Kotka na strychu

newsempire24.com 5 dni temu

Serduszko na ekranie USG

Trzy tysiące złotych w białej kopercie leżały na ceracie w kwiaty i nikt ich nie dotykał. Klaudia siedziała naprzeciwko Bartka, patrzyła na tę kopertę i myślała, iż jeszcze wczoraj podpisałaby się pod tą sumą obiema rękami. Dziś, po tym co usłyszała na USG, koperta wyglądała jak coś obcego, przedmiot z innego życia.

Ale to było później. Najpierw był kwiecień i kuchnia w Ostrołęce, gdzie Barbara chodziła od okna do kredensu i z powrotem, wycierając dłonie w fartuch w kwiaty, choć były już suche.

— Wiesz co, musisz się zatrudnić. Jak już urodzisz, to chociaż jakieś pieniądze będą, bo ja sama was dwóch nie utrzymam.

— Gdzie ja się zatrudnię, mamo?

— A gdzie, gdzie. Podłogi myć, w hurtowni u Nowaków biorą sprzątaczki. Myślisz, iż po szkole od razu do urzędu miejskiego cię wezmą?

— Nic nie trzeba, ja się tego pozbędę i wszystko będzie jak dawniej. Pójdę na studia…

— Na studia! Ty maturę najpierw zdaj, dwa miesiące zostały, a podręczniki kurzem obrosły! Sama cię wychowałam, żadnego szacunku! I jeszcze taka niespodzianka! Rób, co chcesz, dorosła jesteś! Ale głową trzeba było myśleć!

Barbara osiemnaście lat temu przechodziła dokładnie to samo. W domu o takich sprawach się nie rozmawiało, więc szesnastoletnia Basia oczywiście wpadła. Coś tam wiedziała od koleżanek z osiedla, ale była pewna, iż jej to nie dotyczy. A jednak.

Babcia urządziła awanturę i od razu pojechały do ojca dziecka. Tamta rodzina też nie chciała ślubu, syn miał dopiero osiemnaście lat. Wtedy babcia zagroziła zawiadomieniem, bo Basia była niepełnoletnia. Wesela nie było — po prostu podpisali papiery w urzędzie stanu cywilnego w Ostrołęce, gdy przyniosła zaświadczenie od lekarza.

Zamieszkali u babci Ryszarda, ojca dziecka. Staruszka gderała od rana do wieczora, iż synowa wszystko robi źle, a przecież siedemnastoletnia Basia miała na rękach małą Klaudię — bezsenne noce, ząbkowanie, kolki. Dziecko było niespokojne, płakało po nocach, a za oknem szumiały topole przy torach kolejowych.

Potem młody ojciec po prostu zniknął, zostawiając kartkę, iż tak dalej żyć nie może, iż jego życie miało potoczyć się inaczej. Prosił o wybaczenie.

Zostać w tym mieszkaniu było niemożliwe. Barbara nie wiedziała, dokąd pójść z niemowlęciem na rękach. Rodzice się odwrócili, przestali odbierać telefon — tak ją wychowywali. Pomogły koleżanki. Klaudię oddała do żłobka, a sama poszła sprzątać biura przy dworcu PKP. Potem wyuczyła się na krawcową. Tułały się po znajomych, aż w końcu dostała miejsce w hotelu robotniczym przy zakładach odzieżowych w Ostrołęce. Z rodzicami się później pogodziła, ale tamtych lat nigdy nie zapomniała.

I choć córkę kochała, często myślała, iż jej życie mogło wyglądać inaczej. A teraz akurat zalecał się do niej porządny mężczyzna — poznali się w pracy, woził dyrektora zakładu, spotykali się już pół roku. Niedawno się oświadczył. I co teraz? Babcia w wieku trzydziestu czterech lat?

Barbara usiadła ciężko na krześle w kuchni i znów się rozpłakała.

Sandra była najlepszą przyjaciółką Klaudii jeszcze z gimnazjum — tą, która zawsze wiedziała wszystko pierwsza i zawsze uważała, iż wie najlepiej. Gdy Klaudia jej powiedziała o ciąży, Sandra od razu wygłosiła ponure przewidywania.

— Kacper na pewno się wystraszy i ucieknie, oni tacy są, mówię ci. Bartek pewnie w ogóle nic nie powie.

Wbrew tym przewidywaniom Kacper dzwonił do Klaudii kilka razy w tygodniu. Rozmawiali o wszystkim i o niczym, jakby znali się od lat. Sam Kacper ze zdziwieniem zauważył, iż tęskni, iż przypomina sobie jej twarz w najmniej spodziewanych momentach. Jego kolega Bartek choćby z niego żartował, bo nigdy takiego go nie widział.

Tego dnia Bartek i Kacper umówili się do klubu na Piotrkowskiej. Bartek trochę się zasiedział w warsztacie samochodowym, który prowadził razem z ojcem, i teraz w pośpiechu się szykował. Włożył białą koszulkę polo, czarne spodnie, spojrzał w lustro w przedpokoju i był z siebie zadowolony. Dawno nie mieli okazji normalnie pogadać, ostatnio tylko przez telefon, a tu akurat wyszła okazja. Tym bardziej iż Kacper zapowiedział poważną rozmowę. Bartek myślał, iż chodzi o wspólne zlecenie na lakiernię.

