— Mam już dość niańczenia twojego synka — powiedziała synowa i wyjechała nad Bałtyk U pani Wandy syn był. Porządny, pracowity chłopak. Ale żona jego okazała się dziwna. Raz nie chciała gotować, raz sprzątać się nie brała. A ostatnio to już zupełnie — jakby ją coś opętało. Wczoraj znowu była awantura. — Paweł — zwraca się do męża — ile można! Jesteś dorosłym facetem, a zachowujesz się jak dziecko! Paweł zgłupiał. Przecież nie prosił o nic nadzwyczajnego! Tylko chciał, by Magda znalazła mu skarpetki. I wyprasowała koszulę. I przypomniała o zaświadczeniu do przychodni. — Mama zawsze mi pomagała — wymamrotał. — To jedź do mamy! — wybuchła Magda. Następnego dnia spakowała walizkę. — Paweł — powiedziała spokojnie — wyjeżdżam do Sopotu. Na miesiąc. Może i dłużej. — Jak to — dłużej?! — Tak właśnie. Mam już dość niańczenia dorosłego faceta. Paweł próbował coś mówić, ale Magda już go nie słuchała. Wyjęła telefon, zadzwoniła: — Pani Wando? Tu Magda. jeżeli bez niańki nie da rady — zamieszka pani chwilę u nas. Zapasu klucze są pod wycieraczką. I pojechała. Paweł siedział w pustym mieszkaniu, nie wiedząc, co robić. Lodówka pusta. Skarpetki brudne. W zlewie góra naczyń. Po dwóch dniach zadzwonił do mamy: — Mamo, Madzia zwariowała! Wyjechała nie wiadomo gdzie! Co ja teraz zrobię? Pani Wanda westchnęła. Znowu kłopoty z synową. — Zaraz przyjadę, Pawełku. Wszystko naprawimy. Przyjechała po godzinie. Z siatą zakupów i swoim doświadczonym matczynym nastawieniem: zaraz wszystko naprawimy, wszystko wyprostujemy. Ale gdy weszła do mieszkania, aż zaniemówiła. Wszędzie bałagan. W sypialni góra ciuchów na podłodze. W kuchni stos nieumytych naczyń. W łazience brudna bielizna. I wtedy pani Wanda zrozumiała: jej trzydziestoletni syn naprawdę nie umie żyć. Zupełnie. Całe życie robiła wszystko za niego. I wychowała… dużego chłopca. — Mamo — jęczał Paweł — co na kolację? Gdzie moje koszule? Kiedy Madzia wraca? Pani Wanda milcząc zaczęła sprzątać. Ale w głowie wciąż krążyła jedna myśl: co ja narobiłam? Całe życie chroniła synka przed domowymi obowiązkami. Przed trudnościami. Przed samym życiem. A teraz bez kobiety jest jak bez rąk. A Magda? Magda po prostu uciekła od tego dużego, bezradnego dziecka. I można ją zrozumieć. Trzy dni pani Wanda mieszkała u syna. I każdego dnia coraz mocniej sobie uświadamiała: wychowała dużego chłopca. Rano Paweł wstawał i od razu marudził: — Mamo, co na śniadanie? Gdzie moja koszula? Masz czyste skarpetki? Wanda milcząc prasowała, gotowała, sprzątała. I obserwowała. Wyobraźcie sobie: trzydziestoletni mężczyzna nie potrafił włączyć pralki! Nie wiedział, ile kosztuje chleb! choćby herbatę parzył nieudolnie — raz się poparzył wrzątkiem, raz rozsypał cukier. — Mamo — narzekał wieczorami — Madzia już całkiem zgorzkniała! Kiedyś chociaż udawała, iż mnie lubi. Teraz jest jak obca! — A ty jej kiedyś pomagasz? — ostrożnie pytała pani Wanda. — Jak to? — szczerze się zdziwił. — Przecież pracuję! Pieniądze przynoszę! To chyba wystarczy? — A w domu? — W domu? Ja po pracy chcę odpocząć. A ona ciągle czegoś żąda. Raz żeby zmyć, raz po zakupy iść. Przecież to kobiece sprawy! I najlepsze: pani Wanda nagle usłyszała siebie. Swoje słowa sprzed lat: „Pawełku, zostaw — mama sama to zrobi!” „Nie chodź do sklepu — mama szybciej.” „Jesteś chłopakiem, masz ważniejsze rzeczy!” I wychowała potwora. Im dłużej patrzyła, tym bardziej się bała. Paweł wracał do domu i od razu walczył na kanapę. Czekał na kolację. Czekał na nowinki. Czekał na rozrywkę. A gdy kolacji nie było automatycznie, zaczynał kaprysić: — Mamo, kiedy będzie jedzenie? Głodny jestem! Jak dziecko. Najgorsze były jego gadki o Magdzie. — Ona wiecznie nerwowa — narzekał Paweł. — Może powinna do lekarza? Hormony jej szwankują? — Może po prostu jest zmęczona? — zasugerowała matka. — Ale czym się zmęczyć? Oboje pracujemy. Ale dom — to przecież babskie sprawy! — Babskie?! — nagle wybuchła pani Wanda. — Kto ci tak powiedział? Paweł zgłupiał. Mama nigdy na niego nie krzyczała. Czwartego