Mąż zaproponował, żebyśmy zamieszkali osobno, żeby “sprawdzić uczucia” – więc wymieniłam zamki w mieszkaniu

newsempire24.com 14 godzin temu

Dziennik Eweliny, marzecmaj

Wiesz, Ewelina, wydaje mi się, iż staliśmy się sobie obcy. Rutyna nas pożera. Myślę powinniśmy na jakiś czas zamieszkać oddzielnie.

Paweł wypowiedział to zupełnie zwyczajnie, jakby proponował, żeby dziś zamiast chleba żytniego kupić pszenny. choćby nie oderwał wzroku od talerza z żurkiem, w który maczał skwarkę. Zamarłam z chochlą w ręku i poczułam, jak kropla gorącej zupy spływa mi po nadgarstku, ale nie czułam bólu. W uszach szumiało, jakby ktoś włączył odkurzacz na pełną moc tuż obok.

Co to znaczy oddzielnie? zapytałam, starając się utrzymać głos w ryzach. Odłożyłam chochlę do garnka, bojąc się, iż zaraz mi wypadnie z miękkiej dłoni. Jedziesz w delegację?

Nie, gdzie tam delegacja Paweł skrzywił się i wreszcie podniósł na mnie wzrok. Miał minę zmęczonego człowieka, który musi kolejny raz tłumaczyć coś, co uważa za oczywiste. Chodzi mi o przerwę. O sprawdzenie uczuć. Rozumiesz zgasła iskra. Wracam do domu, a tu duszno. Ciągle to samo: praca, kolacja, telewizor, sen. Chcę się dowiedzieć, czy do ciebie mnie jeszcze ciągnie, czy to już tylko przyzwyczajenie.

Wsunęłam się ciężko na krzesło naprzeciwko niego. Dwadzieścia lat małżeństwa. Dwoje dzieci, już studenci jeden w Poznaniu, drugi w Krakowie. Kredyt hipoteczny spłacony przed trzema laty. Remonty robione własnymi rękami w każdą wolną sobotę. I teraz “duszno”?

A gdzie planujesz mieszkać na czas tej próby? zapytałam cicho.

Wynająłem kawalerkę. Na kilka miesięcy. Blisko pracy, żeby nie stać w korkach odpowiedział zbyt szybko, jakby ten scenariusz już dawno miał w głowie. Rzeczy już zacząłem pakować, są w sypialni.

To znaczy, iż już wszystko było dawno postanowione. Gdy jeszcze myślałam, jakie sadzonki kupić na działkę tej wiosny, gdy wybierałam mu nowy sweter na wyprzedaży, on szukał mieszkania. Podpisał umowę, wpłacił kaucję. I milczał.

A moje zdanie cię nie obchodzi? spojrzałam na niego, próbując odnaleźć w tej twarzy chłopaka, za którym wyszłam za mąż. Ale widziałam przed sobą zupełnie obcego człowieka, lekko zaokrąglonego, z rozbieganymi oczami.

Ewelina, po co dramatyzować odłożył łyżkę. Chyba jednak stracił apetyt. Nie proponuję rozwodu. Na razie. Proponuję taki break. W Stanach tak robią, psychologowie zalecają. Może zatęsknimy za sobą i będziemy mieli drugi miesiąc miodowy. Albo rozstaniemy się, przynajmniej szczerze.

Wstał, rzucił serwetkę na stół i ruszył do sypialni. Słyszałam chrobot szafy, szeleszczące torby. Siedziałam przy kuchennym stole, patrzyłam na stygnący żurek (jego ulubiony, z białą kiełbasą), i czułam, jak narasta we mnie pustka, lodowata i paraliżująca.

Wieczór przeszedł jak przez mgłę. Paweł kręcił się po domu z walizkami, wynosił rzeczy do przedpokoju: laptop, swoją ulubioną kawę (którą dostałam od koleżanek z pracy, choć to on ciągle ją pił), ciepłe swetry.

To ja idę powiedział, już w kurtce, stojąc w drzwiach. Wyglądał na dumnie zakłopotanego. Nie dzwoń do mnie. Umówmy się miesiąc ciszy. Dla czystości eksperymentu.

A jak rura pęknie? głupio zapytałam.

