decyzje co do każdego działu dodał. Póki co pracujemy normalnie.

Po powrocie na miejsce ukradkiem zerknęłam na Milenę. Nie wystukiwała nic na klawiaturze, tylko zawiesiła palce i gapiła się w ekran.

Pięćdziesiąt pięć lat. Wiedziałam, jak liczyć. Mam najwyższą pensję w dziale. Staż duży odprawa też byłaby niemała. Idealna kandydatka do zwolnienia. Smutne, przykre, ale poradzę sobie. Niedługo emerytura, mam oszczędności, kredyt spłacony.

Milena Rzuciła się w pracę na sto procent, a teraz to wszystko się sypie. Przestała gadać podczas lunchu, nie sięgała już po dokładkę szarlotki, patrzyła przez mnie jak przez mętne szkło.

Wszystko w porządku? przysiadłam na brzegu jej biurka. Boję się, iż się stresujesz tymi zwolnieniami?

Zadrżała, wymusiła uśmiech.

Nie, po prostu trochę się zmęczyłam.

Ale widziałam to nie była zmęczona, tylko przerażona dziewczyna. Dopiero co zaczęła pracę, dopiero co stanęła na nogi. To takie niesprawiedliwe.

Kolejne dwa tygodnie ciągnęły się w nerwowej niepewności. Ludzie szeptali po kątach, typowali do odstrzału. Milena pracowała cicho, uparcie. Kilka razy złapałam jej dziwny wzrok, ale zganiałam to na stres.

W czwartek tuż po obiedzie na komunikatorze wewnętrznym mignęła wiadomość: Pani Zofio, proszę podejść do gabinetu dyrektora.

Poprawiłam marynarkę i westchnęłam wiedziałam, co się święci. Dwadzieścia lat w tej firmie i zaproszenie na rozmowę teraz. Byłam gotowa.

Weszłam i zamarłam.

W fotelu naprzeciw Roberta Pawłowskiego siedziała Milena. Wyprostowana, z teczką na kolanach, miną maskującą wszelkie emocje.

Proszę usiąść szef skinął na wolne krzesło. Musimy poważnie porozmawiać.

Usiadłam. Milena nie spojrzała mi choćby w oczy.

Milena bardzo pracowita Pawłowski rozłożył przede mną dokumenty. Wyłapała kilka poważnych błędów. W pani dokumentacji, pani Zofio.

Zrobiło mi się zimno. Do głowy mi nie przyszło, by szukać tu powodu do krytyki. Milena, moja Milena od drożdżówek i szarlotki

Przeanalizowałam dane z ostatnich ośmiu miesięcy Milena przemówiła, kierując słowa tylko do niego. Wyszłam na jedenaście poważnych niezgodności: złe kody tras, pomyłki w listach przewozowych, zamieszanie z datami wysyłki.

Otworzyła teczkę, wyjęła tabele z żółtymi zakreśleniami. Rozpoznałam swój charakter pisma na marginesach.

Uważam, iż przejmując ten zakres, mogę zrobić to efektywniej i taniej mówiła sucho, jakby odczytywała raport. Pani Zofia jest bardzo doświadczona, ale czas robi swoje. Będzie dla firmy lepiej, jeżeli zostanę mniejsze koszty, większa skuteczność.

Robert Pawłowski odchylił się na krześle, popukał palcami w blat.

Co pani na to, pani Zofio?

Wzięłam papiery do ręki, przebiegłam wzrokiem po podkreślonych linijkach. Błędy, które błędami nie były.

Nie zamierzam się tłumaczyć odłożyłam papiery. Po dwudziestu latach wiem jedno: nie da się wszystkiego robić idealnie. Liczy się efekt końcowy. Dostawy na czas, klienci zadowoleni, pieniądze na koncie.

Ale takie błędy mogą zniszczyć firmę! Milena podniosła głos, pierwszy raz jej ton zabrzmiał jak kobiecy, nie służbowy. Ja tylko chciałam pomóc!

Robert uniósł kącik ust. Nie drwił, raczej był zmęczony.

