— Mam już dosyć niańczenia Twojego synka! — obwieściła synowa i wyjechała nad Bałtyk U pani Walentyny syn był. Porządny, pracowity chłopak. Tylko żona trafiła mu się dziwna. Raz nie chciała gotować, innym razem sprzątać odmawiała, a ostatnio to już całkiem szaleje. I znów wczoraj awantura. — Krzysiek! — mówi do męża — Ja nie dam już rady! Jesteś dorosłym mężczyzną, a zachowujesz się jak dziecko! Krzysiek zmieszany. Przecież on nic wielkiego nie chciał! Tylko żeby Magda wybrała mu skarpetki, wyprasowała koszulę i przypomniała o zaświadczeniu do przychodni. — Mama mi zawsze pomagała — mruczy pod nosem. — To jedź do mamusi! — wybucha Magda. Następnego dnia spakowała walizkę. — Krzysiek — mówi spokojnie — jadę do Sopotu. Na miesiąc. Może i dłużej. — Jak to, dłużej?! — Tak właśnie. Mam dosyć niańczenia dorosłego chłopa. Krzysiek próbował protestować, ale Magda go nie słuchała. Wyjęła telefon, zadzwoniła: — Pani Walentyno? Tu Magda. Jak bez niańki nie da rady — proszę wpaść do nas na trochę. Klucze zapasowe są pod wycieraczką. I pojechała. Krzysiek został sam w pustym mieszkaniu. Lodówka pusta, skarpetki brudne, w zlewie góra naczyń. Po dwóch dniach zadzwonił do mamy: — Mamo, Magda zwariowała! Gdzieś wyjechała! Co ja mam teraz zrobić? Pani Walentyna westchnęła. Znowu problemy z synową. — Już jadę, Krzysiu. Zaraz wszystko ogarniemy. Przyjechała, z torbą pełną zakupów i typowo matczynym nastawieniem: poprawię, załatwię, urządzę. Ale gdy otworzyła drzwi — zamarła. Wszędzie bałagan. W sypialni sterta rzeczy, w kuchni brudne naczynia, w łazience brudne pranie. I wtedy pani Walentyna uświadomiła sobie: jej trzydziestoletni syn nie umie żyć. Wcale. Całe życie robiła za niego wszystko. Wychowała… dużego dziecka. — Mamo — jęczał Krzysiek — co będzie na obiad? Gdzie moje koszule? Kiedy Magda wróci? Pani Walentyna zaczęła sprzątać w milczeniu. Ale nie mogła przestać myśleć: co ja narobiłam? Całe życie chroniłam synka przed codziennością. Przed trudnościami. Przed życiem! A teraz bez kobiet jest jak bez rąk. A Magda? Po prostu uciekła od dużego, bezradnego dziecka. I można ją zrozumieć. Trzy dni pani Walentyna mieszkała u syna. Każdego dnia coraz bardziej uświadamiała sobie: wychowała dużego chłopca. Rano Krzysiek wstawał i od razu zaczął marudzić: — Mamo, co na śniadanie? Gdzie moja koszula? Są czyste skarpetki? Walentyna prasowała, gotowała, sprzątała — i obserwowała. Wyobraźcie sobie: trzydziestoletni mężczyzna nie umiał włączyć pralki! Nie znał ceny chleba! choćby herbatę robił jakby pierwszy raz — albo się poparzył, albo rozsypał cukier. — Mamo — żalił się wieczorami — Magda całkiem oszalała! Dawniej chociaż udawała, iż mnie kocha. Teraz obca się zrobiła! — A Ty jej pomagasz? — spytała ostrożnie pani Walentyna. — Jak to? Przecież pracuję! Pieniądze do domu przynoszę! Czy to mało? — A w domu? — Przecież jestem zmęczony po pracy! Chcę odpocząć. A ona ciągle czegoś chce: to naczynia umyj, to po zakupy idź. Ale przecież to kobiece sprawy! Najciekawsze było to, iż pani Walentyna nagle usłyszała swoje słowa, które mówiła synowi całe życie: „Krzysiu, nie ruszaj — mama sama umyje!” „Nie chodź do sklepu — mama szybciej wyskoczy!” „Jesteś mężczyzną, masz ważniejsze zadania!” I stworzyła potwora. Im dłużej obserwowała, tym było straszniej. Krzysiek wracał do domu i padał na kanapę. Czekał na obiad. Na wiadomości. Na rozrywki. A gdy obiad nie pojawiał się automatycznie — zaczynał kaprysić: — Mamo, kiedy jemy? Jestem głodny! Jak dziecko. Najgorsze były jego teksty o Magdzie: — Ostatnio jest jakaś nerwowa — marudził Krzysiek. — Złość ją zżera. Może powinna pójść do lekarza? Hormony zbadać? — Może po prostu jest zmęczona? — odparła mama. — Od czego? Pracujemy po równo. Ale dom to już kobieta powinna prowadzić. — Powinna?! — nagle wybuchła pani Walentyna. — Kto Ci takich rzeczy nagadał?! Krzysiek zaniemówił. Mama jeszcze nigdy na niego nie krzyczała. Czwartego wieczoru już nie wytrzymała. Krzysiek siedział na kanapie i przeglądał telefon. Co chwilę wzdychał — bo nudno