Mamo, uśmiechnij się – Historia Ariny, która wstydziła się śpiewającej mamy, trudnej drogi po odejśc…

twojacena.pl 2 dni temu

Mama, uśmiechnij się

Jagoda nigdy nie lubiła, gdy sąsiadki wpadały do nich na plotki i zawsze prosiły mamę, żeby zaśpiewała.

Wiesiu, zaśpiewaj, masz taki ładny głos, a jak tańczysz, no mistrzostwo! mama zaczynała śpiewać, sąsiadki dołączały, czasem choćby razem tańczyły na podwórku, zupełnie jakby cała wieś wirowała pod topolami.

W tamtych czasach Jagoda mieszkała z rodzicami na wsi, w starej chałupie z widokiem na niekończące się mazowieckie pole. Miała młodszego brata Bartka. Mama była serdeczna i wesoła, żegnała sąsiadki zawsze tymi samymi słowami:

Wpadajcie jeszcze, dobrze się dziś posiedziało, czas minął jak woda w Wiśle.

A sąsiadki kiwały głowami, jakby coś rozumiały więcej.

Jagodzie nie podobało się jednak, iż mama śpiewa i tańczy, czuła się wtedy zawstydzona, chociaż nie potrafiła tego do końca wyjaśnić. Chodziła wtedy do piątej klasy, aż raz, nabrawszy odwagi, powiedziała mamie cicho:

Mamusiu, nie śpiewaj i nie tańcz już, proszę cię Wstydzę się naprawdę nie wiedziała sama, dlaczego tak czuje.

I dziś, będąc dorosłą i samą już matką, nie odpowie na to pytanie. Mama jednak spojrzała na nią z łagodnym uśmiechem:

Jagódko, nie wstydź się, tylko uciesz! Przecież nie będę śpiewać i tańczyć całe życie. Póki młoda jestem, niech się cieszę

Jagoda wtedy nie rozumiała, iż euforia też potrafi uciec z życia.

Kiedy była w szóstej klasie, a Bartek we drugiej, tata odszedł od nich. Spakował się i wyszedł, niby idąc po bułki, a już nie wrócił. Jagoda nie wiedziała, co takiego wydarzyło się pomiędzy mamą a tatą. Dopiero jako nastolatka zapytała kiedyś:

Mamo, dlaczego tata nas zostawił?

Zrozumiesz, jak będziesz starsza odpowiedziała matka, chowając spojrzenie.

Nie umiała wtedy powiedzieć córce, jak wracając wcześniej z pracy bo zostawiła portfel z pieniędzmi zastała własnego męża z sąsiadką, Anką, która mieszkała pod lasem. Było przed południem, w domu chłodno, drzwi otwarte, a ona przekroczyła próg i od razu wiedziała, co się stało. W sypialni, światło przeciekało jak mleko przez firankę, a oni tylko patrzyli na nią: „A ty co tu robisz?”

Wieczorem wybuchła awantura. Dzieci były wtedy na podwórku, biegały między jabłoniami.

Spakowałam ci rzeczy powiedziała mama cicho, ale stanowczo Stąd cię nie chcę widzieć. Nigdy nie przebaczę zdrady.

Ojciec wiedział, iż nie zdobędzie przebaczenia, ale próbował:

Wiesiu, bądź rozsądna, może się zapomnijmy, dzieci jeszcze małe

Idź już. Nie rozumiesz? odpowiedziała i wyszła przed dom, żeby nie widział jej łez. On poszedł w swoją stronę, ona z dziećmi została sama.

Damy radę. Jakoś przeżyjemy myślała tamtej nocy, a łzy kapały jej na podłogę jak rosa z dachu rano.

Tak zostały we troje. Wiedziała, iż będzie ciężko, ale choćby nie przeczuwała, jak bardzo.

Musiała pracować na dwa etaty. Za dnia sprzątała, nocami piekła chleb w piekarni. Chodziła zawsze niewyspana, uśmiech zgubiła gdzieś po drodze, jakby go ptaki wyniosły.

