– Masz już pięćdziesiątkę, komu ty jesteś potrzebna? – śmiał się mąż. A Lucyna postanowiła to sprawdzić

twojacena.pl 6 godzin temu

Masz już pięćdziesiątkę, komu jesteś potrzebna drwił mąż. A Lidia postanowiła to sprawdzić.

Mąż Lidii, Zbigniew Janusz Korowiecki, był człowiekiem z teoriami. Nie z jedną, oczywiście. Miał ich chyba ze dwadzieścia, każda żelazna i niepodważalna. O tym, iż prawdziwy barszcz gotuje się tylko na wołowinie. Że koty są mądrzejsze od psów. Że telewizor trzeba oglądać z głośnością ustawioną na czterdzieści dwa ani mniej, ani więcej. Ale najważniejsza jego teoria brzmiała: kobieta po pięćdziesiątce nie jest już interesująca dla mężczyzny.

Formułował ją na różne sposoby, zależnie od nastroju.

Czasem naukowo: tak już jest, Lidka, natura mądrze to urządziła, nic osobistego.

Innym razem filozoficznie: taka jest kolej rzeczy, nie ma co z tym dyskutować.

Częściej jednak, zwłaszcza gdy Lidia zakładała nową sukienkę albo malowała usta, rzucał to zwyczajnie, jakby od niechcenia: masz już pięćdziesiątkę, komu jesteś potrzebna.

Bez znaku zapytania. Po prostu fakt.

Lidia miała pięćdziesiąt dwa lata. Pracowała jako księgowa w firmie budowlanej, rano robiła gimnastykę, wieczorem czytała książki, a w weekendy piekła drożdżówki, które Zbigniew zajadał z uśmiechem, nie łącząc ich jednak z pytaniem o to, komu jest potrzebna ich autorka.

Przeżyli razem dwadzieścia sześć lat. Przez ten czas Zbigniew nabrał ciała, wyłysiał i uporządkował swoje teorie. Lidia nie. A przynajmniej nie w taki sposób.

Najpierw zauważyła to jej przyjaciółka, Teresa.

Lidka powiedziała któregoś popołudnia przy kawie, patrząc na nią tym swoim spojrzeniem, które zawsze zapowiadało coś ważnego i lekko szalonego. Ty sobie zdajesz sprawę, iż jesteś ładna?

Daj spokój westchnęła Lidia, jak zawsze.

Mówię poważnie. Naprawdę. I słuchaj, może byśmy spróbowały zarejestrować cię na portalu randkowym? Tylko tak, dla eksperymentu.

Lidia odstawiła kubek.

Zwariowałaś?

Po prostu wypełnimy formularz. Znajdziemy fajne zdjęcie. Zobaczysz, co się stanie.

Nic się nie stanie odpowiedziała Lidia. Przecież mam już pięćdziesiątkę. Komu ja jestem potrzebna.

I w tej chwili zatrzymała się, bo rozpoznała w swoim głosie i słowach echo Zbigniewa Janusza Korowieckiego.

Teresa była energiczna i stanowcza. Nie przekonywała długo, to nie leżało w jej charakterze. Po prostu działała tak, iż robiło się niezręcznie odmówić nie fizycznie, ale jakoś moralnie. Tego wieczoru przyszła do Lidii z laptopem pod pachą, butelką wina i miną, jak gdyby wszystko było już ustalone.

Słuchaj rzuciła od progu, stawiając butelkę na stole. Robimy ci profil. Szybko, ładnie i bez gadania.

Poczekaj… Lidia choćby nie zdążyła zdjąć fartucha. Jaki profil?

Na portalu randkowym, przecież mówiłam.

Mówiłaś. A ja powiedziałam nie.

Powiedziałaś komu ja jestem potrzebna. To zupełnie co innego.

Lidia patrzyła na nią. Teresa odwdzięczyła się pewnym, nieustępliwym wzrokiem kobiety, która wie lepiej i czeka, aż reszta to zrozumie.

Tereska, mam pięćdziesiąt dwa lata.

Wiem, znam cię od trzydziestu.

No i co?

I nic. Siadaj.

Lidia usiadła. Nie dlatego, iż się poddała po prostu bolały ją nogi. Dzień był długi. Najpierw raport w pracy, potem korki. Po prostu chciała chwilę odpocząć.

Dawaj zdjęcie powiedziała Teresa, otwierając laptopa.

Jakie zdjęcie?

Jakieś ładne. Masz jakieś?

Lidia zamyśliła się. Ostatnie były z firmowej wigilii. Stała z boku, z kieliszkiem, bokiem do aparatu, patrząc w inną stronę, bo Zbigniew tego wieczora dzwonił do niej trzy razy, pytając, kiedy wróci.

Mam z Sylwestra odpowiedziała niepewnie.