mu bez żony. Na kuchni góra brudnych naczyń, na podłodze skarpetki, w sypialni pościel niezmieniona. — Mamo — jęknął — co będzie na obiad? Pani Walentyna stała przy kuchence i gotowała barszcz. Jak zawsze. Jak przez trzydzieści lat. I nagle pomyślała: dość. — Krzysiek — powiedziała, wyłączając gaz. — Musimy pogadać. — Słucham — rzucił, nie odrywając wzroku od ekranu. — Odłóż telefon i popatrz na mnie. W głosie miała coś, co sprawiło, iż Krzysiek posłuchał. — Synku — zaczęła cicho — wiesz, dlaczego Magda od Ciebie odeszła? — Zmęczenie ją dopadło. Kobiety bywają emocjonalne. Odpocznie i wróci. — Nie wróci. — Jak to nie wróci?! — Bo ma dosyć niańczenia dużego dziecka. Krzysiek zerwał się z kanapy: — Mamo! Co Ty mówisz? Jakie dziecko? Pracuję, zarabiam! — I co z tego? — Walentyna wyprostowała się. — W domu co? Rąk nie masz? Oczy ślepe? Krzysiek pobladł. — Jak możesz tak mówić? Jestem Twoim synem! — Dlatego właśnie mówię! — Walentyna usiadła na krześle, ręce jej drżały. — Mamo, jesteś chora? — przestraszył się Krzysiek. — Chora! — gorzko zaśmiała się. — Chora z miłości. Ze ślepej, matczynej miłości. Myślałam, iż Cię chronię. A wychowałam egoistę! Wyszło trzydziestoletnie duże dziecko, które bez kobiety nic nie potrafi. Myśli, iż świat jest mu dłużny! — Ale… — zaczął Krzysiek. — Ale nic! — przerwała Walentyna. — Myślisz, iż Magda ma być Twoją drugą mamą? Prać, gotować, sprzątać po Tobie? Za co niby? — Przecież pracuję. — I ona też! I do tego ogarnia dom! A Ty? Leżysz na kanapie i czekasz na obsługę! Krzysiekowi oczy się zaszkliły. — Mamo, ale tak wszyscy żyją… — Nie wszyscy! — krzyknęła Walentyna. — Normalni mężczyźni pomagają żonom! Myją naczynia, gotują, wychowują dzieci! A Ty? choćby nie wiesz, gdzie jest proszek do prania! Krzysiek siedział, twarz miał w dłoniach. — Magda ma rację — powiedziała cicho mama. — Ma dość bycia Twoją mamą. Ja też mam dość. — Jak to dość? — Dość. — Walentyna podeszła do przedpokoju, wyjęła torbę. — Wracam do siebie. Ty zostajesz. Sam. I spróbuj wreszcie stać się dorosłym. — Mamo, co Ty?! Jak sam? A kto będzie gotować? Sprzątać? — Ty! — wykrzyknęła. — Ty będziesz! Jak wszyscy normalni dorośli! — Ale nie umiem! — Nauczysz się! Albo zostaniesz samotnym, niedojrzałym nieudacznikiem! Waletyna założyła płaszcz. — Mamo, nie odchodź! — błagał Krzysiek. — Co ja sam tu zrobię? — To, co powinieneś robić dwadzieścia lat temu — odpowiedziała. — Zacznij żyć samodzielnie. I wyszła. Krzysiek został w brudnym mieszkaniu. Po raz pierwszy w życiu naprawdę sam. Sam na sam z rzeczywistością. Siedział na kanapie do północy. W brzuchu burczało. W zlewie cuchnęły naczynia. Skarpetki walały się po podłodze. — No to biorę się do roboty — mruknął, i po raz pierwszy w życiu sam zmył naczynia. Wyszło jak wyszło. Talerze się ślizgały, ręce szczypały od płynu. Ale się udało. Potem próbował zrobić jajecznicę. Spalił. Druga próba — dało się zjeść. Rano zrozumiał: mama miała rację. Minął tydzień. Krzysiek każdego dnia uczył się żyć samodzielnie. Prać, gotować, sprzątać. Chodzić po zakupy i ogarniać ceny. Zaplanować dzień. To była robota. Dopiero wtedy zrozumiał, jak miała Magda. — Magda, hej, to ja — zadzwonił w sobotę. — Słucham — chłodny głos. — Miałaś rację — powiedział od razu. — Zachowywałem się jak duże dziecko. Magda milczała. — Od tygodnia mieszkam sam. Zrozumiałem… Przepraszam. Magda przez chwilę nie odpowiadała. — Wiesz — odezwała się w końcu — Twoja mama do mnie dzwoniła. Przeprosiła, iż źle Cię wychowała. Magda wróciła po miesiącu. Wróciła do posprzątanego mieszkania, do męża, który sam przygotował kolację i powitał ją kwiatami. — Witaj w domu — powiedział. A pani Walentyna dzwoniła raz w tygodniu. Pytała o sprawy, ale nie narzucała się w gościnę. I pewnego wieczoru, gdy Krzysiek zmywał naczynia po kolacji, a Magda przygotowywała herbatę, powiedziała: — Wiesz, podoba mi się nasze nowe życie. — Mi też — odparł, wycierając ręce. — Szkoda, iż tak długo do tego dochodziliśmy. — Ale w końcu się udało — uśmiechnęła się Magda. I to była prawda.

