Dziennik, 12 października 2025
Bogno, co ty robisz w podeszłym wieku! Masz już wnuki chodzące do szkoły, a teraz mówisz o ślubie? te słowa usłyszałam od siostry Grażyny, gdy wyznałam jej, iż zamierzam wziąć ślub.
A dokąd mam zmierzać? Za tydzień ja i Tomasz (nasz nieformalny Tomasz, choć ludzie mówią Pan Tomasz) podpisujemy się pod aktem małżeńskim. Muszę poinformować siostrę, pomyślałam. Oczywiście nie przyjedzie na ceremonię mieszkamy w zupełnie różnych częściach Polski. Nie planujemy hucznych przyjęć z krzykami O cholera! w naszych sześćdziesiątych latach. Po prostu cicho wyleczymy się w dwójkę.
Mogłabym w ogóle nie zawierać małżeństwa, ale Tomasz nalega. Dla mnie jest jak kawałek życia w kościach: otwiera drzwi przed kobietą, podaje rękę, kiedy wychodzę z samochodu, pomaga założyć płaszcz. Nie zgodzi się żyć bez pieczęci w dowodzie. Powiedział: Co ja, chłopiec, czy co? Potrzebuję poważnego związku. A dla mnie Tomasz naprawdę jest chłopcem, choć ma siwe włosy.
W pracy szanują go, zwracają się do niego wyłącznie po imieniu i nazwisku. Tam jest inny: poważny, surowy, a kiedy mnie widzi, jakby cofnął się o czterdzieści lat. Chwyta mnie w objęcia i zaczyna kręcić po ulicy. Czuję radość, ale i wstyd. Mówię: Ludzie patrzą, będą się śmiać. On odpowiada: Jakich ludzi? Nie widzę nikogo, oprócz ciebie!. Gdy jesteśmy razem, naprawdę mam wrażenie, iż na całej ziemi nie ma nikogo oprócz nas.
Mimo to, muszę jeszcze porozmawiać z siostrą. Bałam się, iż Grażyna, jak wielu innych, potępia mnie, a najważniejsza jest jej opinia. W końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam.
Bognoooo wykrzyknęła, kiedy usłyszała, iż planuję ślub, dopiero co pogrzebaliśmy Witolda, a już szukasz mu zastępstwa!
Wiedziałam, iż szokuję siostrę, ale nie przewidywałam, iż jej oburzenie wywoła śmierć mojego męża.
Grażyno, pamiętam przerwałam ją. A kto ustala te terminy? Czy możesz podać liczbę? Ile czasu muszę czekać, żeby ponownie być szczęśliwa i nie spotkać się z potępieniem?
Siostra zamyśliła się:
No cóż, dla przyzwoitości przynajmniej pięć lat trzeba odczekać.
Czy mam powiedzieć Tomkowi: Przepraszam, poczekaj pięć lat, a ja wciąż będę w żałobie?
Grażyna milczała.
A po co to? kontynuowałam. Myślisz, iż po pięciu latach nikt nas nie potępi? Zawsze znajdą się tacy, co lubią plotkować, ale mnie to już nie obchodzi. Twoja opinia jest dla mnie ważna, i jeżeli nalegasz, odwołam tę całą zamysł z weselem.
Wiesz, nie chcę być surowa, ale poślubcie się już dziś! Nie rozumiem cię i nie popieram. Zawsze byłaś samowystarczalna, a nie przypuszczałam, iż do starości jeszcze wytrwasz. Miej sumienie, poczekaj przynajmniej rok.
Nie poddałam się.
Mówisz: poczekaj rok. Co jeżeli nam z Tomaszem zostanie tylko rok życia? Co wtedy?
Grażyna zamieszała noskiem.
No cóż, rób, jak uważasz. Rozumiem, wszyscy chcą szczęścia, ale przeżyłaś tyle lat szczęśliwie…
Rozbawiłam się.
Grażyno, serio? Myślałaś, iż całe moje życie było szczęśliwe? Myślałam tak też. Dopiero teraz zrozumiałam, kim naprawdę byłam: koniem roboczym. Nie wiedziałam, iż można żyć inaczej, cieszyć się życiem!
Witold był człowiekiem dobrym. Wspólnie wychowaliśmy dwie córki i mamy już pięć wnuków. Mąż zawsze podkreślał, iż najważniejsza jest rodzina. Nie sprzeciwiałam się. Najpierw pracowaliśmy po nocach dla rodziny, potem dla rodzin naszych dzieci, a potem dla wnuków. Teraz, wspominając, widzę, iż to była nieustanna gonitwa za dobrobytem, bez przerwy na obiad.
Gdy najstarsza córka wyszła za mąż, mieliśmy już w willi w Bieszczadach, ale Witold postanowił rozbudować gospodarstwo, hodować mięso dla wnuków. Wynajęliśmy hektar ziemi, przyjęliśmy na siebie ciężar, który ciągnął się latami. Hodowla wymagała stałego karmienia. Wcześnie wstawaliśmy, o piątej rano już byliśmy na nogach. Cały rok mieszkaliśmy na wsi, rzadko jeżdżąc do miasta, tylko w sprawach.
Czasem dzwoniłam do przyjaciółek; jedna chwaliła się, iż wróciła z morza z wnucią, druga była w teatrze z mężem. Ja nie miałam czasu w teatr, nie stać mnie choćby na wypad do sklepu.
