Matka bez wyników biopsji, córka z kopertą

twojacena.pl 1 tydzień temu

Nazywam się Marta, mam trzydzieści osiem lat, uczę angielskiego w jednym z liceów na poznańskich Jeżycach. Tamtego czwartku wyszłam ze szkoły o czternastej, odebrałam Kubę ze świetlicy, zawiozłam go do mojej mamy Grażyny, żeby posiedział u niej godzinę, bo sama musiałam jeszcze pojechać do przychodni przy Szamarzewskiego. Miałam ze sobą jej dowód i upoważnienie, które napisałam własnoręcznie, bo wiedziałam, iż inaczej nikt mi nic nie powie.

Nie ukradłam tego dowodu. Wzięłam go w sobotę, kiedy mama brała prysznic, bo leżał na widoku, w tej jej przegródce w szufladzie kredensu, tam gdzie zawsze – osobno dowód, osobno karta NFZ, osobno legitymacja emerytalna. Wiedziałam dokładnie, gdzie szukać, bo to ja jej ten kredens kupowałam cztery lata temu w Agacie, kiedy się przeprowadzała po śmierci taty.

Trzy miesiące wcześniej mama zadzwoniła i powiedziała jednym tchem, iż wyczuła guzek, iż idzie na USG, iż nie ma co panikować. Głos miała taki, jakim się mówi o zepsutej pralce. Spokojny, rzeczowy, zero emocji. I ja wtedy, zamiast się ucieszyć, iż w ogóle mi powiedziała, poczułam coś jakby duszność. Bo znam moją mamę. Ona tak samo rzeczowo mówiła, kiedy tata miał zawał, kiedy się okazało, iż firma, w której pracowała trzydzieści pięć lat, likwiduje jej stanowisko trzy lata przed emeryturą. Ona nie krzyczy. Ona nie płacze przy ludziach. Ona się zamyka w sobie jak w tej swojej szufladzie z przegródkami i czeka, aż wszystko samo się ułoży albo samo runie.

A ja się boję tej ciszy bardziej niż płaczu. Bo kiedy tata umierał, mama przez dwa tygodnie w szpitalu mówiła mi, iż lekarze są dobrej myśli, iż to rutynowe badania, iż nie ma co jechać z Kubą co drugi dzień, bo dziecko ma szkołę. A potem zadzwoniła w niedzielę rano i powiedziała: tata zmarł w nocy, pogrzeb w czwartek. Dwa tygodnie kłamstwa, żeby mnie „nie martwić". Nie zdążyłam się pożegnać tak, jak chciałam. Do dziś śni mi się ten korytarz szpitalny, którym biegłam za późno.

Więc kiedy mama trzy tygodnie temu zaczęła mówić, iż wyniki będą „może w przyszłym tygodniu", ja już wiedziałam, iż kłamie. Znam ten ton. To ten sam ton sprzed pogrzebu. I pomyślałam: nie, nie tym razem. Tym razem nie będę czekać na niedzielny telefon z gotowym faktem, z którym nic już nie mogę zrobić.

W przychodni na Szamarzewskiego siedziałam dwadzieścia minut w kolejce, obok mężczyzna w dresie trzymał teczkę z wynikami rezonansu i cały czas postukiwał nogą o podłogę. Pielęgniarka za szybą miała na biurku kubek z napisem "Najlepsza Mama Świata" i długopis reklamowy jakiejś firmy farmaceutycznej. Wzięła dowód, upoważnienie, poszła po kopertę. Trzymałam ją w rękach jakieś czterdzieści minut, zanim się przemogłam, żeby otworzyć. Nie w przychodni. W samochodzie, na parkingu przy Poznańskim Parku Naukowo-Technologicznym, silnik wyłączony, radio ściszone do szumu.

Zmiana złośliwa, wczesne stadium, rokowania dobre przy szybkim leczeniu.

Siedziałam z tą kartką jeszcze piętnaście minut. Nie zadzwoniłam od razu do mamy. Zadzwoniłam do koleżanki z pracy, której mama przechodziła to samo pięć lat temu, i zapytałam, do jakiego onkologa u nich szła prywatnie, bo kolejka w NFZ to były dwa miesiące, a ja nie chciałam czekać dwóch miesięcy. Umówiłam konsultację na poniedziałek. Dopiero potem pojechałam do mamy odebrać Kubę.

