Mąż zaprosił kolegę na tydzień do naszego mieszkania, a ja bez słowa spakowałam walizkę i pojechałam do sanatorium – czyli jak mężczyźni sami uczą się szanować dom, kiedy żona daje im szkołę życia

newsempire24.com 11 godzin temu

Mąż przyprowadził kolegę na tydzień, a ja spokojnie spakowałam walizkę i wyjechałam do sanatorium

No wchodź, nie krępuj się, czuj się jak u siebie poniósł się z przedpokoju radosny głos mojego męża, po czym słychać było głuchy stuk czegoś ciężkiego rzuconego na podłogę. Gosia zaraz nakryje do stołu, trafiliśmy idealnie.

Małgorzata zamarła z chochlą w ręku. Nikogo się dziś nie spodziewała. Miała być cisza, święty spokój i rodzinny wieczór przed telewizorem, a jedynym upragnionym gościem miała być po prostu święta cisza po tygodniu walki z fakturami u księgowej. Powolutku odłożyła chochlę, wytarła dłonie w ręcznik i wyszła na korytarz.

Tam krajobraz nie zwiastował nic dobrego. Andrzej, jej mąż, świecił się jak nowa patelnia, pomagając ściągać kurtkę postawnemu facetowi o zaczerwienionym nosie i twarzy jak z reklamy lekarstw przed. W kącie leżała samotna ogromna torba sportowa, rozdymająca się tak, iż suwak ledwo zipał.

O, Gosiulka! zauważył żonę Andrzej, rozpromienił się jeszcze bardziej. Mam dla ciebie niespodziankę. Kojarzysz Radka? Studiowaliśmy razem! No, ten co najlepiej brzdąkał na gitarze.

Małgorzata kojarzyła Radka mętnie. Głośny typ z tyłu sali, wiecznie na prośbę, wiecznie sięgał po cudze papierosy i notatki. Ze studenta została już tylko odznaka Radek przybrał na szerokości, dorobił się brzucha i zakoli, a wzrok miał taki, jakby testował wytrzymałość mebli.

Dobry, pani domu burknął gość, zdejmując ciężko buty i rzucając je, gdzie popadnie. Całkiem ładna ta wasza klitka. Obszerna taka.

Dobry wieczór odpowiedziała oszczędnie Małgorzata, mierząc wzrokiem męża. W jej oczach był niemy wyrzut, który Andrzej zwykł odczuwać aż między łopatki.

Mąż czym prędzej podszedł do niej, objął za ramiona i szepcze na ucho, niby dyskretnie, gdy gość szedł do łazienki:

Gosia, sprawa jest. Radek ma poważny problem. Żona, wiedźma, go wystawiła. Własność jej matki, więc go choćby nie meldowali. Kasy na styk. Przenocuje u nas tydzień? Znajdzie coś albo się pogodzi z żoną. No nie mogłem zostawić chłopa na ulicy, znasz mnie…

Małgorzata znała go aż za dobrze. Andrzej zawsze dobry, ale to była dobroć naiwna. Nikomu nie potrafił odmówić, zwłaszcza jeżeli ktoś wspominał stare dobre czasy.

Tydzień? powtórzyła cicho. Andrzej, mamy dwa pokoje. Gdzie będzie spać? Na salonie? A my?

Daj spokój, Gośka, machnął ręką. Po co się przejmować. Najwyżej popijemy herbatę w kuchni. Pomóżmy chłopu. Spokojny jest, choćby go nie zauważysz.

Spokojny chłop wyszedł z łazienki susząc ręce na jej nowiutkim, jeszcze nieużytym ręczniku na gości.

A żarcie jest? zapytał radośnie Radek, wpychając głowę do kuchni. Nie miałem dziś w ustach nic oprócz stresu. Ledwo się spakowałem, ledwo dojechałem…

Kolacja a raczej teatr jednego widza przebiegła pod znakiem walki z apetytem Radka, który jadł, jakby jutro ogarniała świat apokalipsa. Barszcz wyparowywał w sekundę, kotlety znikały bez śladu, a komentował wszystko bez pardonu.

Barszczyk dobry, chociaż czosneczku mało. Moja była tak gęsty robiła, iż łyżka stała. Tu taki… fit, chyba?

Małgorzata zacisnęła usta i powstrzymała komentarz. Andrzej przepraszał wzrokiem i dokładał jeszcze Radkowi.

Jedz, Raduś, moja Gosia super gotuje.

Nie mówię, iż źle odwarknął Radek, nalewając sobie wódeczki (zresztą przyniesionej przez siebie). Jak na miastową może być. My, robotnicy, wolimy konkret. Andrzej, nie masz piwka? Wódka to nie do kotleta.