wieczoru pani Wanda nie wytrzymała. Paweł siedział na kanapie, przeglądał telefona i wzdychał — nudno mu bez żony. W kuchni sterta naczyń, na podłodze skarpetki, w sypialni niepościelone łóżko. — Mamo — jęknął żałośnie — co dziś na kolację? Wanda stała przy garnku, gotowała barszcz. Jak zawsze. Od trzydziestu lat. I nagle zdała sobie sprawę: dość. — Paweł — powiedziała, wyłączając gaz. — Musimy porozmawiać. — Słucham — nie patrząc choćby na nią, burknął. — Odłóż telefon. Spójrz na mnie. W głosie było coś takiego, iż posłuchał. — Synku — zaczęła cicho — rozumiesz, czemu Magda od ciebie odeszła? — Przemęczyła się chwilę, kobiety są emocjonalne. Odpocznie, wróci. — Nie wróci. — Jak to — nie wróci?! — Tak właśnie. Bo już nie ma siły niańczyć dużego dziecka. Paweł zerwał się z kanapy: — Mamo! O czym ty gadasz?! Jakie dziecko?! Pracuję, zarabiam! — I co z tego? — Pani Wanda wyprostowała się. — A w domu? Masz zdrowe ręce, oczy? Paweł zbielał. — Jak możesz tak mówić? Przecież jestem twoim synem! — Właśnie dlatego to mówię! — Wanda usiadła, ręce jej drżały. — Matko, jesteś chora? — przestraszył się Paweł. — Chora! — gorzko zaśmiała się — choruję na ślepą matczyną miłość. Myślałam, iż cię chronię, a wychowałam egoistę! Dorosłego faceta, który bez kobiety jest bezsilny! Myśli, iż wszyscy mu muszą! — Ale przecież… — Żadnego „ale”! Myślisz, iż Magda powinna być twoją drugą mamą? Prać, sprzątać, gotować? Za co? — Przecież zarabiam. — I ona zarabia! A do tego prowadzi dom! A ty? Leżysz na kanapie i czekasz na obsługę! Paweł miał mokre oczy. — Mamo, wszyscy żyją tak samo. — Nie wszyscy! — krzyknęła pani Wanda. — Normalni faceci pomagają żonom! Zmywają, gotują, dzieci wychowują! A ty choćby nie wiesz, gdzie leży proszek do prania! Paweł siedział z twarzą w dłoniach. — Magda ma rację — cicho powiedziała Wanda. — Nie ma już siły być twoją mamą. Ja też mam dość. — Jak to dość? — Tak właśnie. — Wanda poszła po kurtkę i walizkę. — Wracam do domu. Zostajesz sam. I próbuj być dorosły. — Mamo, co ty?! Jak to sam? Kto będzie gotował? Sprzątał?! — Ty! — krzyknęła — Ty będziesz! Jak wszyscy normalni dorośli ludzie! — Nie umiem! — Nauczysz się! Albo zostaniesz samotnym dzieckiem! Wanda narzuciła płaszcz. — Mamo, nie odchodź! — błagał Paweł. — Co ja tu sam zrobię? — To, co powinieneś robić od dwudziestu lat — powiedziała. — Żyć samodzielnie. I wyszła. A Paweł został sam w brudnym mieszkaniu. Pierwszy raz w życiu — zupełnie sam. Sam na sam z rzeczywistością. Siedział na kanapie do północy. W brzuchu burczało. W zlewie śmierdziały naczynia. Na podłodze skarpetki. — Kurczę — burknął i pierwszy raz od trzydziestu lat sam zabrał się za zmywanie. Nie szło łatwo. Talerze się ślizgały, ręce szczypało od płynu. Ale poszło. Potem spróbował zrobić jajecznicę. Spalił. Spróbował drugi raz — wyszło jadalnie. A rano zrozumiał: mama ma rację. Minął tydzień. Każdego dnia Paweł uczył się samodzielności. Prania, gotowania, sprzątania. Robienia zakupów i liczenia cen. Planowania dnia tak, by ze wszystkim zdążyć. To naprawdę jest praca. I wtedy pojął, jak ciężko miała Magda. — Cześć, Magda? — zadzwonił w sobotę. — Słucham — chłodny głos. — Miałaś rację — wypalił Paweł. — Zachowywałem się jak duże dziecko. Magda milczała. — Od tygodnia mieszkam sam. Zrozumiałem… — zawahał się. — Wiem, jak ci było ciężko. Przepraszam. Magda długo milczała. — Wiesz — powiedziała w końcu — twoja mama dzwoniła wczoraj do mnie. Przeprosiła. Za to, iż cię źle wychowała. Magda wróciła po miesiącu. Wróciła do posprzątanego mieszkania, do męża, który sam zrobił kolację i powitał ją z kwiatami. — Witaj w domu — uśmiechnął się. A pani Wanda dzwoniła raz w tygodniu, pytała o sprawy, ale w odwiedziny się nie wpychała. I któregoś wieczoru, gdy Paweł zmywał po kolacji, a Magda szykowała herbatę, powiedziała: — Wiesz, podoba mi się nasze nowe życie. — Mi też — zgodził się, wycierając ręce. — Szkoda, iż tak długo do tego dochodziliśmy. — Ale doszliśmy — uśmiechnęła się Magda. I to była prawda.