Wie pani, Mileno, kogo najbardziej nie chcemy w zespole? Takich, którzy podkopują innych, żeby się wybić.

Milena zbielała.

Te błędy dobrze znam kontynuował kierownik. To nie pomyłki, a lata doświadczenia. Pani Zofia wie, jak omijać urzędowe absurdy i przyspieszać tam, gdzie system zawodzi. Tak wygląda mistrzostwo, nie niekompetencja. Jeszcze pani nie odróżnia.

Milena zacisnęła palce na podłokietnikach krzesła.

Ma pani dwa tygodnie wypowiedzenia. Proszę złożyć dokumenty na moje biurko jeszcze dziś.

Proszę głos dziewczyny się załamał. Bardzo proszę Mam kredyt, zaczęłam dopiero łkała cicho.

Trzeba było pomyśleć wcześniej. Jest pani wolna.

Wstała, papiery wypadły jej na podłogę, próbowała zgarnąć je roztrzęsionymi rękami, głowę miała nisko, mokre oczy ukryte za zasłoną włosów. Wysunęła się z gabinetu niemal bezgłośnie.

Widzisz, Zofio Pawłowski pokręcił głową. Mało brakowało, a wpuściłaby cię w kanał głaskałaś żmiję.

Milczałam. Pusto mi było w środku.

Pracujesz, dopóki firma będzie działać dodał poważnie. Takich ludzi jak ty się nie zwalnia. Mam nadzieję, iż rozumiesz?

Potaknęłam, wyszłam z gabinetu.

Milena siedziała na swoim miejscu przed ekranem, wpatrzona jak w pustkę. Gdy przechodziłam, rzuciła jedno spojrzenie zimne, przesiąknięte rozczarowaniem i wściekłością.

Nie obejrzałam się. Gdy usiadłam przy swoim biurku, uruchomiłam bazę danych. Drożdżówki w pudełku na parapecie nie drgnęły już tego dnia z miejsca.

Zofia AndrzejewskaTego wieczoru dłużej niż zwykle czekałam na tramwaj, trzymając torbę z drożdżówkami w drętwiejących palcach. Kamienne schody pod biurowcem były zimne, a miasto zamazał ciepły, majowy deszcz.

Gdy tramwaj wreszcie nadjechał, w pustym wagonie usiadłam pod oknem. Sięgnęłam po telefon wiadomości od Mileny już nie było, usunęła mnie z komunikatora. Patrzyłam w mokry asfalt, aż w szybie zobaczyłam siebie: nie kobietę zdradzoną, ale tę, która przetrwała mimo wszystko.

Otworzyłam torbę. Jedna, nieidealna drożdżówka została nietknięta. Westchnęłam. Nagle, bez zapowiedzi, przypomniało mi się, jak Milena śmieje się przy pierwszej szarlotce. Jej dłoń na mojej jeszcze sprzed zdrady, sprzed chłodu gabinetu dyrektora. Przez chwilę poczułam znów ukłucie żalu. Ale zaraz potem przyszła myśl: nauczyłam ją wszystkiego, co sama umiałam. Teraz zdecyduje sama, co z tym zrobi. I może kiedyś kiedy opadną z niej gniew i wstyd, wróci do własnych wspomnień lepsza, mądrzejsza.

Tramwaj zatrzymał się na mojej stacji, ostatni raz spojrzałam na tę nieszczęsną drożdżówkę. Uśmiechnęłam się gorzko, rozwinęłam papier i położyłam ją na ławce przystanku. Może zgłodnieje ktoś inny.

W domu kot Burek wybiegł mi naprzeciw, mrucząc głodnie i uparcie. Gdy wsypywałam mu karmę, przez uchylone okno pachniał deszcz i świeże rezedy. Trwałam bo przecież nie o wygrane czy przegrane chodzi, tylko o to, żeby następnego dnia znów piec drożdżówki, żeby komuś, kiedyś, znów podać rękę.

Bo choć czasem zawodzimy się na ludziach, czułość, którą im dajemy, zostaje w nas na zawsze. I to jedyne, czego nikt mi nie odbierze.

Idź do oryginalnego materiału