Resztę wieczoru salon przypominał zlot decybeli. Telewizor rozkręcony tak, iż szyby w kredensie drżały, Radek zalegał na kanapie, komentując każdą bójkę w filmie, Andrzej przytakiwał i biegał z herbatą i kanapkami. A Małgorzacie nie starczyło miejsca w własnym mieszkaniu. Zamknęła się w sypialni i próbowała czytać, ale dźwięki strzałów i śmiech gościa przebijały wszelkie ściany.

Ranek cudów nie przyniósł. Kuchnia tonęła w brudnych naczyniach, na stole ślady imprezy okruchy, plamy z keczupu, pusta flaszka. Radek spał rozwalony na kanapie, jego chrapanie niosło się echem. Fetor alkoholu i nieświeżych skarpet unosił się nad całym mieszkaniem.

Andrzej, rozczochrany i nieprzytomny, gramolił się z łazienki.

Oj, Gośka, wybacz, przegadaliśmy wieczór, nie zdążyliśmy posprzątać, szepnął Ja wszystko ogarnę po pracy.

Po pracy? Małgorzata spojrzała na zegarek. A co wy rano zjecie? Talerzy brak.

No, umyję zaraz kilka…

Małgorzata wypiła kawę bez słowa, starając się nie patrzeć w stronę salonu, ubrała się i wyszła. Przez cały dzień miała tylko jedną myśl: Nie chcę tam wracać. Do swojego ukochanego, zadbanego mieszkania… Nie chciało się już wracać.

Wieczorem koszmar przybrał na sile. Owszem, naczynia umyte jako tako, z plamami. Mieszkanie śmierdziało tłuszczem. Radek włóczył się po kuchni w podkoszulku i palił przy otwartym oknie, choć Małgorzata sto razy mówiła: Nie wolno w mieszkaniu palić.

O, wróciła pani domu! powitał ją Radek, puszczając dym w sufit. Z Andrzejem sami usmażyliśmy ziemniaki. Na boczku! Sali nie mieliście, to skoczyłem do sklepu. Pieniądze Andrzej dał, bo karta mi zablokowali.

Spojrzała na kuchnię. Tłuszcz wszędzie, obierki na podłodze.

Nie jestem głodna, odparła sucho. Andrzej, na chwilę?

Zaciągnęła męża do sypialni.

Andrzej, co to ma być? Dlaczego on pali? Czemu taki bajzel? Mówiłeś, iż go nie zauważę.

Gośka, nie wkurzaj się. Facet w stresie, wiesz… posprzątamy! On prosty chłop, nie przywiązuje wagi do drobiazgów. Tylko tydzień! Radek już szuka czegoś.

Szuka? Z piwem na kanapie?

Dzwonił do kogoś dzisiaj! Naprawdę. Gosia, nie bądź zrzędą. Przyjaciel poznaje się w biedzie.

Następne trzy dni to był już raj na kółkach. Radek zawłaszczył przestrzeń, bo ma wolne bezpłatne. Zjadał zapasy przeznaczone na dwa dni w jeden wieczór. Chodził w samych slipach, władał łazienką przez godzinę, zostawiając bajzel.

Kulminacja nastąpiła w piątek.

Małgorzata wróciła wcześniej z pracy, marząc o gorącej kąpieli i śnie. Otwiera drzwi śmiechy, muzyka. W przedpokoju dodatkowe damskie kozaki na obcasie i męskie buty.

Wchodzi do salonu. Kłęby dymu. Przy stole Radek, jakiś obcy facet i wyfiokowana lala o wyglądzie nie na kawę. Andrzej czerwony, skulony na taborecie. Na stole szlachetna kolekcja butelek i zakąska porozrzucana bezpośrednio na jej ukochanym dębowym stoliku, bez serwetek.

Oho, żona przyszła! ryknął Radek. Andrzej, nalej karniaczka! Gośka, to Kamil i Renatka, tylko kulturalny chillout. Przecież piątek!

Małgorzata patrzyła na okrągły ślad po szklance na stoliku. Patrzyła, jak Renatka gasi peta w porcelanowej misce na cukierki. Patrzyła, jak Andrzej spuszcza wzrok.

Nie krzyczała. Nie rzucała zastawy. Coś się w niej wyłączyło. Zamiast złości, pojawiła się lodowata, krystaliczna jasność.

Dobry wieczór powiedziała równym głosem. Nie będę wam przeszkadzać.

Odwróciła się, przeszła do sypialni, zamknęła się na klucz. Hałas na chwilę ucichł, Andrzej pewnie próbował wymusić ciszę, ale potem muzyka znów zagrała, choć cicho.