newskey24.com 6 godzin temu

Mam dość niańczenia twojego syna powiedziała synowa i pojechała nad Bałtyk

U Walerii Andrzejewskiej był syn.

Porządny chłopak, pracowity, ale żona trafiła mu się wyjątkowa. Czasem nie gotowała, czasem sprzątać nie chciała. Ostatnio jednak jakby coś w niej pękło, odleciała daleko od rzeczywistości.

Wczoraj znów był awantura.

Bartosz zwróciła się do męża ja już nie wytrzymuję! Jesteś dorosłym facetem, a zachowujesz się jak dziecko!

Bartosz zgubił się w tym wszystkim. adekwatnie przecież nic wielkiego nie chciał! Tylko żeby Agnieszka znalazła mu skarpetki, wyprasowała koszulę, przypomniała o zaświadczeniu do przychodni.

Mama zawsze mi pomagała wymamrotał.

Jedź więc do mamy! wybuchła Agnieszka.

Na drugi dzień spakowała walizkę.

Bartosz powiedziała cicho jadę do Sopot. Na miesiąc. A może i dłużej.

Jak to dłużej?!

Tak właśnie. Mam dosyć niańczenia dorosłego faceta.

Bartosz próbował protestować, ale Agnieszka go nie słuchała. Wyjęła telefon, wykręciła numer:

Waleria Andrzejewska? Agnieszka mówi. jeżeli bez opieki sobie nie poradzi proszę zostać u nas trochę. Zapasuowe klucze są pod wycieraczką.

I ruszyła nad morze.

Bartosz usiadł w pustym mieszkaniu. Czuł się jak we śnie, w którym nic nie jest na swoim miejscu. Lodówka zimna i pusta, skarpetki brudne plączą się po podłodze, góra naczyń rośnie w zlewie jak dziwny betonowy las.

Po dwóch dniach zadzwonił do mamy:

Mamo, Agnieszka zwariowała! Pojechała nie wiadomo gdzie! Co ja mam teraz zrobić?

Waleria Andrzejewska westchnęła. Znowu problem z synową.

Przyjadę, Bartuś. Wszystko się poukłada.

Przyjechała po godzinie, z siatką zakupów i matczynym zamiarem ratowania świata.