Zadzwonisz po hydraulika. Dasz radę, jesteś dorosła. Klucze zostawię przy sobie, może będę musiał coś zabrać w pośpiechu. No, cześć. Nie tęsknij za bardzo.

Zatrzasnął drzwi. Zamek kliknął. Zostałam sama. Mieszkanie nagle wydawało się olbrzymie i przerażająco ciche.

Pierwsze trzy dni tylko leżałam. Wstawałam po wodę albo do łazienki, żyłam jak cień. W kółko analizowałam ostatnie miesiące: czy narzekałam za bardzo na porozrzucane skarpetki? Przytyłam? Stałam się nudna?

Czwartego dnia wpadła do mnie siostra, Kinga. Wpadła jak huragan, taszcząc torby z jedzeniem i winem. Widząc mnie zapłakaną, w rozciągniętym szlafroku, z tłustymi włosami tylko pokręciła głową.

No nie, kochanieńka, tak to nie może być. Marsz do łazienki, ja pokroję oscypek.

Godzinę potem, siedząc z kieliszkiem wina w kuchni, opowiedziałam jej wszystko. Kinga słuchała uważnie, mrużąc oczy.

“Próba uczuć”, powiadasz? prychnęła. “Duszno”? Ewelka, jesteś bystra, ogarniasz rachunki w pracy szybciej niż Excel, a tego dodać do siebie nie potrafisz? On ma inną.

Daj spokój, jaką inną? Ma pięćdziesiąt lat, lumbago i refluks, komu jest potrzebny?

Oho, kochana, miłość nie patrzy na żołądek. Wynajął kawalerkę, “nie dzwoń miesiąc” klasyka. Spróbuje mieszkać z nową, ale na wszelki wypadek zostawia sobie drogę powrotu. Jak mu jej barszcz nie podejdzie, wróci do ciebie z kwiatkiem: “Kocham tylko ciebie, bez ciebie nie żyję”. A jak się ułoży, pozwie o rozwód.

Te słowa grzęzły mi w gardle jak kamienie. Niby chciałam zaprzeczać i bronić Pawła, ale czułam, iż Kinga ma rację. Wszystko się zgadzało nowy kod w telefonie, późne powroty, nowa koszula kupiona własnoręcznie mimo nienawiści do sklepów.

No to co ja mam robić? zapytałam, a złość zaczynała wypierać żal.

Co? ŻYĆ! Kinga uderzyła dłonią w stół. I to dobrze żyć! Idź do fryzjera. Kup coś sobie. Przestań gapić się na telefon. Mieszkanie czyje?

Moje. Po rodzicach powiedziałam odruchowo. On tylko zameldowany u swojej matki. Papierów nigdy nie przełożyliśmy, wiecznie nie było czasu.

No i dobrze! Czyli jesteś panią sytuacji. Słuchaj mnie teraz. Nie siedź i nie płacz. Myśli, iż tu histeryzujesz i czekasz na powrót? Zaskocz go.

Gdy Kinga wyszła, długo jeszcze chodziłam po mieszkaniu, zapalając światła. Weszłam do łazienki. Na półce stał jego krem po goleniu. Chwyciłam go i z całej siły wrzuciłam do śmieci. Głuchy stuk był jak pierwszy strzał w swojej, nowej wojnie.

Kolejne dwa tygodnie były dziwne. Zmuszałam się do pracy. Koleżanki zauważyły, iż schudłam i posmutniałam, ale zwalały to na przesilenie wiosenne. Zauważyłam za to rzeczy, których wcześniej nie doceniałam.

Bez Pawła mieszkanie było jakieś schludniejsze. Nie zostawały okruchy na stole, nie wisiały brudne jeansy na fotelu. Żywności wystarczało na znacznie dłużej, a wieczorem makaron z pesto mi wystarczał w zupełności. Wolne wieczory! Przypomniałam sobie o robótkach na drutach. Wyciągnęłam motki, puściłam serial i zaczęłam dziergać szalik.

Cisza przestała straszyć. Stała się kojąca. Nikt nie ględził mi nad uchem o polityce, nikt nie przełączał kanału w trakcie mojego filmu.

Wciąż dręczyła mnie jednak niepewność. Może Kinga się myli? Może Paweł rzeczywiście sam siedzi i myśli o mnie?