Wyciągnęła walizkę z szafy. Działała jak automat: szlafrok, klapki, kostium, kilka sukienek, wygodne spodnie, kosmetyki, sterta książek. Podziękowała losowi, iż szefowa od dawna goniła ją po urlop zaległy, i sama sobie, iż miała oszczędności poza zasięgiem Andrzeja.

Odpaliła laptopa, zarezerwowała luksusowy pobyt w jednym z uzdrowisk w Ciechocinku, o którym marzyła, tylko zawsze jej było szkoda tych ponad 2000 złotych. Apartament z widokiem na park, trzy posiłki dziennie, spa, masaże. Opłacić. Potwierdzenie. Przyjazd z rana.

Spakowana, walnęła się do łóżka, zatyczki w uszy. Impreza rozmyła się gdzieś daleko.

Rano cisza. Goście poszli spać pewnie o świcie, Andrzej i Radek chrapali jak dwa traktory. Małgorzata wstała, wzięła prysznic, ubrała się, chwyciła walizkę i wyszła. Na kuchennym stole, między pustymi butelkami, zostawiła karteczkę: Pojechałam do sanatorium. Wrócę za tydzień. W lodówce pusto. Opłać czynsz sam.

Taksówka już czekała przed blokiem. Kiedy wsiadła, poczuła ulgę nie do opisania.

Pierwsze dwa dni w sanatorium upłynęły jej w błogiej nieświadomości. Spacery po parku, koktajle tlenowe, basen, czytanie książek. Telefon wyciszyła, sprawdzała raz dziennie.

Smsy Andrzeja zaczęły przychodzić wieczorem pierwszego dnia.

Gosia, gdzie jesteś?!

Gosia, to nie żarty, wracaj!

Wstaliśmy i cię nie ma.

Nie ma co jeść, mogłaś chociaż zupę zostawić.

Małgorzata czytała, uśmiechała się i odkładała telefon, idąc na zabieg z czekoladowym okładem.

Trzeciego dnia zmiana tonu.

Gosia, odbierz! Gdzie są czyste skarpetki?

Jak włączyć pralkę? Błyska i nie startuje.

Radek pyta gdzie zapasowe ręczniki, swój upaprał.

Skończył się proszek i papier toaletowy. Masz schowane? Gdzie?

Odpowiedziała tylko raz: Instrukcja pralki w internecie. Proszek i papier w sklepie. Skoro byliście w stanie znaleźć pieniądze na wódkę, znajdziecie i na zakupy.

Czwartego dnia odebrała telefon. Siedziała akurat w fitobarze, popijając herbatkę z żeń-szeniem.

Gosia! No wreszcie! panika w głosie Andrzeja Kiedy wrócisz? Tu masakra!

Co się dzieje, Andrzejku? Ja na zabiegach. Odpoczywam.

Bajzel tu, Radek już totalnie się panoszy! Wczoraj sprowadził kolegów na mecz, darli się do drugiej, Krysia z dołu zadzwoniła na Straż Miejską! Musiałem się tłumaczyć! Dostałem mandat!

Cóż… Sam mówiłeś: normalny facet, trzeba pomóc. No to pomagasz. Jesteś głową rodziny.

Gosia, tu nie ma co jeść! Padam po pracy, a tu syf, dym, i jeszcze Radek wymaga kolacji! On twierdzi, iż jestem beznadziejnym gospodarzem!

A w czym ja mam pomóc? Jestem, według twojego przyjaciela, miastową pindą i gotuję źle. Ucz się od niego, obchodź boczek.

Gosia, nie wygonię go, głupio mi, to mój kolega… zawył Andrzej.

Twój dom, twoje zasady. Ja wracam w niedzielę wieczorem. jeżeli mieszkanie nie będzie w stanie sprzed Radka, a cień Radka zostanie między ścianami, od razu jadę do mamy i składam pozew. To nie groźba, Andrzej. To fakt.

Schowała telefon i ruszyła na masaż twarzy. Było jej lekko. Przestała się bać stawiać granicę i być niewdzięczną. Tydzień z Radkiem otworzył jej oczy: cierpliwość nie zawsze jest cnotą. Czasem to po prostu pozwolenie, by wejść ci na głowę.

Reszta turnusu minęła jak mgnienie. Wyspała się za całe dziesięciolecie. Odmłodniała i odzyskała dawny błysk w oku i wygładziła zmarszczki od zgryzoty.

W niedzielę wróciła do domu. Taksówka podjechała. W windzie drżało jej serce, ale nie ze strachu.

Otworzyła drzwi.

Pachniało domestosem, cytryną i… pieczonym kurczakiem. Przyjemnie!