I wtedy, w jej kuchni na Piątkowie, przy tym samym stole, gdzie od dziecka jadłam drugie śniadanie przed szkołą, powiedziałam jej wprost, iż mam wyniki, iż jest źle, ale nie beznadziejnie, iż umówiłam wizytę u profesora Kowalika w poniedziałek na czternastą.

Mama postawiła czajnik, którego choćby nie włączyła, i spytała cicho, skąd mam wyniki.

– Wzięłam twój dowód.

Milczała tak długo, iż usłyszałam, jak w łazience cieknie kran, który od miesiąca obiecywałam jej naprawić. Kuba w pokoju obok oglądał kreskówkę, śmiał się głośno z czegoś, co nas w ogóle nie dotyczyło.

– To były moje wyniki, Marta. Moje ciało, moja choroba, mój dzień, w którym chciałam to przeczytać sama.

– Wiem. I zrobiłabym to jeszcze raz.

Wstała, wyszła z kuchni, zamknęła się w łazience. Słyszałam, jak puszcza wodę, żeby zagłuszyć płacz, dokładnie tak samo jak po pogrzebie taty. Zostałam przy stole z tą kopertą i pomyślałam, iż chyba właśnie zniszczyłam coś, czego już nigdy się nie da skleić.

Dzwonił telefon. To była ona, z domu, chociaż siedziała piętnaście metrów dalej za drzwiami.

– Marta. Przyjedź jutro rano. Sama. Bez Kuby.

Przyjechałam o dziewiątej. Mama siedziała przy tym samym stole, przed nią leżała moja kopia wyników obok jej segregatora z dokumentami medycznymi – tego samego, w którym trzymała wszystkie papiery po tacie, poukładane chronologicznie, z zakładkami. Otworzyła go, wyjęła pustą koszulkę foliową i położyła obok moich wyników.

– Włóż to tutaj. Ale słuchaj mnie teraz uważnie, bo powiem to raz.

Powiedziała, iż rozumie mój strach, iż wie, skąd się bierze, iż sama czuła to samo, kiedy jej matka – moja babcia – umierała na raka trzydzieści lat temu i nikt jej wtedy nic nie mówił wprost, dopóki nie było za późno. Ale powiedziała też, iż jeżeli jeszcze raz wezmę coś, co należy do niej – dowód, wyniki, decyzję – bez pytania, to od tego dnia będzie mnie informować o wszystkim z opóźnieniem, na zasadzie łaski, a nie prawa. Że zmieni upoważnienie w przychodni tak, żeby obejmowało tylko wspólne wizyty, umówione wcześniej, z jej wiedzą.

I zrobiła to samo popołudnie. Pojechałyśmy razem na Szamarzewskiego, mama wypełniła nowy formularz w rejestracji – upoważnienie dla mnie ważne wyłącznie przy jej obecności lub jej wcześniejszej pisemnej zgodzie na odbiór konkretnego dokumentu, z datą i podpisem za każdym razem. Podpisała to przy mnie, długopisem reklamowym z tego samego kubka "Najlepsza Mama Świata". Powiedziała pielęgniarce głośno, żebym słyszała: żadnych wyjątków, choćby dla córki.

W poniedziałek o czternastej siedziałyśmy razem w gabinecie profesora Kowalika. Mama sama zadawała pytania, sama zapisywała terminy w kalendarzyku, który nosi w torebce od dwudziestu lat. Ja siedziałam obok, milczałam, trzymałam jej torebkę, kiedy szła na pierwsze badanie przed leczeniem.

Do dziś, kiedy przyjeżdżam w środy po szkole, zawsze najpierw pytam, czy mogę wejść, mimo iż mam swój klucz. I zawsze, zanim cokolwiek załatwię w jej sprawie – choćby zapisanie na wizytę kontrolną – piszę do niej SMS z pytaniem, czy się zgadza. Ona czasem odpisuje "tak, jasne", a czasem "poczekaj, sama zadzwonię". I ja czekam.

Idź do oryginalnego materiału