Otworzyła drzwi i jej oczom ukazał się niepokojący krajobraz: w sypialni sterty ubrań, w kuchni szklane ruiny, łazienka tonie w brudzie. Wszystko jak wyjęte z abstrakcyjnego obrazu.

Wtedy zrozumiała: jej trzydziestoletni syn nie umie żyć. adekwatnie, nie istnieje sam.

Całe życie robiła za niego wszystko. A stworzyła dużego chłopca.

Mamo jęczał Bartosz co na kolację? Gdzie moja koszula? Kiedy Agnieszka wróci?

Waleria zaczęła sprzątać w milczeniu. W głowie wirował jej cichy refren: Co ja adekwatnie zrobiłam?

Przez całe lata chroniła syna przed codziennością. Przed trudnością i szarością życia.

A teraz jakby ktoś odciął mu ręce.

Agnieszka? Po prostu uciekła od dużego bezradnego dziecka.

I trudno się jej dziwić.

Przez trzy dni Waleria Andrzejewska mieszkała u syna.

Każdego ranka odkrywała coraz więcej: wychowała dużego chłopca.

Bartosz zrywał się z łóżka i od razu zaczynał marudzić:

Mamo, co na śniadanie? Gdzie moja koszula? Masz czyste skarpetki?

Waleria prasowała, gotowała, sprzątała. Dyskretnie obserwowała.

Trzydziestolatek nie umiał włączyć pralki! Nie wiedział, ile kosztuje chleb w złotówkach! choćby herbatę parzył niepewnie raz się poparzył, raz wysypał cukier na podłogę jak śnieg w środku maja.

Mamo narzekał wieczorami Agnieszka zupełnie oszalała! Dawniej chociaż udawała, iż jej zależy. Teraz choćby nie udaje!

A ty jej pomagasz? ostrożnie dopytywała Waleria.

Jak to? Bartosz był szczerze zdumiony. Pracuję przecież! Przynoszę pieniądze! Nie wystarczy?

A w domu?

W domu? Przecież mam prawo odpocząć! A ona zawsze czegoś chce bym zmył naczynia, kupił zakupy. To przecież kobiece obowiązki!

I wtedy, jak we śnie, Waleria usłyszała swoje własne słowa z przeszłości:

Bartusiu, nie ruszaj, mama sama posprząta! Nie idź do sklepu, mama szybciej skoczy! Jesteś chłopcem, masz ważniejsze rzeczy do robienia!

I stworzyła potwora.

Im dłużej patrzyła, tym większe ogarniał ją strach.

Bartosz wraca do domu siada na kanapie. Czeka na obiad. Czeka na newsy. Czeka na atrakcje.

A gdy obiad sam się nie pojawia, zaczyna grymasić:

Mamo, kiedy jeść będziemy? Jestem przecież głodny!

Jak małe dziecko.

Najgorsze były jego rozmowy o Agnieszce.

Cały czas zła narzekał Bartosz. Może powinna iść do lekarza? Hormony sprawdzić?

Może jest po prostu zmęczona? zaproponowała matka.

Czym zmęczona? Pracujemy tak samo. A dom to rzecz kobiety!

Kobieta?! Waleria wybuchła. Kto ci tak powiedział?

Bartosz się zmieszał. Mama nigdy się na niego nie złościła.

Na czwarty dzień Waleria nie wytrzymała.

Bartosz siedział na kanapie, przeglądał telefon, wzdychał: nudzi mu się bez żony. Na kuchennym stole dziwne stosy naczyń, skarpetki na podłodze, w sypialni rozkopana pościel.

Mamo, co na kolację?

Stała przy kuchence. Gotowała barszcz jak przez trzydzieści lat.

Nagle, jak przez mgłę, poczuła, iż dziś już wystarczy.

Bartosz powiedziała, wyłączając gaz. Musimy porozmawiać.

Słucham mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.

Odłóż telefon. Popatrz na mnie.

W głosie miała coś, co sprawiło, iż posłuchał.

Synku zaczęła cicho. Wiesz, dlaczego Agnieszka odeszła?

Przeszło jej chwilowo. Kobieta emocjonalna. Odpocznie i wróci.

Nie wróci.

Jak to NIE wróci?!

Bo ma dosyć bycia mamą dorosłego chłopca.

Bartosz zerwał się z kanapy:

Mamo! Co ty wygadujesz? Pracuję, przynoszę pieniądze!