Chociaż ojciec odszedł, dzieci widywały się z nim. Mieszkał z Anką cztery domy dalej. Anka miała syna w wieku Bartka, razem chodzili do klasy, dzielili podręczniki, choć kanapki już nie. Wiesia nigdy nie wzbraniała dzieciom odwiedzać ojca, ale Anka nie chciała ich podejmować jedzeniem, tylko pozwalała się bawić w ogrodzie. Czasem jej syn przychodził z Jagodą i Bartkiem do ich domu, a sąsiedzi tylko szeptali przez płot.

Wiesia dokarmiała wszystkie dzieci, nigdy się nie gniewała.

Jagoda już nigdy nie widziała uśmiechu na twarzy mamy, została dobra, troskliwa, zamyślona jakby przykryta lodem jeziora na zimę.

Jagoda wracała czasem ze szkoły, chciała porozmawiać, więc opowiadała mamie o wszystkim:

Wiesz, mamo, Staszek przyniósł kotka na lekcje! A kociak cały dzień miauczał, nasza wychowawczyni nie mogła dojść, kto to, i Staszek dostał burę. Dopiero jak się okazało, iż to prawdziwy kotek, wyrzuciła go z klasy i kazała przyjść bez kota. choćby mamę do szkoły wezwała!

Tak, rozumiem odpowiadała tylko mama, zamyślona.

Jagoda widziała, iż nic już nie potrafi cieszyć mamy. Słyszała też jej wieczorne szlochy, jakby płakała w stronę księżyca za oknem, ściana milczała razem z nią. Dopiero gdy dorosła, zrozumiała:

Mama była wykończona, brała wszystko na siebie. Dwie prace, noce bez snu, pewnie i witamin jej brakowało. Ale zawsze byliśmy z Bartkiem czyści i schludni, zadbani. Jej starania były naszym ciepłem często to wspominała Jagoda.

Wtedy jeszcze długo prosiła:

Mamo, uśmiechnij się, tak dawno twojego uśmiechu nie widziałam.

Wiesia bardzo kochała swoje dzieci, choć okazywała to po swojemu, rzadko obejmowała, ale za dobre stopnie w szkole potrafiła pochwalić. Gotowała dla nich pyszne rzeczy, dom pachniał ziołami i świeżym chlebem. Od niej płynął spokój, porządek, choćby w najgorsze burze.

Jagoda czuła miłość mamy, gdy ta zaplatała jej warkocze, a jej dłoń smutna głaskała po głowie, aż barki jej opadały jak liście w listopadzie. Wiesi zęby zaczęły wypadać wcześnie, dentystę odwiedzała tylko, by usunąć ból, nie myślała o protezach.

Po skończeniu szkoły Jagoda choćby nie rozważała studiów. Nie chciała zostawić mamy samej, wiedziała, iż każdy grosz się liczy. Pracę znalazła w sklepie spożywczym niedaleko domu, sprzedawała bułki i mleko, starała się pomagać ile mogła, Bartkowi już buty wyrastały ze stóp.

Pewnego dnia do sklepu wszedł Andrzej. Nie był „swój”, pochodził z innej wioski.

Jak masz na imię, piękna? zapytał z uśmiechem. Nowa jesteś? Wcześniej cię nie widywałem, choć często tu bywam.

Jagoda. Ja pana też nie kojarzę.

Jestem z Kłosowa, to osiem kilometrów stąd. Andrzej.

Poznali się. Andrzej zaczął przyjeżdżać wieczorami, czasem zabierał ją do siebie na wieś. Mieszkał z matką, bardzo chorą. Żona Andrzeja odeszła, zabrała córkę do miasta, nie chciała być wiejską gospodynią.

Gospodarstwo miał Andrzej spore, dom też nie byle jaki. Stół zawsze pełen: śmietana, kiełbasa, słodycze. Jagodzie spodobało się u niego. Matka leżała już tylko w pokoju.

Jagoda, może byśmy się pobrali? zapytał Andrzej po jakimś czasie. Bardzo mi się podobasz. Ale od razu mówię, trzeba dbać o mamę. Pomogę, ale nie zawsze daję radę sam.

Jagoda nic nie odpowiedziała, ale cieszyła się, bo opieka nad matką nie przerażała jej.

Zgoda, i mięsa się najem, i śmietany pomyślała. Głośno powiedziała: Dobrze, zgadzam się.

