— Marek, naprawdę nie jedziemy nad Bałtyk? — Jadwiga odrzuciła kalkulator na stoliku kuchennym.
Pociągnęła nosem, dając do zrozumienia, iż ma dosyć.
— Coś w tym roku musimy ściągać pasek — odparł Marek. — Dach w domku przyciąć, samochód na przegląd, a inflacja wiesz jaka.
— Każdy grosz się liczy, a ty marzysz o morzu — dodał.
Jadwiga stała przy oknie, patrząc na rozgrzany asfalt.
Do bólu chciała poczuć słony podmuch.
Usłyszeć szum fal, położyć się na tydzień bez myślenia o niczym.
— Już trzy lata nie wyjeżdżaliśmy — powiedziała cicho.
— Mam urlop, który się po prostu spala.
— W szufladzie leży kwota wystarczająca na dwie osoby, jeżeli będziemy skromni.
— Nie pięciogwiazdkowy hotel, zwykły domek gościnny.
— Skromnie teraz nie zrobimy — odciął Marek, nalewając zimną herbatę.
— Bilety podrożały, jedzenie drożeje.
— Jedziemy, wydamy wszystko, a potem co? Zimą będziemy lizać łapę?
— Ten rok spędzamy w domu. Pojedziemy do mamy, nad jezioro.
— Świeże powietrze, pomożemy jej przy ogórkach.
Jadwiga westchnęła.
Dyskutowanie z Markiem w trybie „rozsądnego gospodarza” nie miało sensu.
Zawsze potrafił odwrócić sytuację tak, iż to ona wyglądała na rozrzutnicę.
— Dobrze — poddała się, czując głębokie rozczarowanie.
— Domek to domek. Tylko nie licz, iż będę stała przy kuchni od rana do nocy.
— No i mądra jesteś — odetchnął Marek, od razu łagodniejszy.
— Pieniądze zostaną w całości. Musimy jeszcze ubezpieczenie odnowić.
Kolejne dwa tygodnie minęły w dusznym upale miasta.
Jadwiga chodziła do pracy, marząc o klimatyzacji, którą Marek uznawał za zbędny luksus.
Liczyła dni do urlopu u teściowej, Zofii Kowalskiej.
Wolała to jednak od siedzenia w betonowym mieszkaniu.
Trzy dni przed wyjazdem wszystko się zmieniło.
Wieczorem, gdy smażyła kotlety, zadzwonił telefon.
Marek odebrał, a jego twarz spoważniała.
— Tak, mamo… Co się stało? Ciśnienie? Co mówią lekarze?
— Dobrze, rozumiem. Pieniądze znajdziemy, najważniejsze zdrowie.
Rozmowa się skończyła.
— Jadwiga, kłopoty — powiedział. — Mama ma kiepsko. Ciśnienie szaleje, serce przeskakuje.
— Lekarz mówi, iż potrzebuje natychmiastowego leczenia.
— Trzeba ją do szpitala? — zapytała, wyłączając patelnię.
— Gorzej. Zalecił sanatorium kardiologiczne, gdzieś w środkowej Polsce.
— Rehabilitacja, kąpiele, masaże. Inaczej może dostać udaru.
— Ona jedyna mi została, tata odszedł młodo.
Marek krążył nerwowo po kuchni.
— Domek odwołujemy. Musimy wysłać mamę do sanatorium.
— Znam ceny od wiosny. To nie tanio.
— Ile to kosztuje? — spytała Jadwiga z niepokojem.
— Prawie wszystko, co odkładaliśmy. Plus trochę z pensji.
— Ale to mama, Jadwiga! Zdrowia się nie kupuje.
— Wszystko, co odkładaliśmy na wakacje i remont? — dopytała, czując kłującą obojętność w gardle.
— Dobre sanatorium! Z pełnym wyżywieniem i leczeniem!
— Myślisz, iż nie spodziewałem się takiej lodowatości od ciebie?
Jadwiga przygryzła wargę.
Oskarżanie o lodowatość było jego ulubioną bronią.
— Nie żałuję — wyszeptała. — Niech jedzie. Zdrowie ważniejsze.
Marek objął ją, pocałował w czoło.
— Dziękuję, kochanie. Wiedziałem, iż zrozumiesz.
— Jutro pojadę do niej, przyniosę pieniądze, pomogę się spakować.
Następnego ranka Marek opróżnił ich schowek.
Jadwiga patrzyła, jak pulchny kopertowy list znika w jego torbie.
Została w mieście, sama, na „urlopie”.
Bez morza, bez domku, bez pieniędzy na kawę w kawiarni.
Marek wrócił późnym wieczorem, zmęczony, ale zadowolony.
— Wysłałem — westchnął, padając na kanapę.
— Mama trochę płakała, nie chciała przyjąć pieniędzy.
— Mówiła: „Jak wy, dzieci, bez wypoczynku?”.
— Zadzwoniła, kiedy dotarła? — zapytała Jadwiga.
— Tam sygnał słaby. Sanatorium w lesie, cisza.
— Mówi, iż wyłącza telefon, żeby promieniowanie nie wpływało na serce.
Rozpoczął się jej „urlop” w mieście.
Dni spędzała na sprzątaniu, żeby zająć ręce i głowę.
Upał nie ustępował, miasto się topiło.
— Dzwoniła? — pytała co wieczór.
— Dzwoniła — przytakiwał. — Głos jaśniejszy. Leki przyjmuje, jedzą dietę.
Jadwiga poczuła choćby ulgę.
Po tygodniu siedziała na balkonie z laptopem, przeglądając portal społecznościowy.
Fotki znajomych pełne plaż, drinków, opalonych ciał.
„Wszyscy nad morzem, oprócz mnie” — pomyślała gorzko.
Algorytm podsunął rekomendację: „Może znasz tę osobę”.
Na zdjęciu siedziała pulchna dama w szerokim kapeluszu i ciemnych okularach.
Ten kształt głowy, ta różowa szminka — coś znajomego.
Wróciła do profilu. Nazwa: „Grażyna Piękna”.
To była przyjaciółka teściowej, ciocia Lida, nierozłączna z Zofią od szkoły.
Ostatni post — trzy godziny temu. Geolokalizacja: Mielno.
Na zdjęciu dwie kobiety przy basenie, drinki z parasolkami, talerz krewetek.
Jedna to Grażyna. Druga…
Jadwiga przybliżyła zdjęcie. Serce zamarło.
Druga kobieta, w kąpielówce w leopardzie wzory, śmiała się, unosząc głowę.
Na szyi lśniła złota bransoleta z wisiorkiem — ta sama, którą podarowali jej na rocznicę.
To była Zofia Kowalska, „chora” teściowa.
Powinna leżeć w lesie pod Krakowem, jeść parowe kotlety, leczyć serce w ciszy.
Jadwiga przewinęła w dół, ręce jej drżały.
Wczorajsze zdjęcie: „Jesteśmy na zjeżdżalni! Super wrażenia!”.
Przedwczorajsze: „Wieczorny spacer, muzyka na żywo, kiełbaski z wódką”.
Trzy dni temu: „Zakwaterowaliśmy się! Pokój luksusowy, widok na morze!”.
Pod spodem napis: „Dziękujemy kochanym dzieciom za prezent!”.
Jadwiga przeczytała to jeszcze raz.
W oczach jej pociemniało.
Odłożyła laptop i spojrzała na zamknięte drzwi sypialni, gdzie spał Marek.
Pieniądze z wakacji pojechały nad morze. Tylko bez niej.