W przedpokoju porządek zero torby Radka, żadnych cudzych butów. Buty Andrzeja równo na półce.

Z kuchni wyszedł Andrzej, z podkrążonymi oczami, ogolił się, ubrany w świeżą koszulę.

Hej… odezwał się cicho.

Małgorzata weszła do salonu. Wzorcowy porządek. Kanapa jak nowa. Dywan wyprany. Stolik wypolerowany. Okno otwarte, świeży powiew już wywietrzył dym papierosowy.

W kuchni lśniące naczynia, w piecu dopiekał się kurczak.

A gdzie Radek? zapytała, zdejmując płaszcz.

Andrzej ciężko westchnął, opierając się o framugę.

Pogoniłem go w czwartek, po twoim telefonie.

Naprawdę? Jak przeżyłeś głupio mi, przyjaciel?

Gosia Andrzej przetarł czoło Gdy zażądał, żebym leciał mu po piwo, bo mecz się zaczyna, a ja ledwo z pracy wróciłem, zmywałem jego gary, coś we mnie pękło. Powiedziałem: Pakuj manatki. Pokłócił się, nazwał mnie pantoflarzem i groził, iż baba mną rządzi. Kasy też chciał na odszkodowanie moralne. Dałem stówkę na taksę, torbę wystawiłem za drzwi. Odebrałem klucze. Dwa dni czyściłem chatę, Krysi z dołu kupiłem czekoladki i przeprosiłem.

Wziął ją za ręce dłonie szorstkie od mycia.

Gosia, przepraszam. Byłem idiotą. Myślałem, iż nie stanie się nic złego. Nie zauważałem… Byłem przyzwyczajony, iż wszystko samo się robi. Ale przez te cztery dni prawie zgłupiałem. Jak ty to wytrzymujesz, jeszcze pracując?

Małgorzata spojrzała na niego. W oczach Andrzeja była nie tylko skrucha, ale coś nowego zrozumienie. Że spokój i ciepło domowe mają swoją cenę.

Nie wytrzymuję, Andrzej. Dbam o nas. Ale nie wynajęłam się do obsługiwania natrętów.

Obiecuję. Zero nocujących kolegów. Nigdy. choćby Radek dostał bana na kontakt. Pisał potem paskudne sms-y, dodałem do czarnej listy.

Siadaj, lelum polelum, zanim kurczak się spali uśmiechnęła się Małgorzata.

Jedli w milczeniu. Ale to było ciepłe milczenie. Andrzej dbał o żonę, podawał najlepsze kawałki, dolewał herbaty.

Jak w sanatorium? zapytał nieśmiało.

Bosko. I postanowiłam, iż będę wyjeżdżać regularnie, co pół roku. Tydzień to za mało. I wiesz, może i ty się nauczysz gotować coś poza jajecznicą. Bo różnie bywa.

Nauczę się! Andrzej przytaknął z powagą. Na pewno.

Na drugi dzień znajoma doniosła Małgorzacie, iż Radek wrócił do teściowej, zrobił awanturę i była żona pozywa go o eksmisję i podział długów z kredytów, których przyjaciel narobił co niemiara. A wyszło na jaw, iż z pracy go wywalili za picie już miesiąc temu, a żona go wyrzuciła to tylko pretekst, żeby wyłudzić lokum i posłuchać swoich żalów za darmo.

Andrzej tylko pokręcił głową, jeszcze mocniej objął żonę. Lekcja została odrobiona. Granica rodzinna stała się święta i nikt już jej nie przekroczy. A Małgorzata pojęła, iż czasem, aby ktoś cię usłyszał, nie musisz krzyczeć. Wystarczy wyjść i zostawić go sam na sam z konsekwencjami.

To wydarzenie zmieniło ich zwyczaje. Nie, Andrzej nie stał się wzorem gospodarza z dnia na dzień, ale przestał traktować pracę żony jak oczywistość. Nauczył się mówić nie. Kiedy miesiąc później zadzwonił jego cioteczny brat z prośbą o nocleg na parę nocy, Andrzej podał mu adres schroniska młodzieżowego z uśmiechem.

Małgorzata wszystko słyszała przez półotwarte drzwi kuchni, mieszając zupę, i uśmiechała się pod nosem. Bo choć sanatorium to raj, własny dom gdzie cię ktoś naprawdę szanuje jest lepszy niż jakikolwiek luksus.

Dziękuję, iż dobrnęliście do końca tej historii! Będzie mi miło, jeżeli zostawicie lajka i zasubskrybujecie profil, żeby nie przegapić kolejnych życiowych opowieści.

Idź do oryginalnego materiału