— Cześć, stary! — rzucił wesoło Kacper na widok Bartka przed klubem.

— Cześć! — uścisnęli sobie dłonie mocno, jak zawsze.

— No i jak leci?

— W porządku, jak zawsze. Słuchaj, zanim wejdziemy, tam muzyka będzie ryczeć. Mam sprawę.

— Ja tu z Sandrą rozmawiałem — zaczął Kacper. — w uproszczeniu taka historia… Klaudia, ta brunetka, co z nią była, jej koleżanka…

— No, pamiętam. I co?

— Jest w ciąży. Z tobą. Chce robić aborcję, w domu u niej istna katastrofa. Matka ją prawie z domu wyrzuca.

Uśmiech zniknął z twarzy Bartka.

— Kurwa mać — zaklął. — Czekaj… ale to jeszcze trzeba udowodnić!

— Zgadzam się. Ale przekazuję, co usłyszałem. Ona pomocy chyba nie prosi. Ale tobie teraz i tak trzeba się z tym zmierzyć.

— Z czym niby? Nie zamierzam… Poradzi sobie. No zrobi aborcję. Może pieniędzmi pomóc?

— Nie wiem, stary. Sam nigdy w coś takiego nie wpadłem. Ale myślę, iż pieniądze się przydadzą. Mieszka z matką, ojca nie ma. A matka jest na nią wściekła. Ona dopiero osiemnaście lat skończyła.

— No i co ja mam z tym wspólnego? Ona się puszcza, a ja…

— A ty co? Dorosły facet, nie wiedziałeś, iż trzeba się zabezpieczać?

— Kurwa, Kacper! — Bartek przyłożył dłoń do czoła. — My wtedy wypiliśmy sporo!

— Pamiętam. Tylko ja na dziewczynę nie leciałem.

— Sama się na mnie rzuciła! Zresztą byłem zaskoczony, taka młoda, a tu… Co robić?

Kacper milczał chwilę, jakby coś sobie liczył w głowie — swój wiek, swoją pustą kawalerkę, sobotnie poranki, kiedy nie ma dla kogo wstawać.

— Nie wiem — powiedział w końcu. — Może w weekend tam pojedziemy? Jazdy jakieś trzy godziny do Ostrołęki. Dasz jej pieniądze, jakoś to załatwimy. Nic strasznego się nie stało. Różnie bywa. Wiesz, ja bym może wręcz chciał. Mieć kogoś. choćby tak.

— No nie z obcą przecież dziewczyną!

— Zgadzam się, nie o to mi chodzi. To jak, jedziemy?

— Jasne, akurat w weekend nie mam żadnych zleceń. Do rodziców przy okazji wpadnę.

— A ja do Sandry.

— Boże, Kacper, ale wiadomość… jaki teraz klub?

— No właśnie dlatego trzeba się napić, żeby to jakoś przetrawić.

Klaudia i Sandra wyszły z liceum. Za oknami sekretariatu wisiał już plakat zapraszający na studniówkę, choć do matury zostało jeszcze sporo czasu.

— Gdzie idziemy? — spytała Sandra. — Może do lodziarni na rynku?

— Nie wiem…

— Klaudia, no co ty taka nieobecna, przecież nie umierasz.

— No perspektywy fantastyczne. Podłogi myć w hurtowni! Nie, ja jednak zdecydowałam, iż nie będę rodzić. Jutro robię badania i koniec. Piętnaście minut i jakby nic się nie stało.

— No nie wiem. Słuchaj, tylko się nie wściekaj, ja Kacprowi powiedziałam…

— Po co? Ty głupia jesteś czy co?

— No niech on Bartkowi powie, może ten chociaż jakoś… no chociaż pieniędzmi pomoże.

— Nic mi nie trzeba. Ja go prawie nie znam. Sama jestem sobie winna.

Zbliżał się weekend. W piątek wieczorem Kacper zajechał swoim autem pod blok Bartka i ruszyli w trasę do Ostrołęki. Bartek milczał prawie całą drogę, wpatrzony w pas na autostradzie, jakby liczył kreski.

Dojechali koło dziesiątej wieczorem. Zaparkowali pod blokiem z wielkiej płyty przy ulicy Sienkiewicza, tam gdzie na parterze świeciło jeszcze jedno okno kuchenne. Bartek długo siedział w aucie, zanim się zdecydował wysiąść.

Klaudia otworzyła drzwi w dresie, z mokrymi jeszcze włosami po prysznicu. Zobaczyła Bartka i twarz jej stężała.

— Ty tutaj po co?

— Możemy porozmawiać? — spytał, trzymając w ręku kopertę.

Barbara wyszła zza jej pleców, wycierając ręce w ściereczkę.

— A, to ten bohater. No proszę, zjawił się.