Andrzej wybuchł radością:

Jagódko, kocham cię! Myślałem, iż mnie odmłodzisz, iż taka młoda dziewczyna wybierze starego rozwodnika! Obiecuję, będziemy szczęśliwi.

Po ślubie Jagoda przeprowadziła się do Andrzeja. Szczerze mówiąc, już nie chciała mieszkać w rodzinnym domu Bartek podrósł, kształcił się na mechanika w technikum w mieście powiatowym, do domu wracał na weekendy.

Czas płynął. Jagoda naprawdę była szczęśliwa z Andrzejem. Urodziło im się dwóch synów, jeden po drugim. Nie pracowała, dom i gospodarstwo zajmowały cały dzień. Andrzej pomagał, ale sam wszystko robił cięższe:

Nie dźwigaj wiader, ja to zrobię, ty karm kury i kaczki, a świnki ja sam doglądnę.

Wiedziała, iż Andrzej ją kocha, dzieci były jego dumą. Swoje umiała, chociaż nigdy nie mieli z matką dużego gospodarstwa. Andrzej był hojny.

Jagoda, może zawieziemy twojej mamie trochę mięsa, śmietany, mleka? Ona musi kupować wszystko, a my mamy swoje.

Wiesia przyjmowała paczki z wdzięcznością, ale nigdy się nie uśmiechała. choćby do wnuków podchodziła poważnie. Bywali u niej często, Jagodzie żal było mamy, nie wiedziała, jak przywrócić jej chęć życia.

Jagódko, może byś poszła do księdza? Może coś doradzi zaproponował Andrzej.

Ksiądz obiecał modlić się za Wiesię:

Proś Boga, by mama spotkała jeszcze dobrego człowieka na swojej drodze powiedział.

Jagoda codziennie zanosiła tę prośbę w myślach.

Pewnego dnia Wiesia spytała córkę:

Córciu, pożyczysz mi trochę pieniędzy? Chcę zrobić sobie zęby.

Mamusiu! Ja ci wszystko zapłacę ucieszyła się Jagoda, choć wiedziała, iż mama nie przyjmie wsparcia bez zobowiązania.

Wisia obiecała oddać dług. Minęło trochę czasu, Jagoda nie odwiedzała mamy, bo Andrzej miał pełne ręce roboty, pomagał wujowi Januszowi, który właśnie przeprowadził się z żoną do ich wsi. Janusza żona wyrzuciła z miasta, dzieci już odchowane, dom kupił pod lasem. Andrzej pomagał mu załatwiać formalności, czasem zaglądał w odwiedziny.

Któregoś dnia wrócił do domu i mówi:

Wydaje mi się, iż Janusz planuje się ożenić. Słyszałem, jak rozmawia przez telefon, choćby nie wiedział, iż stoję w korytarzu

I dobrze robi poparła Jagoda. Niech mu się szczęści, dom porządny, gospodyni potrzebna.

Niedługo potem przyszedł sam Janusz.

Zapraszam was, wpadnijcie w niedzielę. Spotkałem swoją pierwszą miłość, chodziliśmy do jednej podstawówki. Przeprowadza się do mnie jutro, będziemy razem.

Po dwóch dniach Jagoda z Andrzejem i prezentami pojawili się u Janusza. Gdy Jagoda przekroczyła próg, oniemiała. W kuchni, przy stole, siedziała jej mama. Uśmiechała się, promieniała jak nigdy, a w oczach miała ten dawny błysk.

Mamo! Ależ się cieszę czemu nic nie powiedziałaś?

Bałam się mówić wcześniej szepnęła lokując dłonie nerwowo na stole. A nużby się nie udało

A ty, wujku Januszu, czemuś nie wspomniał?

Bałem się, iż Wiesia zrezygnuje Teraz razem jesteśmy szczęśliwi.

Jagoda i Andrzej byli naprawdę szczęśliwi, iż Wiesia odnalazła szczęście i iż znowu się uśmiecha.

Dziękuję za przeczytanie tej opowieści. Niech wam i waszym bliskim życie zawsze daje dobry wiatr w plecy.

Idź do oryginalnego materiału