Nazywam się Wiktor Zborowski, mam pięćdziesiąt trzy lata i przez ostatnie dwa lata byłem mężem Ewy. Piszę to, bo w internecie krąży już druga fala komentarzy pod moim wpisem pożegnalnym, a nikt z tych ludzi nie siedział ze mną w poczekalni onkologii przy ulicy Garncarskiej w Bydgoszczy o siódmej rano, czekając na wynik rezonansu.
Redaktor pewnego lokalnego portalu, niejaki Bartosz Sienicki — prowadzi kanał o "wolnej medycynie" na jednym z serwisów wideo, ma tam grubo ponad sto tysięcy subskrypcji — napisał pod moim postem, iż wykorzystałem śmierć żony do "propagowania szkodliwych treści antyszczepionkowych i odrzucania onkologii konwencjonalnej". Ktoś inny to podchwycił, potem dziennikarka z portalu, dla którego pracuje, dopisała artykuł, w którym zacytowała komentarz jakiegoś znajomego Sienickiego, a mój zawodowy życiorys — bo skończyłem biotechnologię, dziesięć lat pracowałem w laboratorium diagnostycznym — całkowicie pominęła.
Ewa zachorowała w styczniu przedostatniego roku. Rak jajnika, trzeci stopień, węzły już zajęte. Siedzieliśmy w gabinecie na Garncarskiej, pani doktor mówiła coś o chemioterapii neoadiuwantowej, o operacji cytoredukcyjnej, a Ewa rysowała długopisem kółka na marginesie skierowania, jedno w drugim, aż papier zrobił się szary od tuszu. Zgodziłem się na leczenie od pierwszego dnia, bo to ona chciała spróbować, a ja chciałem, żeby żyła.
Pierwszą chemię przeszła sześć razy. Wymiotowała nad umywalką w naszej łazience na Fordonie, ja trzymałem jej włosy, które i tak wypadały garściami — kupiłem jej wtedy chustę w kwiaty na Wolnym Rynku, bo peruki nie chciała choćby przymierzyć. Operację miała w maju. Przeżyła ją, ale jesienią guz wrócił, tym razem z przerzutami do wątroby, i lekarze zaczęli od nowa: kolejne sześć cykli, tym razem innym lekiem, potem napromienianie. Dwanaście cykli chemii w sumie, licząc oba podejścia.
I wtedy, dopiero wtedy, Ewa sama, nie ja, powiedziała, iż dość. Że chce ostatnie miesiące przeżyć bez kroplówek, bez mdłości, bez tego zapachu szpitalnego korytarza, który czuła choćby we śnie. Zaczęła pić jakieś zioła polecone przez koleżankę z grupy wsparcia, jadła dietę, o której czytała w internecie. Powiedziałem jej wtedy: rób, co chcesz, ja będę przy tobie, cokolwiek wybierzesz.
Zmarła dwudziestego trzeciego kwietnia, w czwartek, o czwartej nad ranem, w naszej sypialni, tak jak chciała. Napisałem wtedy na Facebooku coś, co miało uczcić jej pamięć — wspomniałem, iż nie ufała już systemowi, który przez półtora roku obiecywał jej remisję, a dał jej kolejne przerzuty. To był żal, nie manifest polityczny.
Trzy dni po pogrzebie zadzwonił do mnie mój brat, Kamil, i powiedział, iż mój wpis "poszedł" w sieci — w złym sensie. Otworzyłem telefon i zobaczyłem czterysta komentarzy, w tym od ludzi, którzy nigdy nie widzieli Ewy na oczy, piszących, iż "zabiłem ją swoimi teoriami". Zadzwoniła do mnie choćby redakcja tego portalu z prośbą o komentarz — odmówiłem, bo nie zamierzałem tłumaczyć się z choroby własnej żony przed kimś, kto nie zna choćby numeru gabinetu, w którym siedzieliśmy czterdzieści dwa razy.
Tydzień później poszedłem do notariusza przy placu Wolności, żeby uporządkować sprawy po Ewie — mieliśmy wspólne konto w banku, trzeba było przepisać na mnie połowę mieszkania, które było na nas oboje. Siedziałem w poczekalni z teczką dokumentów: akt zgonu, akt małżeństwa, wypis ze szpitala onkologicznego. Notariuszka, starsza kobieta o nazwisku Halina Bogacz, zapytała mnie, czy to prawda, co czytała w internecie. Rozłożyłem przed nią wypis ze szpitala, wskazałem palcem datę pierwszej chemii i podpis Ewy pod zgodą na leczenie — moim nazwiskiem podpisaną obok, jako opiekuna. Popatrzyła na dokument, potem na mnie, i beze słowa podsunęła mi kolejną stertę papierów do podpisania.
Wieczorem tego samego dnia usiadłem przy kuchennym stole — tym samym, przy którym Ewa kroiła jabłka na szarlotkę, jeszcze zdrowa, dwa lata temu — i napisałem drugi wpis. Napisałem numer konta fundacji onkologicznej w Bydgoszczy, dla której Ewa w ostatnim roku życia sama zbierała pieniądze na chusty i peruki dla innych pacjentek, razem ze zdjęciem Ewy w tamtej chuście w kwiaty, i napisałem, iż każdy, kto chce naprawdę pomóc, a nie tylko oceniać, może wpłacić choćby dwadzieścia złotych.
Zebrało się jedenaście tysięcy trzysta złotych w trzy tygodnie. Sienicki nic o tym nie napisał na swoim kanale.
Wyłączyłem telefon, na ekranie zostało zdjęcie Ewy w chuście w kwiaty, uśmiechniętej na tarasie fundacji. Wstawiłem czajnik, wyjąłem z szafki jeden kubek, potem, po chwili, odstawiłem go z powrotem i sięgnąłem po ten z odpryskiem na uchu, który zawsze brała Ewa.