twojacena.pl 1 godzina temu

Mam już dosyć niańczenia się z twoim synkiem oznajmiła synowa i wyjechała nad Bałtyk

Jadwiga Nowak miała syna.

Porządny chłopak, pracowity. Ale żona mu się trafiła dziwna. Raz nie chciała gotować, innym razem odmawiała sprzątania. Ostatnio to już w ogóle zachowywała się, jakby puściły jej nerwy.

Wczoraj znowu była awantura.

Mariusz mówi do męża ja już nie daję rady! Jesteś dorosłym facetem, a zachowujesz się jak dziecko!

Mariusz był zdezorientowany. Przecież nie prosił o nic nadzwyczajnego! Tylko chciał, żeby Zuzanna wybrała mu skarpetki, wyprasowała koszulę i przypomniała o zaświadczeniu do przychodni.

Mama mi zawsze pomagała bąknął.

To jedź do mamy! wybuchnęła Zuzanna.

Następnego dnia spakowała walizkę.

Mariusz powiedziała spokojnie jadę do Kołobrzegu. Na miesiąc. A może choćby na dłużej.

Jak to na dłużej?!

Tak właśnie. Mam dość niańczenia dorosłego chłopa.

Mariusz próbował się oburzyć, ale Zuzanna już go nie słuchała. Wyciągnęła telefon i zadzwoniła:

Pani Jadwigo? Tu Zuzanna. jeżeli bez niańki nie da sobie rady proszę wpaść do nas. Zapasowe klucze są pod wycieraczką.

I wyjechała.

Mariusz siedzi w pustym mieszkaniu i nie wie, co robić. Lodówka pusta. Skarpetki brudne. W zlewie góra naczyń.

Po dwóch dniach zadzwonił do matki:

Mamo, Zuzka zwariowała! Pojechała nie wiadomo gdzie! Co teraz?!

Jadwiga westchnęła. Znowu kłopoty z synową.

Zaraz przyjadę, Mariuszku. Zaradzimy.

Przyjechała po godzinie. Z torbą pełną zakupów i swoją matczyną energią: wszystko naprawię, wszystko załatwię.

Ale gdy otworzyła drzwi zaniemówiła.

Bałagan wszędzie. W sypialni stosy rzeczy na podłodze. W kuchni naczynia toną w brudzie. W łazience pranie wyrzucone bez ładu.

Nagle Jadwiga zrozumiała: jej trzydziestoletni syn naprawdę nie umie żyć. Ani trochę.

Całe życie załatwiała wszystko za niego. Stworzyła dużego dzieciaka.