Bywały dni, kiedy brakowało chleba, bo zwierzęta związały nas rękami i nogami. Jedno dodawało sił: dzieci i wnuki były najedzone. Najstarsza córka wymieniła samochód, młodsza odnowiła mieszkanie nie na darmo tyle się harcowało. Pewnego dnia przyjechała w moja gości była współpracownica i powiedziała:
Bogno, najpierw cię nie poznałam. Myślałam, iż tu odpoczywasz, nabierasz sił. A ty ledwo żyjesz! Po co się tak męczysz?
Jak inaczej? Dzieci potrzebują pomocy odpowiedziałam.
Dzieci dorosną i pomogą sobie same, a ty powinnaś najpierw zadbać o siebie.
Wtedy nie rozumiałam, co znaczy żyć dla siebie. Dziś już wiem: mogę spać ile chcę, spokojnie iść na zakupy, do kina, na basen, na narty. Nikt na tym nie cierpi! Dzieci nie ubogaciły się, wnuki nie głodują. Najważniejsze, iż nauczyłam się patrzeć na codzienne rzeczy innymi oczami.
Kiedy kiedyś zbierałam w lesie opadłe liście, myślałam, iż to tylko śmieci. Dziś liście dają mi radość. Spaceruję po parku, podkręcam je stopą i cieszę się jak dziecko. Polubiłam deszcz, bo nie muszę już gonić kóz pod dach, mogę podziwiać go z okna przytulnej kawiarni. Teraz dostrzegam, jak cudowne są chmury i zachody słońca, jak przyjemnie jest iść po chrupiącym śniegu. Nasze miasto, Kraków, wydaje się piękniejsze niż kiedykolwiek. Oczy otworzyły się przede mną dzięki Tomaszowi.
Po śmierci Witolda czułam się jak we śnie. Jego nagły zawał zabrał go przed przyjazdem karetki. Dzieci od razu sprzedają gospodarstwo, dom letniskowy i przewożą mnie z powrotem do miasta. Pierwsze dni szłaś jak szalona, nie wiedząc, co dalej robić. Zwykły poranek o piątej, wędrując po mieszkaniu, pytałam, gdzie się podziać.
Kiedy pojawił się w moim życiu Tomasz, pamiętam pierwsze wspólne wyjście. Okazał się sąsiadem i zięciem, pomagał przy przeprowadzce z wsi. Najpierw przyznał, iż nie patrzył na mnie tak, ale zobaczył zagubioną kobietę i zapragnął pomóc. Powiedział, iż od razu zrozumiał, iż wciąż mam energię i potrzebuję wyjść z depresji. Zabrał mnie do parku na oddech świeżego powietrza. Usiadliśmy na ławce, kupił lody, a potem zaproponował spacer do stawu, by nakarmić kaczki. Kiedyś karmiłam kaczki na wsi, ale nigdy nie miałam czasu, by po prostu na nie patrzeć. Okazały się zabawne, rzucały chlebem jakby w komedii.
Nie wierzę, iż można po prostu stać i obserwować kaczki przyznałam. Nie miałam kiedy się nimi zachwycić, ciągle tylko je karmiłam, przygotowywałam mieszankę, sprzątałam.
Tomasz uśmiechnął się, wziął mnie za rękę i rzekł: Poczekaj, pokażę ci tyle ciekawych rzeczy! Czujesz się jakbyś narodziła się na nowo.
I miał rację. Jak małe dziecko, codziennie odkrywałam świat na nowo i tak bardzo mi się podobało, iż przeszłość wydawała się ciężkim snem. Nie pamiętam już dokładnie, kiedy zrozumiałam, iż szaleńczo potrzebuję Tomasza, jego głosu, śmiechu, lekkiego dotyku. Pewnego ranka obudziłam się z myślą, iż to wszystko jest prawdziwe i bez tego nie będę mogła żyć.
Moje córki nie przyjęły naszego związku z entuzjazmem. Mówiły, iż zdradzam pamięć ojca. Było mi przykro, czułam się winna przed nimi. Dzieci Tomasza z euforią przyjęły nową sytuację, twierdząc, iż teraz tata jest spokojniejszy. Reszta opowiedzieć siostrze o wszystkim ciągnęła się w nieskończoność.
Kiedy macie ślub? zapytała Grażyna po długiej rozmowie.
W najbliższy piątek odpowiedziałam.
Cóż, co mogę powiedzieć? Szczęścia i miłości w podeszłym wieku odparła chłodno, po czym pożegnała się.
Do piątku zjemy razem zakupy, ubierzemy się elegancko, zamówimy taksówkę i pojedziemy na Urząd Stanu Cywilnego. Gdy wysiadłyśmy z samochodu, zamarłem z szoku: przy wejściu stały moje córki z mężami i wnukami, dzieci Tomasza z rodzinami oraz najważniejsza siostra Grażyna, trzymająca bukiet białych róż i płacząca ze śmiechem.
Grażynko! Czy to naprawdę ty? nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
Muszę widzieć, komu oddaję moją siostrę roześmiała się.
Okazało się, iż w ostatnich dniach przed ślubem wszyscy zorganizowali telefonicznie rezerwację stolika w pobliskiej kawiarni.
Kilka dni temu z Tomaszem uczciliśmy rocznicę naszego ślubu. On stał się już dla wszystkich swoją osobą. A mnie wciąż trudno uwierzyć, iż to wszystko dzieje się naprawdę: jestem tak nieobliczalnie szczęśliwa, iż aż boję się tego przyznać.