Pokaż.

Pokazała. Teresa długo się przyglądała.

Świetne stwierdziła. Naprawdę. W życiu tak się nie prostujesz, jak tutaj.

Na zdjęciu nikt mnie nie widzi odparła Lidia i nie wiedziała, skąd jej to przyszło do głowy.

Teresa spojrzała na nią jeszcze uważniej. Milczała przez chwilę, po czym otworzyła wino.

Profil tworzyły długo. A adekwatnie Teresa pisała, Lidia protestowała przeciw każdemu punktowi.

Cel znajomości? Lidka, wpisz rozmowa.

Nie mam ochoty z nikim rozmawiać.

To nie szkodzi. Pisz.

Napisz coś o sobie. Tereska, co mam napisać? Księgowa, umiem gotować barszcz, żyję z facetem, który ma teorię o kobietach po pięćdziesiątce?

Wpiszemy: Aktywna, ciekawa, lubię czytać książki i podróżować.

Przecież nigdzie nie jeżdżę.

Chciałabyś?

Lidia zamyśliła się.

Chciałabym.

No to nie skłamałaś.

Wybrały zdjęcie z Sylwestra Lidia w bordowej sukience, włosy upięte, spojrzenie żywe, jakby rozbawione. Zbigniew tej sukienki w ogóle nie widział tej nocy już spał, zanim zdążyła wrócić.

Gotowe oznajmiła Teresa, zamykając laptopa. Profil utworzony.

I co teraz?

Teraz czekamy.

Na co?

Zobaczysz.

Lidia nalała sobie wina, popatrzyła w okno. Był zwykły wieczór: latarnia, goła gałąź topoli, nic szczególnego. Zbigniew w pokoju obok oglądał telewizję głośność ustawiona idealnie na czterdzieści dwa. Z ekranu coś mruczało, jak zawsze.

No trudno, pomyślała Lidia. Profil jak profil. I tak przecież nic z tego nie będzie.

Dopiła wino i poszła pozmywać.

Następnego ranka nie myślała o profilu w ogóle.

Pojechała do pracy, pół dnia siedziała nad raportem kwartalnym, w przerwie zjadła niesmaczną zupę ze stołówki na parterze i o trzeciej złapała się na tym, iż wypatruje przez okno gołębi siedzących na gzymsie.

Telefon leżał w torebce.

O piątej jednak go wyjęła. Tak tylko sprawdzić, czy nie ma nic od Zbigniewa. Od niego nie było. Za to pojawiło się powiadomienie z portalu. Czerwone kółko z liczbą.

Liczba to 11.

Jedenaście wiadomości. Jednego dnia.

Lidia spojrzała na telefon, a telefon na nią. Odłożyła go z powrotem, odczekała parę minut, po czym wyjęła jeszcze raz.

Jedenaście.

Pewnie spamerzy, pomyślała.

Otworzyła. Spamerów nie było. Było jedenastu panów ze zdjęciami, imionami, prawdziwymi wiadomościami. Jedni napisali krótko: Cześć, interesujący profil. Inni bardziej obszernie. Jeden, Stanisław, pięćdziesiąt cztery lata, napisał aż trzy akapity: o książkach, o tym, iż dawno nie spotkał kobiety z takim spojrzeniem na zdjęciu i o tym, iż uwielbia podróże.

Lidia przeczytała to dwa razy.

Przecież też napisałam o podróżach, przypomniała sobie. I poczuła lekki wstyd. Ale tylko trochę.

Wieczorem zadzwoniła do Teresy.

Tam jest jedenaście wiadomości rzuciła zamiast powitania.

Już?! Teresa była wyraźnie zachwycona. A nie mówiłam?

Jeden pisze o książkach.

Odpisz mu.

Nie zamierzam.

Lidia.

No co, Lidia? Mam pięćdziesiąt dwa lata, jestem mężatką.

Odpisz.

Lidia jednak nie odpisała. Wieczorem zmywała naczynia i myślała o Stanisławie z jego trzema akapitami.

Zwariowałaś powiedziała sobie w myślach.

A rano i tak otworzyła aplikację. Czerwone kółeczko miało już inną liczbę.

Dwadzieścia osiem.

Lidia usiadła na brzegu łóżka. Zbigniew jeszcze spał.

Dwadzieścia osiem osób napisało przez noc.

Przewijała ostrożnie, jakby mogła coś zepsuć. Oto Andrzej, czterdzieści osiem lat, inżynier, śmieszna fotka z kotem. Oto Michał, pięćdziesiąt sześć, poważny, w krawacie napisał: Jest pani bardzo piękną kobietą. Oto Darek tu Lidia się zatrzymała czterdzieści jeden, zdjęcie w górach, napisał krótko: Dzień dobry. Opowie pani coś o sobie?