Mamo jęczał Mariusz a co będzie na kolację? Gdzie moje koszule? A kiedy wróci Zuzka?

Jadwiga bez słowa zaczęła sprzątać. Ale w myślach krążyła jedna myśl: co ja zrobiłam?

Całe życie chroniła synka przed codziennością, trudnościami, życiem!

A teraz bez kobiety nie potrafi funkcjonować.

A Zuzanna? Zuzanna po prostu uciekła od dużego niezaradnego dziecka.

I trudno jej się dziwić.

Trzy dni Jadwiga mieszkała u syna.

Każdego dnia coraz bardziej rozumiała: wychowała dużego chłopca.

Rano Mariusz wstawał i od razu zaczynał marudzić:

Mamo, co na śniadanie? Gdzie moja koszula? Są czyste skarpetki?

Jadwiga prasowała, gotowała, sprzątała. I obserwowała.

Wyobraźcie sobie: trzydziestoletni facet nie umiał włączyć pralki! Nie wiedział, ile kosztuje chleb! choćby herbatę parzył niezdarnie raz się poparzył, raz rozsypał cukier.

Mamo narzekał wieczorami Zuzka to całkiem się zmieniła! Kiedyś chociaż udawała, iż kocha. Teraz jest zupełnie obca!

A jak się sam zachowujesz? zapytała ostrożnie Jadwiga.

Normalnie! Nie wymagam cudów. Wystarczy, żeby żona była żoną, a nie zrzędliwą babą!

Jadwiga patrzy na syna. Boże, on naprawdę nie rozumie!

Mariuszku, a ty Zuzannie w czymś pomagasz?

Ale jak to? zdziwił się bez cienia ironii. Przecież pracuję! Przynoszę pieniądze! Czy to niewystarczające?

A w domu?

A co w domu? Wracam z roboty, chcę odpocząć. A ona ciągle czegoś chce. Raz żeby zmyć, raz żeby po zakupy pójść. Przecież to kobiece sprawy!

W tej chwili Jadwiga usłyszała siebie sprzed lat. Te własne słowa, które powtarzała synowi:

Mariuszek, nie ruszaj mama zrobi! Nie idź do sklepu mama szybciej! Jesteś facetem, inne rzeczy są ważniejsze!

Stworzyła potwora.

Im bardziej się przyglądała, tym mocniej to do niej docierało.

Mariusz wracał do domu padał na kanapę. Czekał na obiad. Czekał na relację z dnia. Czekał na rozrywkę.

A gdy obiad nie pojawiał się automatycznie, zaczynał kaprysić:

Mamo, kiedy będziemy jeść? Jestem głodny!

Jak dziecko.

Najgorsze były jego wywody o Zuzannie.

Ostatnio jest nerwowa narzekał Mariusz. Wciąż zła. Może do lekarza powinna iść? Hormony jej zbadać?

A może po prostu jest zmęczona? zasugerowała matka.

Od czego? Pracujemy tyle samo. A dom to już kobieta musi ogarniać.

Musi?! wybuchła nagle Jadwiga. Kto ci powiedział, iż musi?!

Mariusz osłupiał. Mama przecież nigdy na niego nie krzyczała.

Czwartego wieczoru Jadwiga się poddała.

Mariusz siedział na kanapie, przeglądał telefon i co chwila wzdychał jak mu źle bez żony. W kuchni sterta talerzy, na podłodze skarpetki, w sypialni niepościelone łóżko.

Mamo jęknął co dziś na kolację?

Jadwiga mieszała barszcz w garnku. Jak zawsze. Od trzydziestu lat.

I nagle pomyślała: koniec.

Mariusz powiedziała, wyłączając gaz. Musimy pogadać.

No przecież słucham rzucił, nie odrywając wzroku od ekranu.

Odłóż telefon. Spójrz na mnie.

W głosie matki było coś, iż syn posłusznie odłożył telefon.

Synku zaczęła cicho Jadwiga rozumiesz, czemu Zuzanna od ciebie odeszła?

To chwilowe, przesadziła. Kobiety to przecież emocjonalne. Odpocznie i wróci.

Nie wróci.

Co ty mówisz nie wróci?!

Tak właśnie. Bo ma dość mamienia dorosłego dzieciaka.

Zrywając się z kanapy, Mariusz krzyknął:

Mamo! Co ty gadasz? Jaki dzieciak? Pracuję, przynoszę pieniądze!