Usiedli w kuchni przy stole nakrytym ceratą w kwiaty. Kacper czekał w aucie, paląc papierosa pod latarnią. Bartek położył kopertę na stole, przesunął ją odrobinę w stronę Klaudii, jakby to była szachownica i jakby ten ruch miał coś rozstrzygnąć.

— Tu jest trzy tysiące. Na… na to, co trzeba. Na badania, na wszystko.

Klaudia patrzyła na kopertę. Nie sięgnęła po nią. Zamiast tego objęła dłońmi kubek z resztką wystygłej herbaty, który stał przed nią od godziny, i trzymała go mocno, jakby to on, a nie krzesło, utrzymywał ją w pionie.

— Ja nie chcę twoich pieniędzy na aborcję. Ja już wiem, co zrobię. Urodzę.

Bartek zamrugał, cofnął rękę znad koperty, jakby się nagle poparzył.

— Jak to urodzisz? Mówiłaś…

— Zmieniłam zdanie. Wczoraj było USG. Usłyszałam serduszko.

Powiedziała to cicho, ale w kuchni zrobiło się nagle bardzo głośno od ciszy, jaka nastąpiła potem. Barbara, która stała przy zlewie, przestała przecierać ten sam talerz, który wycierała już od dłuższej chwili. Za oknem przejechał ostatni autobus linii nr 4, słychać było, jak hamuje na przystanku, syczą drzwi, znowu rusza. Bartek patrzył na swoje ręce, na te same ręce, którymi jeszcze godzinę temu odkręcał śruby w warsztacie, i nie wiedział, co z nimi zrobić.

— Ja nic od ciebie nie chcę — powiedziała Klaudia. — Ani pieniędzy, ani ciebie w moim życiu. Ale to jest twoje dziecko i kiedyś będzie miało prawo wiedzieć, kto jest ojcem. Nic więcej.

Koperta tak i została na ceracie, nietknięta, między nimi, jak coś, czego już żadne z nich nie potrafiło nazwać.

Bartek wyszedł stamtąd blady. W aucie długo milczał, zanim odpalił silnik. Kacper zgasił papierosa o krawężnik i tylko spytał: — No i co? — Bartek nic nie odpowiedział, tylko włączył kierunkowskaz i zaczął zawracać.

Minęło osiem miesięcy, w których Klaudia zdała maturę w czerwcu, siedząc w spuchniętych nogach nad arkuszem z polskiego, a we wrześniu podała dokumenty na studia zaoczne z pedagogiki. Bartek dzwonił raz w miesiącu, czasem pytał, czy czegoś nie trzeba, częściej milczał w słuchawce dłużej, niż trwała rozmowa.

W grudniu, w szpitalu przy ulicy Boh. Westerplatte, Klaudia urodziła córkę. Nazwała ją Wiktoria. Barbara trzymała wnuczkę na rękach w poczekalni i płakała, choć obiecywała sobie, iż nie będzie.

Bartek przyjechał do szpitala sam, bez Kacpra. Stał w korytarzu z bukietem goździków kupionym w kiosku na dole, niepewny, czy w ogóle powinien wejść. Klaudia wyszła do niego z salki, w szpitalnym szlafroku.

— Chcę ją zobaczyć — powiedział cicho.

— Zobaczysz. Ale słuchaj mnie uważnie. jeżeli chcesz być w jej życiu, to na moich warunkach. Alimenty przez sąd, nie do ręki, na konto. Widzenia ustalone na piśmie, u notariusza, żeby nikt potem nie mówił, iż coś obiecywał i się wycofał. Ja już raz wiem, jak to wygląda, kiedy ktoś zostawia kartkę i znika. Mojej córce się to nie przydarzy.

Bartek kiwnął głową i podał jej kwiaty przez uchylone drzwi.

Trzy tygodnie później Klaudia poszła z Barbarą do kancelarii przy rynku, tej samej, w której osiemnaście lat wcześniej Barbara załatwiała rozwód z Ryszardem. Podpisała wniosek o alimenty — tysiąc dwieście złotych miesięcznie, przez sąd rejonowy, na konto bankowe, które sama założyła tydzień wcześniej w banku obok apteki. W teczce, którą trzymała pod pachą, leżał akt urodzenia Wiktorii, gdzie w rubryce ojciec figurowało pełne imię i nazwisko Bartka.

Wychodząc z kancelarii, minęły plac, na którym stał już świąteczny choinkowy stroik, choć do świąt zostało jeszcze parę tygodni. Barbara pchała wózek, Klaudia niosła teczkę z dokumentami.

— Dasz radę na te studia jeszcze? — spytała matka.

— Zaocznie zacznę. We wrześniu już zaczęłam, mamo, egzaminy zimowe będą za miesiąc.

Barbara nic więcej nie powiedziała, tylko mocniej otuliła Wiktorię kocykiem, bo od Narwi ciągnął zimny wiatr. W wózku, przypięta agrafką do poszewki, leżała mała, zagięta na rogach fotografia z USG — ta sama, na której osiem miesięcy wcześniej Klaudia po raz pierwszy zobaczyła zarys serduszka.

Idź do oryginalnego materiału