Kupuję sobie najlepszą pierś z indyka i gotuję na parze zdrowe kotlety, a mąż dostaje przecenioną wi…

polregion.pl 6 godzin temu

Pamiętam tamte czasy, jakby to było wczoraj, choć minęło już tyle lat. Miałam wtedy pięćdziesiąt siedem lat, byłam już od ponad trzech dekad żoną Witolda i wciąż czułam, iż wszystko jest na mojej głowie. Przez te wszystkie lata prałam mu koszule, gotowałam obiady i dbałam o ciepło naszego domu w Krakowie. Dwójkę naszych dzieci sama wychowywałam, doglądałam ich nauki, zbierałam na podręczniki i nowe ubrania, żeby nie odstawały od rówieśników.

Odkąd pamiętam, ciągle biegałam jak ten przysłowiowy królik; zawsze miałam dwa, czasami choćby trzy etaty. Brałam się każdej pracy raz sprzątałam w kancelarii, raz dorabiałam w piekarni, żeby tylko zapewnić dzieciom wszystko, co trzeba.

A tymczasem mój Witold adekwatnie nigdy się nie przepracowywał. Owszem, coś tam robił, ale zawsze na pół gwizdka. Gdy tylko mógł przejść na emeryturę, rozsiadł się z gazetą przy stole i od tej pory już choćby nie udawał, iż szuka zajęcia. Ja dalej pracowałam czasem w sklepie, czasem pomagałam córce z wnukami, byłam też tą, która w domu ogarnia wszystko: śniadania, obiady, mycie, sprzątanie.

Tyle razy prosiłam go, żeby chociaż dorabiał jako stróż nocny czy choćby odśnieżał chodnik pod blokiem. Zawsze powtarzał, iż przecież jakoś sobie radzimy bez jego pieniędzy i co ja się czepiam. Ale jeżeli chodziło o jedzenie swoje wiedział. Wracałam zmęczona po pracy, a w lodówce po mięsie i serze nie było śladu tylko wodnista zupa na mnie czekała.

Z żalem wyżaliłam się kiedyś sąsiadce, Maryli. Powiedziała mi wprost: Zosiu, gotuj sobie osobno, a jemu dawaj najtańsze rzeczy. I tak zrobiłam. Tego wieczoru oznajmiłam Witoldowi, iż lekarz nakazał mi specjalną dietę, więc nie wolno Ci choćby próbować mojego jedzenia.

Od tamtej pory zaczęłam chować swoje rzeczy. Gdy mąż schodził do piwnicy, ja podjadałam szarlotkę lub czekoladki. Kiełbasę i oscypek ukrywałam w drugiej lodówce, której od lat choćby nie otwierał. Ta druga lodówka w piwnicy to było moje królestwo tam trzymałam słoiki z kompotem, kapustą i tam też lądowały najlepsze produkty.

Wiadomo, jacy są faceci: jeżeli mu nie postawisz czegoś pod nos, to nie zauważy. Kupowałam sobie świeżą pierś z indyka i robiłam kotleciki na parze, dla niego natomiast brałam tańszą wieprzowinę po przecenie z targu Nowego Kleparza. Przyprawiałam mocniej, żeby nie narzekał. Sobie gotowałam makaron z najlepszego pszennego ziarna, dla męża zwykłe tanie łazanki za dwa złote.

Nie mam poczucia winy myślę sobie, iż skoro Witoldowi tak zależy na dobrym jedzeniu, nie przeszkadzałoby mu trochę popracować. W naszym wieku rozwód to głupota. Po co dzielić dorobek całego życia? Dom nasz stoi, dzieci wyfrunęły z gniazda i mają swoje sprawy. Zostało nam tylko spokojne przetrwanie razem, każdy na własnych warunkach.

Idź do oryginalnego materiału