Czterdzieści jeden. Jedenaście lat młodszy od niej.

Lidia zamknęła telefon. Po chwili jednak otworzyła znów.

Pod wieczór drugiego dnia liczba przekroczyła pięćdziesiąt.

Pięćdziesiąt trzy wiadomości. A adekwatnie pięćdziesiąt cztery, bo jedna doszła w trakcie liczenia.

Siedziała w kuchni, piła herbatę i przeglądała je z miną człowieka, który szedł po chleb, a znalazł skarb. Oto Włodek, pięćdziesiąt lat, przedsiębiorca, przysłał wiersz nie swój, ale miłe. Oto Nikola napisał prosto: Spodobała mi się pani, chciałbym bliżej poznać. Oto Darek z górami odezwał się drugi raz, bo ona nie odpisała, więc napisał jeszcze, nie natarczywie: Może jest pani zajęta? Proszę się nie przejmować.

Lidia długo patrzyła na ten tekst.

Zbigniew coś odpowiadał do telewizora. Telewizor odgryzał się po swojemu. Dogadali się już dawno.

Komu jesteś potrzebna przypomniała sobie Lidia.

Pięćdziesiąt cztery osoby przez dwa dni. Część w jej wieku. Część młodszych. Jeden napisał wiersz. Drugi czekał na odpowiedź i napisał jeszcze raz z szacunkiem, bez nacisku.

Teoria Zbigniewa Janusza Korowieckiego zaczynała trzeszczeć. Powoli, jak stary parkiet, ale wyraźnie.

Lidia dopiła herbatę. Odstawiła kubek do zlewu. I po raz pierwszy od dawna spojrzała w okno na swoje odbicie nie przelotnie, nie przypadkiem, ale bardzo uważnie.

W szkle stała kobieta w wieku pięćdziesięciu dwóch lat. Wyprostowana. Z pięknymi oczami. Do której w dwa dni napisało pięćdziesiąt czterech nieznajomych mężczyzn.

No proszę powiedziała do siebie cicho Lidia.

Odbicie jakby się z nią zgadzało.

Telefon leżał na szafce obok łóżka.

Zbigniew sięgnął po okulary leżące obok, akurat gdy ekran się rozświetlił przyszło nowe powiadomienie. Zbigniew wziął telefon z obojętnością kogoś, kto nie spodziewa się niczego nowego. Spojrzał. Zmarszczył brwi.

Zobaczył jeszcze raz.

Na ekranie stało: Darek: Dzień dobry! Myślałem dziś o pani…

Zbigniew Janusz usiadł na łóżku. Powoli. Jak ktoś, komu właśnie przekazano istotną wiadomość i jeszcze nie wie, czy to dobrze, czy źle.

Lidia! zawołał.

Lidia była w kuchni i parzyła kawę. Słyszała go, ale się nie spieszyła.

Lidia!

Już idę.

Weszła do pokoju z kubkiem w ręce. Spokojnie. Zbigniew trzymał telefon jakby złapał w ręce coś żywego i nie wiedział, czy wypuścić.

Co to ma być? zapytał oschle.

Lidia rzuciła okiem na ekran. Na męża. Upiła łyk kawy.

Powiadomienie odpowiedziała.

Widzę, iż powiadomienie. Kim jest ten Darek?

Z portalu randkowego.

Cisza. Uczciwa cisza.

Z jakiego portalu randkowego?! Zbigniew zerwał się z miejsca. Zarejestrowałaś się tam?!

Tak.

Ale po co?!

Lidia odstawiła kubek na szafkę. Spojrzała na męża spokojnie, bez gniewu, może choćby z ciekawością. Jak się patrzy na zagadkę, której zna się już odpowiedź.

Chciałam sprawdzić twoją teorię powiedziała.

Jaką teorię?

O kobietach po pięćdziesiątce. Pamiętasz? Komu jesteś potrzebna.

Zbigniew otworzył usta. Zamknął. Spojrzał znów na telefon teraz były już trzy nowe powiadomienia, pojawiły się jedno za drugim, gdy toczyli rozmowę.

I ilu tam tych nie dokończył.

Pięćdziesięciu czterech poinformowała Lidia. W dwa dni.

Pięćdziesięciu czterech powtórzył Zbigniew cicho. Jakby przymierzał tę liczbę do siebie. Nie pasowała mu.

Niektórzy są choćby ode mnie młodsi dodała Lidia, zabrała kubek i wróciła do kuchni.

Zbigniew Janusz Korowiecki został sam na środku pokoju z telefonem w ręce. Za oknem było zwyczajne poranne niebo latarnia już zgasła, topola stała naga, wróble krzyczały na gzymsie. Wszystko po staremu. Tylko teoria jakoś przestała działać.

Zupełnie.

Idź do oryginalnego materiału