Wszystko się rozjaśniło pewnego piątkowego wieczoru. Wracałam z pracy, wstąpiłam do galerii po nową włóczkę. Wjeżdżając schodami ruchomymi, zobaczyłam ich.

Paweł stał przy witrynie jubilera. Z nim była młoda dziewczyna góra trzydzieści lat, w zielonym płaszczu. Uśmiechał się do niej tym samym uśmiechem, którym kiedyś czarował mnie. Pokazywał coś w gablocie, a ona śmiała się, odrzucając głowę do tyłu. Wyglądali na absolutnie szczęśliwych.

Schowałam się za plecy jakiegoś starszego pana. Serce waliło jak młot. Patrzyłam, jak mój “znudzony, duszący się” mąż, który chciał być sam, obejmuje inną kobietę i prowadzi ją do wyjścia.

W tamtym momencie coś w środku mnie się skończyło. Ale zarazem urodziło się coś nowego zimnego, twardego i bardzo spokojnego.

Nie zrobiłam awantury. Nie śledziłam ich. Wróciłam do samochodu i pojechałam do domu.

Najpierw sięgnęłam po dokumenty. Akt własności na moje nazwisko. Darowizna od mamy. W paszporcie i meldunku tylko ja i dzieci. Pawła nie było. Zawsze machał ręką: nie ma sensu załatwiać formalności.

Znalazłam w Internecie numer pogotowia ślusarskiego.

Dzień dobry, potrzebuję pilnie wymienić zamki w drzwiach wejściowych. Mam dokumenty mieszkania. Ile to kosztuje? Za godzinę? Idealnie.

Ślusarz zjawił się błyskawicznie. Masywny, konkretny gość. Nie pytał, tylko upewnił się, jaki zamek założyć.

Najlepszy, proszę. Taki, żeby stary klucz nie pasował choćby w połowie.

Zrobione, pani gospodyni. Będzie “Gerda”, nikt nie wyważy. choćby ze starym kluczem nie otworzy.

Dźwięk wiertarki był jak muzyka. Opadające wióry, stuk zamka odcinający bolesną przeszłość.

Gdy zostałam z nowymi, błyszczącymi kluczami, przekręciłam cztery obroty. Cztery ściany mojej twierdzy.

Spakowałam resztę rzeczy Pawła: kurtki, buty, wędki z balkonu, elektronarzędzia. Ułożyłam wszystko w duże, czarne worki na śmieci. Wyszło pięć. Wystawiłam w przedsionku koło drzwi.

Minął tydzień. Paweł się nie odzywał. Najwyraźniej “próba uczuć” trwała z młodą partnerką dłużej. Ja już byłam spokojna. Wysłałam e-wniosek o rozwód przez ePUAP. Okazało się banalnie proste.

Dzwonek zadźwięczał w sobotę rano. Uporczywy, nerwowy. Spojrzałam przez wizjer. Paweł stał na klatce schodowej, trochę podniszczony, z reklamówką i wiązanką goździków.

Nie otworzyłam. Oparłam czoło o chłodne drzwi i czekałam.

Paweł próbował wetknąć klucz. Usłyszałam zgrzyt. Nie wszedł. Próbował jeszcze raz, potem z większą siłą. Wyciągnął, zadmuchał, ponowił próbę.

Ewelina! Ewelina, jesteś? Co jest z zamkiem?

Milczałam.

Otwórz! Umówiliśmy się na miesiąc, ale postanowiłem wrócić wcześniej! Tęskniłem!

Z głębi siebie wydobyłam jasny, stanowczy głos:

Twoje rzeczy są w czarnych workach na lewo od drzwi. Zabierz je i idź.

Zapadła cisza. Paweł, widocznie, przetwarzał sytuację. Potem szurnął workami.

Zwariowałaś? Jakie worki?! Otwieraj natychmiast! Jestem twoim mężem! Mam prawo wejść do swojego domu!

To nie jest twój dom, Pawle odpowiedziałam spokojnie. Mieszkanie jest moje. choćby nie jesteś zameldowany. Chciałeś być osobno? Proszę bardzo. Na zawsze.

Zamki zmieniłaś? Jak śmiałaś?! Zadzwonię po policję! Straż Pożarną!

Dzwoń. Pokaż im meldunek i opowiedz, jak sprawdzałeś swoje uczucia u kochanki. Policjant się pośmieje.