I co z tego? Jadwiga wyprostowała się. A w domu? Ręce ci odpadają? Oczy nie widzą?

Mariusz zbledł.

Jak możesz tak mówić? Przecież jestem twoim synem!

Właśnie dlatego! Jadwiga usiadła, ręce jej drżały.

Mamo, jesteś chora? przestraszył się.

Chora! roześmiała się gorzko. Chora od miłości. Ślepej matczynej miłości. Myślałam, iż chronię cię. A wychowałam egoistę! Mam trzydziestoletniego faceta, który bez kobiety nic nie potrafi! Który uważa, iż wszystko mu się należy!

Ale… próbował.

Ale nic! przerwała Jadwiga. Chyba sądzisz, iż Zuzanna ma być twoją drugą mamą? Prać, gotować, sprzątać po tobie? A za co niby?

Przecież zarabiam.

I ona! A dodatkowo prowadzi dom! Ty co robisz? Zalegasz na kanapie i czekasz na obsługę!

W oczach Mariusza pojawiły się łzy.

Mamo, wszyscy tak żyją.

Nie wszyscy! krzyknęła Jadwiga. Normalni mężczyźni pomagają żonom! Zmywają, gotują, wychowują dzieci! A ty? choćby nie wiesz, gdzie jest proszek do prania!

Mariusz siedział, twarz ukrył w dłoniach.

Zuzka ma rację powiedziała cicho Jadwiga. Ma dość bycia twoją matką. I ja też mam dosyć.

Co masz na myśli?

Dosłownie to. Jadwiga podeszła do przedpokoju, sięgnęła po torbę. Wracam do siebie. Zostajesz tu. Sam. Spróbuj wreszcie być dorosłym.

Mamo, nie możesz! poderwał się. Jak to sam? Kto będzie gotował, sprzątał?

Ty! krzyknęła. Ty! Jak każdy dorosły!

Nie umiem!

Nauczysz się! Albo zostaniesz samotnym nieudacznikiem!

Jadwiga włożyła płaszcz.

Mamo, nie odchodź! błagał Mariusz. Co będę robił sam?!

To, co powinieneś robić dwadzieścia lat temu odpowiedziała. Żyć samodzielnie.

I wyszła.

A Mariusz został w brudnym mieszkaniu. Pierwszy raz w życiu sam.

Sam ze swoją rzeczywistością.

Siedział na kanapie do północy.

Burczało mu w brzuchu. Od naczyń w zlewie śmierdziało. Skarpetki na podłodze.

No trudno mruknął i po raz pierwszy od trzydziestu lat zabrał się za zmywanie naczyń.

Nieudolnie, śliski talerz, ręce w płynie do naczyń szczypały, ale się udało.

Potem spróbował zrobić jajecznicę. Spalił. Za drugim razem wyszła choćby dało się zjeść.

Rano zrozumiał: mama miała rację.

Minął tydzień.

Mariusz codziennie uczy się żyć samodzielnie. Prać, gotować, sprzątać. Chodzić po zakupy, rozumieć ceny. Planować dzień, żeby zdążyć ze wszystkim.

Okazało się, iż to praca.

Wtedy pojął, co czuła Zuzanna.

Halo, Zuzka? zadzwonił w sobotę.

Słucham chłodny głos.

Masz rację zaczął od razu. Zachowywałem się jak duże dziecko.

Zuzanna milczy.

Tydzień żyję sam. Zrozumiałem… zawahał się jak ci było ciężko. Przepraszam.

Długa cisza.

Wiesz powiedziała w końcu twoja mama dzwoniła wczoraj. Prosiła o wybaczenie. Że źle cię wychowała.

Zuzanna wróciła po miesiącu.

Wróciła do posprzątanego mieszkania, do męża, który sam zrobił kolację i przywitał ją kwiatami.

Witamy w domu powiedział.

A Jadwiga Nowak dzwoniła raz w tygodniu. Pytała o życie, nie narzucała wizyt.

I kiedyś wieczorem, gdy Mariusz zmywał po kolacji, a Zuzanna zaparzała herbatę, powiedziała:

Wiesz, podoba mi się nasze nowe życie.

Mi też odpowiedział, wycierając ręce w ścierkę. Szkoda, iż tak długo nam zeszło.

Najważniejsze, iż w końcu się udało uśmiechnęła się Zuzanna.

I to była prawda.

Idź do oryginalnego materiału