I co z tego? Waleria stanęła wyprostowana. A w domu? Masz ręce? Masz oczy?

Bartosz zbladł.

Jak możesz mi takie rzeczy mówić? Przecież jestem twoim synem!

Właśnie dlatego! Waleria opadła na krzesło, ręce jej się trzęsły.

Mamo, jesteś chora? pytał z lękiem.

Tak, jestem chora na ślepą matczyną miłość. Myślałam, iż cię chronię. A wyhodowałam egoistę! Mężczyznę, który bez kobiety nie istnieje! Który uważa, iż świat wszystko mu winien!

Ale przecież zaczął Bartosz.

Nic! przerwała. Myślisz, iż Agnieszka ma być twoją drugą mamą? Sprzątać, gotować, prać? Po co?

Pracuję!

Ona też pracuje! I mimo to prowadzi dom. A ty? Leżysz na kanapie i czekasz!

Bartosz poczuł łzy pod powiekami.

Mamo, ale tak wszyscy żyją przecież

Nie wszyscy! wrzasnęła Waleria. Porządni mężczyźni pomagają! Zmywają, gotują, wychowują dzieci! A ty choćby nie wiesz, gdzie w domu stoi proszek do prania!

Bartosz siedział z twarzą w dłoniach.

Agnieszka ma rację Waleria powiedziała jemnym głosem. Ma dosyć bycia twoją mamą. I ja też mam dosyć.

Dosyć?

Tak. Waleria poszła do przedpokoju, wyjęła torbę. Wracam do siebie. A ty tu zostajesz. Sam. Spróbuj być dorosły.

Mamo! Jak SAM? Kto będzie gotował? Kto posprząta?

Ty! krzyknęła. Ty będziesz! Jak normalny człowiek!

Ale ja nie umiem!

Nauczysz się. Albo zostaniesz samotnym niedojdą.

Waleria założyła płaszcz.

Nie odchodź! błagał Bartosz. Co ja zrobię sam?

To, co powinieneś robić od dwudziestu lat odpowiedziała. Żyć samodzielnie.

I wyszła.

Bartosz został sam w mieszaniu, dziwnie pustym, jak w snach, gdzie wszystko jest nie na swoim miejscu.

Po raz pierwszy naprawdę sam.

Siedział na kanapie do północy.

W brzuchu burczało, bańki w zlewie syczały, skarpetki leżały na podłodze jak spiskujące duchy.

Jasny gwint mruknął i pierwszy raz w życiu wziął się za zmywanie.

Niezdarnie, ale się udało. Miski ślizgały mu się w rękach, płyn do naczyń szczypał palce. Ale zrobił.

Potem spróbował usmażyć jajko. Spalił. Spróbował raz jeszcze wyszło w miarę.

Rano zrozumiał: mama miała rację.

Minął tydzień.

Bartosz codziennie uczył się nowego życia. Pranie, gotowanie, sprzątanie, chodzenie do sklepu, porównywanie cen w złotówkach. Planował dzień, by zdążyć ze wszystkimi obowiązkami.

Okazało się to robota.

Wreszcie zrozumiał, co czuła Agnieszka.

Halo, Agnieszka? zadzwonił w sobotę.

Słucham chłodny głos.

Masz rację powiedział od razu. Byłem wielkim dzieckiem.

Agnieszka milczała.

Tydzień siedzę sam. Zrozumiałem dla ciebie to było piekielnie trudne. Przepraszam cię.

Długo milczała.

Wiesz powiedziała w końcu twoja mama zadzwoniła do mnie wczoraj. Przeprosiła za to, jak cię wychowała.

Agnieszka wróciła po miesiącu.

Wróciła do wysprzątanego mieszkania, męża, który sam ugotował obiad i czekał z kwiatami.

Witaj w domu powiedział.

A Waleria Andrzejewska dzwoniła raz na tydzień, pytała o sprawy, ale w gości się nie wpraszała.

I pewnego wieczoru, gdy Bartosz zmywał po kolacji, a Agnieszka gotowała herbatę, powiedziała:

Wiesz, podoba mi się ta nasza nowa codzienność.

Mi też odpowiedział, wycierając ręce w ręcznik. Szkoda, iż tak długo do niej szliśmy.

Ale doszliśmy uśmiechnęła się.

I to była prawda.

Idź do oryginalnego materiału