Jakiej kochanki? Zwariowałaś? Sam mieszkałem!

Widziałam was w galerii handlowej. Jubilera. Zielony płaszcz. Przestań już.

Padły przekleństwa, dostałam w drzwi.

Pożałujesz! Zostaniesz sama, głupia babo! Kto cię zechce po czterdziestce?! Wróciłem z litości, z łaski, a ty wszystko ci zabiorę! Działkę, samochód!

Podzielimy przez sąd, jak trzeba odpowiedziałam. Mieszkania nie dostaniesz. Odejdź lub wzywam policję.

Jeszcze moment wrzeszczał, kopał worki, rzucił kwiatami, potem zebrał swoje rzeczy.

Zdzira! ryknął na odchodne.

Słyszałam jeszcze brzęk windy i nastała cisza.

Zsunęłam się po drzwiach na podłogę. Trzęsły mi się nogi i spływały łzy ale to już nie był smutek. To było oczyszczenie.

Po dziesięciu minutach umyłam twarz zimną wodą. Patrzyłam w lustro: kobieta ze zmęczonymi oczami, ale podniesiona głowa.

Telefon pisnął wiadomość od Kingi: “No i jak? Widziałam jego auto na dworze.”

Odpisałam: “Poszedł z gratami. Zamki nie do ruszenia.”

“Brawo! odpisała Będę wieczorem z tortem. Świętujemy nowy początek!”

Poszłam do kuchni, postawiłam wodę na herbatę. Przez wizjer kątem oka widziałam leżące goździki. Przez dwadzieścia lat nie zapamiętał, iż nienawidzę goździków tylko tulipany.

Po miesiącu była sprawa rozwodowa. Rozwiedli nas błyskawicznie, dzieci dorosłe, nie było walki. Musiałam sprzedać działkę i podzielić pieniądze, samochód Paweł zabrał, wypłacił mi rekompensatę (wydałam ją potem na wakacje).

Jego “muza” rzuciła go, gdy tylko dowiedziała się, iż został bez mieszkania i z niedoprecyzowanym podziałem majątku. Kawalerki też nie utrzymał finansowo, wrócił więc do matki, do ciasnego bloku na obrzeżu miasta.

Dowiedziałam się przypadkiem od wspólnych znajomych. Już mnie nie obchodziło. Dopiero wróciłam z Turcji, pierwszy raz od lat odpoczywałam sama. Opalone ramiona, kolorowa sukienka, choćby krótkie wakacyjne zauroczenie z przystojnym Niemcem. Nic poważnego, ale przypomniałam sobie, iż jestem piękną kobietą.

Pewnego wieczoru wracając do domu usłyszałam:

Ewelina?

Przy ławce stał Paweł schudł, zmięta wiatrówka, zmęczony wzrok.

Hej powiedziałam, przyspieszając krok.

Może pogadamy? zbliżył się. Byłem głupi. Pomyliłem się. Matka mnie męczy, nie da się żyć. Tęsknię za naszym domem. Za twoim żurkiem. Może spróbujemy raz jeszcze? Dwudziestu lat nie da się tak wykreślić

Spojrzałam na niego. Z zaskoczeniem poczułam, iż nic już nie czuję. Ani złości, ani żalu, ani sentymentu. Po prostu pustkę. Jak do obcego proszącego o drobniaki.

Dwudziestu lat nie wykreśli się zgodziłam się. Ale przeszłość powinna zostać w przeszłości. Mam nowe życie, Paweł. Nie ma w nim miejsca na stare błędy. I na ciebie.

Ale się zmieniłem! Wszystko zrozumiałem

Ja też się zmieniłam uśmiechnęłam się. I wiem już, iż samej jest mi po prostu lekko.

Wyciągnęłam swoje klucze nowe, srebrzyste i pewnym krokiem weszłam do klatki. Domofon zapiszczał, wpuścił mnie do środka. Drzwi zamknęły się za mną, odcinając Pawła i jego spóźnione skruchy.

W windzie pomyślałam, iż trzeba by tapetę nową przykleić w przedpokoju. Jasną, może morelową. Kupić wygodny fotel do dziergania wieczorami. Życie dopiero się zaczyna, a klucze do niego mają tylko moje dłonie.

Idź do oryginalnego materiału